Wybory w Mołdawii: ugruntują skorumpowany system oligarchiczny czy otworzą kraj na reformy?

Źródło: ipn.md

Maia Sandu i Igor Dodon. Źródło: ipn.md

Wybory w Mołdawii wygrał Igor Dodon. W wywiadzie przeprowadzonym w przeddzień drugiej tury głosowania rozmawialiśmy z Kálmánem Mizsei, byłym specjalnym przedstawicielem UE w Republice Mołdawii* o tym, jakie praktyczne efekty będzie miał wynik wyborów  prezydenckich dla tego najbiedniejszego państwa Europy.


EurActiv.pl: W niedzielę druga tura pierwszych od 20 lat bezpośrednich wyborów prezydenckich w Mołdawii. Kto wygra? Rosja czy Europa? Oligarchia czy przeciwnicy oligarchii?

Kálmán Mizsei: To dobre pytanie, bo rozpatrywanie tych wyborów tylko i wyłącznie w kategoriach geopolitycznych, czyli czy Mołdawia wybierze Rosję czy Unię Europejską, byłoby zbytnim uproszczeniem. Kiedy Władimir Woronin został prezydentem w 2001 r. z ramienia Partii Komunistycznej, wszyscy postrzegali to jako zwycięstwo Rosji. Jednak opuszczał to stanowisko w 2009 r. już jako zwolennik integracji europejskiej. Dlatego geopolityczne szufladkowanie mołdawskich partii jest nadmiernym upraszczaniem.

To oligarchia czy jej przeciwnicy? Antyoligarchiczna i proeuropejska Maia Sandu, szefująca Partii Akcja i Solidarność (PAS – Partidul Acțiune și Solidaritate) czy prorosyjski Igor Dodon, lider Partii Socjalistów?

Ja głośno opowiadam się za Maią Sandu. Ale trzeba mieć na uwadze, że nawet jej dojście do władzy nie będzie się wiązać z przełomem. Prezydent nie ma rozległych prerogatyw. Ale będzie to początek przejmowania władzy nad państwem zawładniętym przez jednego oligarchę.

A jego imię Vlad Plahotniuc.

Tak. Maia Sandu mogłaby zacząć otwierać Mołdawię na kurs właściwych reform w obszarze, który jest kluczowy: zorganizowana korupcja systemowa, dziś stanowiąca znak rozpoznawczy funkcjonowania państwa. To byłby bardzo dobry wybór.

Sondaże jej jednak nie sprzyjają.

Dają przewagę Igorowi Dodonowi.

W zasadzie jednak wybór prezydenta nie będzie miał większego znaczenia, nie tylko ze względu na wąskie prerogatywy. Krajem – jak już wspomnieliśmy – rządzi Plahotniuc, najbogatszy człowiek Mołdawii. Szara eminencja systemu, ciesząca się zaledwie 2-proc. poparciem społecznym. Jak to możliwe?

Vlad Plahotniuc to bardzo ciekawa postać. Początki jego kariery nie są znane. Wielu ludzi twierdzi, że był kiedyś na liście poszukiwanych przez Interpol [policja międzynarodowa]. Pojawił się w oligarchicznym otoczeniu Władimira Woronina w roku 2003, gdy ten już od dwóch lat był prezydentem. Nie zajmował szczególnie istotnej pozycji, jednak zaczął współpracować z synem Woronina, co z czasem dało mu status największego oligarchy w kraju. Opuścił swoją polityczną macierz w odpowiednim momencie, kiedy Woronin stracił władzę. Wraz z Marianem Lupu wskrzesili projekt polityczny Demokratycznej Partii Mołdawii, zajmującej wówczas jeszcze bardzo słabą pozycję. Zaczął popierać Lupu w 2009 r. jako najbogatszy oligarcha. Spośród wielu oligarchów, z byłym już premierem Vladem Filatem włącznie, stał się nie tylko najsilniejszym, ale też mającym kontrolę nad całym systemem politycznym Mołdawii – od tajnych służb, przez prokuraturę, po sądownictwo. Miał wystarczający wpływ na Sąd Konstytucyjny, by ten podjął decyzję o rozpisaniu wyborów bezpośrednich. Kontroluje też sporą część sektora medialnego, a także spółki skarbu państwa. Jest bardzo sprytny, bo koncentruje się na kontrolowaniu przepływów finansowych, a nie samych przedsiębiorstw. Swojego czasu miał też kapitał kontrolny jednego z ważnych banków w Mołdawii. Tym bardziej ciekawe jest, jaka była jego rola w historycznej „Kradzieży Stulecia”, polegającej na wyprowadzeniu miliarda dolarów z trzech mołdawskich banków. W jej wyniku kilku polityków, w tym były premier Vlad Filat, trafiło do więzienia. Przeprowadzono przeciw nim tajne procesy sądowe i przyznano surowe kary.

Warto dodać, że w przypadku Mołdawii, jednego z najbiedniejszych państw Europy, miliard dolarów to aż 10 proc. PKB. Głośne afery z lat 2014-2015 „zwieńczone” Kradzieżą Stulecia sprawiły, że ludzie wyszli na ulice protestując przeciwko rządom Partii Demokratycznej współrządzonej przez Filata i Plahotniuca. Ale przecież oligarchiczny system polityczno-gospodarczy, w którym nawet trudno mówić o korupcji –  władza jest po prostu w rękach najbogatszych –  istniał już od dawna.

Ludzie zostali skonfrontowani przez bardzo dobitne dowody przestępczych działań na styku polityki i biznesu. W pewnym momencie nie musieli sobie ich już wyobrażać, po prostu je zobaczyli. Zrozumieli, że są okradani i to ich zmobilizowało do protestów. I tak w 2015 r. powstał bardzo duży ruch protestu o nazwie „Godność i Prawda”.
Te wybory to sposób Vlada Plahotniuca na uniknięcie wyborów parlamentarnych. Jak już było wspomniane, nie cieszy się on poparciem – zresztą ani on, ani jego partia. Rządzi więc krajem bez legitymizacji poprzez głosowanie powszechne i chce trwać przy władzy, bo nie miałby dokąd pójść. Tak zmanipulował Sąd Konstytucyjny, że ten nagle uznał swoją własną decyzję z 2000 r. za nielegalną. Dlatego prezydent dotąd wybierany przez parlament, teraz miałby być wybierany w głosowaniu powszechnym, bezpośrednio. Przez to ludzie mogą skoncentrować się na wyborach, które mają niewielkie znaczenie, bo i znaczenie samego prezydenta jest niewielkie.

Zapisane w prawie prerogatywy przewidziane dla danego stanowiska mogą być rozwijane, w zależności od osobowości zajmującego je człowieka. W ten sposób zdecydowany i ambitny Donald Tusk rozszerzył znaczenie swojej funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej, w odróżnieniu od dyskretnego poprzednika Hermana Van Rompuya.

To prawda. Dobry prezydent może rozszerzyć swoją władzę. Jeśli Maia Sandu zostałaby prezydentem na pewno spróbowałaby to robić i mobilizować opinię publiczną do poparcia rządów prawa. Miałaby ograniczone narzędzia, ale ograniczone to i tak więcej niż żadne.
Ale w Mołdawii teraz trochę nie o to chodzi. Czasem w polityce gra się na zwłokę. Taką grą na zwłokę Plahotniuca jest odroczenie w czasie wyborów parlamentarnych. Kupił sobie czas. I w międzyczasie gra podwójną grę. Nominalnie popiera Maię Sandu, ale raczej mało płomiennie. Jednocześnie jego kanał telewizyjny promuje Igora Dodona.

Wspiera Maię Sandu tylko po to, by przenieść na nią odium niechęci, którą czuje do niego naród. Tak, by ludzie uznali, że ona też jest umoczona w jego oligarchicznej machinie  i jej też przestali ufać.

To prawda. I żeby pokazać Europie, jaki jest dobry.

A popierając jednocześnie poprzez swoją telewizję Dodona, to samo robi jej kontrkandydatowi. W ten sposób z góry podważa zaufanie do nowego prezydenta, niezależnie kto nim zostanie. Ale czyż Dodon nie jest rzeczywiście częścią systemu?

Generalnie uważa się, że jest. Ale dopiero się dowiemy, w jakim stopniu jest człowiekiem Plahotniuca. Igor Dodon ma też przede wszystkim bardzo silne powiązania z Rosją. To stanowi dla Plahotniuca zarówno wyzwanie, jak i szansę. Wyzwanie, bo wszystko, czego nie kontroluje w 100 proc. jest wyzwaniem. Szansę, bo Dodon może mu pomóc poprawić kontakty z Rosją.

Czyli Plahotniuc jest tylko lokalnym krajowym oligarchą póki co, bez powiązań z Rosją?

Ma powiązania wszędzie, ale rosyjscy politycy liczą na konkretne zyski wynikające z poparcia. Cena to przynależność do ich świata. To jeszcze się nie dzieje. I Plahotniuc w przeszłości grał bardzo intensywnie kartą rumuńską, co Rosjanom się oczywiście nie podobało.

Naddniestrze. Czy to wciąż temat w Mołdawii?

W kampanii wyborczej można było usłyszeć, przysłuchując się wypowiedziom Dodona, że jest on tubą rosyjskich oczekiwań. Mówił o federalizacji Mołdawii.

Co to by konkretnie znaczyło dla Naddniestrza?

Federalizacja to słowo-szyfr wprost z rosyjskiego słownika imperialnego. Oznacza powrót do tzw. planu Kozaka z 2003 r. dającego daleko posuniętą autonomię w wielu dziedzinach Naddniestrzu a także drugiemu terytorium autonomicznemu Mołdawii – Gagauzji.

Czyli Dodon będzie realizował politykę nie tyle prorosyjską, ile politykę Rosji?

Tu znowu trzeba przypomnieć o relatywnie niewielkich prerogatywach prezydenta. Ale z tej słabości wynika też dodatkowa możliwość. Ponieważ zdaje sobie on sprawę, że jako prezydent nie ma kontroli nad gospodarką, może postawić na prorosyjski populizm. Ugłaskiwać Rosję słowami, ale bez konkretnych działań.
Ale najważniejsze dla przyszłości mołdawskiej polityki jest teraz, by Maia Sandu, niezależnie od tego, czy wygra, współpracowała blisko z Andreiem Năstase, liderem ruchu protestu, o którym rozmawialiśmy. Już w pewnym sensie to robią: widząc, że Sandu cieszy się szerszym poparciem w wyścigu o fotel prezydenta, Năstase wycofał się, by miała ona większe szanse, dzięki głosom jego zwolenników. Ważne jest też to, by wypracować sposób, by ich współpraca polityczna prowadziła do oczyszczenia państwa. Tej dwójce bardzo na tym zależy, choć mają na to nieco inne pomysły. Łączy ich jednak ten bardzo istotny wspólny mianownik. Dlatego jeśli Maia przegra wybory, nie będzie tragedii – ich partie będą miały szansę, by przygotować mądrą strategię na kolejne wybory parlamentarne. Nie będzie im łatwo, bo cały system gra przeciwko im.

A jeśli Sandu wygrałaby teraz, nie będzie mogła liczyć na szczególną współpracę ze strony obecnego parlamentu.

Ale to się może zmienić. W obecnym parlamencie zasiadają partie pozbawione poparcia społecznego i de facto sprawuje w nim władzę tylko jedna osoba. Dodonowi będzie od początku trochę łatwiej, bo jego Partia Socjalistów jest w Parlamencie i jest stosunkowo silna. Ale póki system polityczny państwa się nie ustabilizuje, głos prezydenta nie będzie szczególnie słyszalny. Byle więc do wyborów parlamentarnych.

Wydaje się, że nie uda się tak łatwo pozbyć Plahotniuka i jego sieci wpływów.

Plahotniuk nie tylko chce mieć uległego prezydenta. On ma misterny plan gry. Zdaje sobie sprawę ze swojej niepopularności, ale też z tego, że aby zapewnić sobie polityczną długowieczność, musi być efektywny w kierowaniu krajem. Próbuje więc tworzyć technokratyczne przywództwo, które zapewnia wzrost gospodarczy. To ważne, bo obecnie Mołdawia jest na kredycie z MFW opatrzonym wysokim poziomem warunkowości. Zatem w tej grze jego władza nie jest tak zupełnie nieskrępowana. Niezależnie kto wygra wybory, nowy prezydent też będzie wyzwaniem, bo nawet Dodon nie jest bezpośrednio jego człowiekiem. Potrzebuje więc ugłaskiwać zarówno Unię Europejską, jak i MFW.

A Dodon postawi na ugłaskiwanie Rosji.

Trudno wyrokować, jakim prezydentem będzie Dodon. Czy w pełni popłynie z prorosyjską demagogią. Rosja nie może zrobić w Mołdawii wiele. W odróżnieniu od Unii Europejskiej i MFW, które dają i mogą dawać jej dużo więcej. A póki co pomoc UE została zawieszona ze względu na afery finansowe, i powiązana ze wsparciem MFW. Komisja Europejska wydała w pierwszym półroczu decyzję, w której bardzo sztywno określa warunkowość swojej pomocy dla kraju.

Czy Plahotniuk i jego mołdawska ośmiornica wszystkiego nie zepsuje? Jak decyzje polityków, za którymi stoi osoba w kraju nienawidzona, popierana przez zaledwie 2 proc. społęczeństwa, mogą uzyskać legitymację społeczną?

To rzeczywiście nietypowe w postsowieckim kraju, że jego lider nie ma żadnego poparcia. Ale on teraz będzie nad tym pracował. Jak już wspomniałem pracuje nad rozwojem gospodarczym, ale też na pewno będzie korzystał ze swoich wpływów w mediach, manipulując przekaz i odbudowując swój wizerunek. Bywa tak w polityce, że nienawidzony polityk odzyskuje poparcie. A on ma wszelkie ku temu narzędzia. I reputację dobrego menedżera.

Na razie średnio mu idzie. Mołdawia obok Ukrainy to najbiedniejsze państwo Europy. Ale jeśli rzeczywiście dla poparcia jest w stanie efektywnie zaangażować się w rozwój gospodarczy, to może warto się na nim oprzeć – trzyma w końcu w garści całe państwo.

Premier, który ma główną władzę gospodarczą, to jego człowiek. Marszałek parlamentu to jego człowiek. Nie zaprzeczę teoretycznym możliwościom poprawy gospodarki bez demokracji, ale nie mam też podstaw, by wierzyć, że zdaje sobie on sprawę, jaka polityka gospodarcza poprawi sytuację kraju. Póki co bardzo walczył o pożyczki z MFW, które otrzymali. Ale to nie wystarczy. Tym bardziej ze względu na surowe wymagania stawiane przez Fundusz.

A społeczeństwo obywatelskie?

Ruch „Godność i Prawda” pokazał, że istnieje miejskie społeczeństwo obywatelskie, gotowe aktywnie się zaangażować, aby stworzyć czyste państwo. Mam nadzieję, że będzie się rozwijać.

Czy możemy patrzeć na mołdawską przyszłość z optymizmem?

Myślę, że tak. Mam wrażenie, że obecny stan państwa zawłaszczonego przez oligarchiczny system Plathoniuka nie przetrwa. Mój optymizm wynika m.in. z zestawu konkretnych wymagań, jakie Unia Europejska stawia Mołdawii. Byle Kiszyniów nie schodził z proeuropejskiego kursu, a myślę, że nawet Dodon u władzy może temu nie podołać.

Ale czy targana kryzysami Unia Europejska dziś wciąż działa jak magnes?

Unia Europejska opiera się na silnych fundamentach i wierzę, że poradzi sobie ze wszystkimi problemami i wyzwaniami, przed jakimi dziś stoi. Dla Moldawii nie ma pozytywnej perspektywy poza reformami europiejskimi i integracją ku Europie. Problemem jest jednak to, że od 2010 r. używano europejskich haseł, by pod ich szyldem rabować kraj.

Rozmawiała Karolina Zbytniewska


*Kálmán Mizsei – ekonomista, były specjalny przedstawiciel UE w Republice Mołdawii, były szef Misji doradczej Unii Europejskiej na rzecz reformy cywilnego sektora bezpieczeństwa na Ukrainie, były dyrektor regionalny UNDP na Europę i kraje Wspólnoty Niepodległych Państw w randze Zastępcy Sekretarza Generalnego ONZ. 9 listopada br. otrzymał statuetkę Architekta Zrównoważonego Rozwoju podczas uroczystej Gali UN Global Compact zorganizowanej w ramach dnia ONZ w Warszawie.