CETA – co to jest i czy jest się czego bać?

EC Audiovisual Service

CETA czyli Kompleksowa Umowa Gospodarczo-Handlowa między Unią Europejską a Kanadą wzbudza wiele kontrowersji. Jak to się mówi, albo się ją kocha, albo się jej nienawidzi. Prawda jest taka, że mało kto przez jej 1598 stron hermetycznego prawniczego języka przebrnął. Jeśli ktoś już podjął się tego ambitnego przedsięwzięcia, małe szanse, że wyniósł konkretną wiedzę, jak umowa przełoży się na rzeczywistość społeczno-gospodarczą Polski, Europy i Kanady.

Napiszemy zatem o tym, co wiadomo – jakie korzyści przyniesie na pewno, jakie tworzy zagrożenia, uzupełniając najczęściej wspominanymi przez jej przeciwników obawami.

Korzyści z CETA

Korzyści, jakie przyniesie CETA jest wiele. Osiągną one jednak niewielką skalę, proporcjonalnie do stosunkowo niewielkiego wolumenu wymiany i współpracy Unii Europejskiej – w tym Polski – z Kanadą. Oto najważniejsze korzyści, które przyniesie CETA:

· likwidacja barier w handlu z Kanadą: zniesienie 97,7 proc. ceł oraz większości ograniczeń pozataryfowych[1]

· ułatwienie wzajemnych inwestycji i dostępu do zamówień publicznych

· zwiększenie konkurencyjności europejskich przedsiębiorstw na rynku kanadyjskim

· lepsza ochrona własności intelektualnej (prawa autorskie, patenty), co poprawi sytuację m.in. europejskich firm farmaceutycznych w Kanadzie

· wzajemna uznawalność kwalifikacji zawodowych i dyplomów.

Kto zyska na CETA?

Na CETA zyskają konsumenci i przedsiębiorcy. Pierwsi uzyskają większy wybór produktów i niższe ceny. Prawdopodobnie, bo to zależy jeszcze od marż sklepowych – sprzedawcy mogą zabrać różnice cenowe do kieszeni. Drudzy będą mogli eksportować taniej i łatwiej, bez barier – CETA zniesie od razu 97,7 proc. ceł (które w ciągu następnych 6 lat zostaną zredukowane niemal w całości), a także większość ograniczeń pozataryfowych, których koszty są zwykle znaczenie wyższe od samych ceł.

W tej chwili eksport Polski do Kanady wart jest ok. 1,6-1,8 mld dolarów rocznie. Import z Kanady wart jest ponad cztery razy mniej – ok. 400 mln dolarów. Jesteśmy zatem eksporterem netto. Mimo że to relatywnie niski poziom obrotów, polskie towary – głównie maszyny, futra, meble, urządzenia elektryczne i produkty przemysłu lotniczego – są już dziś w Kanadzie konkurencyjne. Gdy cła na poziomie np. 9,5 proc. na maszyny czy tworzywa sztuczne znikną, nasza konkurencyjność wzrośnie i w sposób oczywisty wpłynie na wzrost rodzimej produkcji, a co za tym idzie, na nowe miejsca pracy.

Stocznia Remontowa z Gdańska buduje obecnie trzy promy dla Kanady. W tym celu wzięła udział w kanadyjskim przetargu zorganizowanym na zasadach tamtejszego prawa zamówień publicznych. Wygrała ze spółkami: niemiecką, norweską, turecką i… kanadyjską, mimo że na cenę oferowaną przez gdańską stocznię narzucone jest 25-proc. cło. Gdy zostaną usunięte bariery przetargowe, taryfowe i pozataryfowe, konkurencyjność naszych przedsiębiorców jeszcze się poprawi. Nie przeceniajmy jednak wagi tych zysków. Łączna wartość polskiego eksportu to dziś ok. 200 mld dolarów rocznie, czyli do Kanady trafia z tego zaledwie 0,8 proc.

Warto dodać w kontekście wolumenu polskiego eksportu, że Polak potrafi radzić sobie z liberalizacją handlową – i na niej korzystać. Gdy nasza gospodarka otwierała się na początku lat 90., eksport był warty 10 mld dolarów – 20 razy mniej niż dziś, a jego wartość wciąż rośnie o ok. 10 proc. rocznie. Gdy otwieraliśmy się na wolny wspólny rynek europejski w 2004 r. również pojawiały się obawy o zduszenie naszego rolnictwa i przemysłu przez silną konkurencję krajów zachodnich. Jednak polskie firmy skorzystały na rywalizacji, zwiększając swoją produktywność. Znacząco wzrósł też poziom bezpośrednich inwestycji zagranicznych, których staliśmy się liderem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki liberalizacji zmieniła się też struktura polskiej gospodarki – dwukrotnie spadł udział rolnictwa w rynku pracy – do ok. 11,5 proc., co przekłada się na ledwie 2,6 proc. PKB[2]. Wzrósł za to udział sektora usług do ok. 57 proc., za to zatrudnienie w przemyśle utrzymuje się na poziomie ok. 30 proc.[3]

Tylko że Unia Europejska to dziś 508 mln ludzi a Kanada 35 mln. Unia Europejska jest drugim partnerem handlowym Kanady, a Kanada dla Unii Europejskiej – 12. W rankingu największych gospodarek świata, Kanada jest wysoko – na 10. miejscu. Wysoko, ale za Niemcami, Wielką Brytanią, Francją i Włochami. Polskę chroni też członkostwo w Unii Europejskiej, która ściga się z USA o gospodarczy nr 1 na świecie. Umowa nie przełoży się zatem na spektakularne zmiany ani struktury polskiej gospodarki, ani cen, ani PKB.

Poza liczbami i statystykami warto dodać jeszcze jeden czynnik, na który zwraca uwagę ambasador Kanady w Polsce Stephen de Boer: „jeśli nawet kontestować będziemy skalę zysków gospodarczych, CETA ma duże znaczenie geopolityczne. Jest potwierdzeniem członkostwa Kanady w europejskiej wspólnocie wartości i historii. Kanada walczyła po europejskiej stronie w obu wojnach światowych, należy do NATO. Łączy ją też z Europą wizja stosunków międzynarodowych, w której nie ma miejsca na agresywne zachowania Rosji, tak jak ma to miejsce na Ukrainie. Dziś mamy możliwość ułatwić wzajemną współpracę gospodarczą poprzez nowoczesną umowę na miarę XXI w., która będzie stanowić model dla innych umów w zakresie ochrony usług publicznych, praw pracowniczych i środowiska” – powiedział EurActiv.pl kanadyjski ambasador.

Najczęstsze zarzuty wobec CETA

Jest też druga strona nieskalanego dialogiem sporu, która przywołuje zupełnie inne argumenty. Jeśli nie mamy żadnej wiedzy o CETA, to, po której stronie sporu będziemy, zależy od tego, w którym momencie włączymy radio czy telewizor. Oto główne zagrożenia CETA wymieniane przez jej przeciwników – i kontrargumenty:

· CETA to zagrożenie dla polskiego rolnictwa – kanadyjskie zmechanizowane i wielkoprzemysłowe farmy wyprą drobnych polskich rolników zalewając polski i unijny rynek tanimi produktami gorszej jakości.

Poziom importu Kanady do Polski jest marginalny (400 mln dolarów rocznie), cztery razy niższy niż nasz eksport do tego kraju. Importujemy głównie maszyny, surowce mineralne, instrumenty medyczne i chirurgiczne oraz paliwa mineralne, natomiast wśród naszych głównych towarów eksportowych są m.in. sok jabłkowy i mrożone mięso wieprzowe. Gdyby 35-milionowa Kanada chciała zalać swoim rolnictwem 508-milionową Unię musiałaby znacznie zwiększyć udział rolnictwa we własnej strukturze gospodarczej, gdzie stanowi ono dziś 2 proc. Średnia unijna to 5 proc. Zdaje się więc, że to bardziej Kanada może obawiać się zalewu naszymi produktami.

· CETA oznacza równanie w dół pod względem standardów – Kanada będzie zaniżała europejskie normy oferując nam żywność produkowaną z zastosowaniem zakazanych w Europie pestycydów i antybiotyków, zawierającą zakazane w Unii Europejskiej GMO.

Wszystkie importowane przez kraje Unii Europejskiej produkty i usługi będą musiały spełniać wymogi i normy prawa Unii Europejskiej oraz państwa członkowskiego, na którego rynek będą przeznaczone, tj. m.in. normy sanitarne, fitosanitarne, weterynaryjne, bariery techniczne itd.

· CETA ograniczy suwerenność państw na rzecz korporacji – w skład CETA wchodzi system sądów arbitrażowych ICS (Investment Court System), w ramach którego firma może pozwać państwo członkowskie UE, Kanadę lub Unię Europejską jako taką. Przeciwnicy umowy uważają, że system ten przekazuje nadmierną władzę w ręce międzynarodowych korporacji, które mogą zaskarżać słuszne zmiany w prawie, jeśli ograniczą one ich zyski np. podwyższenie płacy minimalnej.

ICS to ulepszony ISDS (Investor-state dispute settlement). Zmiany zostały wprowadzone na skutek protestów obywatelskich, które oskarżały obowiązujący system arbitrażu o to, o co teraz oskarżają ICS. Zaszły jednak zmiany – ICS to stały sąd, w skład którego wchodzi łącznie 15 arbitrów – 5 wybranych przez UE, 5 przez Kanadę, zaś 5 przez państwa trzecie. Nie jak w tradycyjnym ISDS – w połowie przez firmę pozywającą a w połowie przez państwo. Daną sprawą zajmie się (w większości przypadków) 3 arbitrów, wybranych losowo, po jednym z każdej z grup. Dodatkowo wszystkie sprawy i ich wyniki mają być przekazywane do wiadomości publicznej. I tym ICS będzie się różnić od systemu obowiązującego arbitrażu ISDS. To jedno. Co do skarżenia państwa za to, że wprowadza zmiany w polityce publicznej, np. poprzez zwiększanie wymagań środowiskowych, czy zwiększenie płacy minimalnej – takie zmiany nie mogą być kwestionowane przez trybunał – tak rozumiemy zapis umowy CETA (Rozdział 8, Sekcja D, Artykuł 8.9, punkty 1 & 2), co potwierdził nam przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju, w którego kompetencji leży CETA. Ponadto Polska jest obecnie związana z Kanadą bilateralną umową handlową, która uwzględnia tradycyjny arbitraż inwestor-państwo, dlatego system wprowadzony przez CETA chronić nas będzie w większym stopniu. Warto też dodać, że ICS wejdzie w życie dopiero po pełnej ratyfikacji CETA, czyli również przez parlamenty krajowe UE.

· CETA to koń trojański amerykańskich korporacji międzynarodowych – Wszystkie największe firmy amerykańskie mają w Kanadzie swoje spółki-córki. Łącznie działa ich tam ok. 42 tys.

To nie zmienia faktu, że wszystkie wprowadzone na rynek unijny podmioty oraz oferowane przez nie towary i usługi, będą musiały być dostosowane do europejskich standardów i zasad działania. Warto dodać, że największe korporacje międzynarodowe już są obecne w UE, nie trzeba czekać na CETA, która po prostu pozwoli uzyskać dodatkowe korzyści z działalności – ale każdej z firm, także polskim MŚP. Faktem jest jednak, że im większy podmiot, tym większe korzyści – zgodnie z podstawową ekonomiczną zasadą korzyści skali. Ale skorzystają też mniejsi, których dziś może nie być stać na dostosowanie się do kanadyjskich norm, z których większość zostanie w wyniku CETA zniesiona lub uproszczona.

Kto się boi CETA?

Jednak najważniejszy zarzut ma wymiar systemowy i ideologiczny charakter. Przez przeciwników CETA przedstawiana jest jako element neoliberalnego porządku światowego in statu nascendi. Międzynarodowe korporacje oplatają świat siatką bilateralnych i multilateralnych umów handlowych i inwestycyjnych. Siłą swoich pieniędzy i wpływów współtworzą rzeczywistość, w której zysk jest celem samym w sobie, a nie środkiem do celu, którym powinna być poprawa jakości życia człowieka. Jeśli przyjąć tę optykę rzeczywiście łatwo demonizować wszystkie ustalenia CETA. Ideologia nie potrzebuje faktów.

Tymczasem CETA uwzględnia całą listę zupełnie ewidentnych, racjonalnych ułatwień (opisanych w pierwszej części artykułu), które w sposób niezaprzeczalny przełożą się na rzeczywiste korzyści. Jednak tylko we względnie niewielkiej skali, tak jak stosunkowo niewielki jest poziom współpracy z Kanadą.

To po co to wszystko, jeśli przyniesie tak niewiele tak niewielu? Ponieważ poza konkretnymi zyskami – czyli m.in. obniżeniem kosztów handlu, zmniejszeniem biurokracji, ochroną patentową europejskich firm farmaceutycznych operujących w Kanadzie, prawami autorskimi europejskich artystów, czy wzajemną uznawalnością dyplomów – ma też walory geopolityczne. Unia Europejska to także wspólnota wartości i wysokich standardów. CETA ma szansę tę wspólnotę rozszerzyć, dzięki czemu łatwiej będzie te standardy i wartości forsować w relacjach i umowach z kolejnymi państwami i organizacjami.

Subiektywnie

Unia Europejska, choć nie jest idealna, to jest jednak organizacją najwyższych światowych standardów. Jako jedyna na świecie realizuje zasadę ostrożności, podczas gdy reszta świata, w tym także Kanada, stosuje mniej wymagającą zasadę dowodów naukowych. Oznacza to w skrócie, że Europa wymaga dowodów na brak szkodliwości danego dobra, reszta świata wymaga dowodów na jego szkodliwość. Warto przeforsować podkreślenie tej zasady także w umowach handlowych, które UE planuje zwierać, od CETA począwszy. Jest to osiągalne tym bardziej, że jesteśmy 508-milionowym liderem gospodarki światowej, a po drugiej stronie mamy 35-milionową Kanadę. Unia Europejska może więc dyktować swoje wyśrubowane warunki i aktywnie kształtować przyszłość swoich relacji zewnętrznych, zamiast stopniowo dostosowywać się do liberalnego porządku globalizacji. Lewicowy kanadyjski premier Justin Trudeau już pokazał, że zdolny jest do ustępstw, zgadzając się na zamianę ISDS na ICS. Uległ też presji Bułgarii i Rumunii w kwestii ruchu bezwizowego, aby zgodziły się na CETA.

Ochoczy zapał polityków, by CETA podpisać powinien też ostudzić kontekst społeczny. Bo czy niczego nie nauczył nas casus Wielkiej Brytanii? Teraz tysiące Europejczyków – w Polsce, Austrii, Niemczech, belgijskiej Walonii, czy we Francji – wychodzi na ulice, podpisując masowo petycje przeciwko CETA i TTIP. Protestujący nie głosują przeciwko handlowi z Kanadą, ale przeciwko globalizacji, którą te transatlantyckie umowy symbolizują. Tak jak Brytyjczycy nie powiedzieli 23 czerwca NIE członkostwu w Unii (czemu dali wyraz wpisując kolejnego dnia w Google „Co to jest Unia?”, „Co to jest Brexit?”). Tak jak dzisiejsi protestujący, Brytyjczycy opowiedzieli się przeciwko globalizacji, z którą Unię identyfikują.

Unia Europejska stara się globalizację „cywilizować”, nakładając jej gorset własnych zasad. Przykładem może być zwalczanie nadużyć korporacji międzynarodowych, jak np. ostatnio w sprawie Apple. Jednak unijna polityka kontrolowania globalizacji nie jest wystarczająco konsekwentna. Najgłośniej kontestowane spory inwestor-państwo rzeczywiście są rozstrzygane w formacie trybunałów arbitrażowych od ok. 50 lat. CETA dodatkowo poprawia pozycję państwa w tych sporach. To jednak nie zmienia faktu, że możliwość pozwania decyzji demokratycznie wybranego rządu przez firmę prywatną poza konwencjonalnym systemem sądowym budzi dysonans poznawczy i stoi w sprzeczności z lansowanym obecnie wizerunkiem silnej Polski o niezachwianej suwerenności westfalskiej.

Tymczasem nasze państwo nie zadało sobie trudu nie tylko, by zapoznać społeczeństwo z umową, która ma mu podobno przynieść korzyści. Nie zadało sobie też trudu, by przekazać im rzetelnie opracowany bilans zysków i strat dla poszczególnych sektorów gospodarczych i grup społecznych.

Politycy nie zadali sobie też trudu, by zapoznać się z umową osobiście. Szczególnie w czasach kryzysu zaufania do elit politycznych nie jest dobrym pomysłem obnoszenie się z własną ignorancją (chyba że za wzór bierzemy sobie Donalda Trumpa czy Borisa Johnsona). Aby polityczne elity Polski i Unii Europejskiej zdobyły zaufanie obywateli, powinny pokazać, że się z ich zdaniem i potrzebami liczą.

Aby przywrócić zaufanie do klasy politycznej, ale też idei wspólnej Europy, obywatele muszą zobaczyć, że Europa ma kontrolę nad wyzwaniami rzeczywistości. Bo na jej braku – w kontekście kryzysu gospodarczego, migracyjnego, a także tożsamościowego – zyskują populiści i nacjonaliści. Wypracowana na starym kontynencie wspólnota wartości i najwyższych standardów jest największą przewagą konkurencyjną i cywilizacyjną Europy, a nie po prostu barierą dla wolnego handlu. Warto rozszerzyć tę wspólnotę najpierw o Kanadę, która chętnie do niej dołączy.

 

Karolina Zbytniewska

[1] bariery pozataryfowe (non-tariff barriers, NTB) – instrumenty regulacyjne pozwalające państwom na ograniczanie handlu zagranicznego np. ograniczenia ilościowe.

[2] Jednocześnie na terenach wiejskich żyje aż 40 proc. ludności.

[3] Wciąż jednak różnimy się znaczenie od innych gospodarek europejskich, gdzie w rolnictwie zatrudniony jest ponad 2 razy mniejszy odsetek pracowników (ok. 5 proc.), w usługach ok. 10 pkt. proc. wyższy (68 proc.), zaś w przemyśle już niewiele niższy – ok. 26 proc. Dla porównania w Kanadzie w sektorze usług zatrudnionych jest 76 proc., a odpowiada on za 70 proc. PKB (więcej niż średnia UE), w przemyśle 13 proc., a odpowiada za 29 proc. PKB, w rolnictwie 2 proc., a odpowiada za 1,6 proc. PKB. Źródło: http://www.indexmundi.com/canada/economy_profile.html