Piotr Węgleński: Nie ma dowodów na szkodliwość GMO dla ludzi

Prof. Piotr Węgleński

„Nie należy bać się GMO” – przekonuje prof. Piotr Węgleński, biolog, genetyk i b. rektor Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Węgleński w rozmowie z EURACTIV.pl podkreśla, że organizmy zmodyfikowane genetycznie nie stanowią większego zagrożenia dla ludzi i środowiska.

 

Czy jest czego bać w przypadku organizmów modyfikowanych genetycznie – GMO?

Absolutnie nie. Nie należy się bać GMO. W ogóle na świecie, np. w Kanadzie i USA, strach przed GMO jest dużo mniejszy niż w Polsce. To co się u nas dzieje zakrawa o paranoję – jakby ktoś wymyślił, że teraz ludzie mają się bać GMO i nakręca protesty.

Jednak co by Pan powiedział na doniesienia o możliwym szkodliwym działaniu GMO na ludzi?

Nie ma dowodów na szkodliwość GMO dla ludzi. Prace nad modyfikacjami genetycznymi zaczęły się w 1974-1975. Przez 40 lat od tego czasu można już powiedzieć, jaki takie organizmy mają wpływ na ludzi i środowisko, więc argument często wysuwany przez przeciwników jest nieuzasadniony.

W ogóle przeciwnicy GMO popełniają dwa główne błędy. Po pierwsze, uznają, że GMO jest złe z zasady i że wszystko, co z nich uzyskamy jest złe, więc powinno się wrócić do naturalnych metod krzyżówki roślin. Jednak takie metody, w tym np. naświetlanie roślin promieniami X (Roentgena), by pobudzić je do mutacji, daje wiele niekontrolowalnych mutacji i zmian w dodatku do cech, jakie chcieliśmy uzyskać. Inżynieria genetyczna natomiast pozwala w pełni panować nad tym procesem.

Po drugie natomiast, w Polsce oddaliśmy kontrolę nad GMO pod nadzór Ministerstwa Środowiska, a nie Ministerstwa Rolnictwa (w przypadku upraw) czy Ministerstwa Zdrowia (w przypadku leków). Traktujemy manipulację genami jak czyn niebezpieczny – np. niezgłoszenie laboratorium inżynierii genetycznej do odpowiednich władz grozi od 1,5 roku do 8 lat więzienia.

Ale czy faktycznie nie ma zagrożeń wynikających z manipulacji genetycznej?

Pierwsza konferencja na temat zagrożeń niesionych przez manipulacje genetyczne miała miejsce w 1975 r. w Asilomar (USA). Tam już zaczęliśmy rozważać potencjalne zagrożenia i sposoby im przeciwdziałania. Tam też zresztą noblista James Watson, który doradzał wówczas Stanom Zjednoczonym w sprawach broni biologicznej, stwierdził „że jakby mógł powiedzieć to, co wie na temat istniejącej broni biologicznej, to przestalibyście się przejmować tymi bzdurami”.

Zarówno w przypadku roślin, jak i lekarstw istnieją już odpowiednie procedury sprawdzające ich bezpieczeństwo dla człowieka. Rośliny, żywność i lekarstwa powstałe ze składników zmodyfikowanych genetycznie czy same będące genetycznie zmodyfikowanymi organizmami nie różnią się w tej kwestii od tych powstałych bez pomocy inżynierii genetycznej i nie potrzebują dodatkowych przepisów.

Nie uważa Pan, że organizmy zmodyfikowane genetycznie niosą zagrożenie dla środowiska?

Trudno mi znaleźć potencjalne zagrożenia dla środowiska. Może np. powstaną superchwasty, spowodowane podwyższoną odpornością upraw GMO na tradycyjnie występujące, zwyczajne chwasty? Ale to i tak nie będzie gorsze od obecnego spryskiwania pól środkami chwastobójczymi.

A co z wypieraniem innych gatunków, niekoniecznie chwastów, przez takie uprawy?

To dobrze skomentował pewien rolnik na jednym ze spotkań poświęconych GMO. Powiedział on, że jakkolwiek chabry i inne rośliny polne są piękne i ładnie wyglądają na polach, to jak on sieje pszenicę, to chce mieć na tym polu wyłącznie pszenicę. Tak więc rolnictwo, które uprawiamy od 10 tys. lat, z natury swej promuje monokultury.

Ponadto roślina, która ma zmieniony jeden ze swoich 30 tys. genów nie zmieni natury.

Ale są przypadki, kiedy zmodyfikowane genetycznie rośliny doprowadziły do śmierci użytecznych organizmów w okolicy, np. pszczół.

Nie znam akurat takiego przypadku, ale jedną z najpopularniejszych modyfikacji genetycznych jest wszczepienie genu z bakterii glebowych, który powoduje, że szkodniki żywiące się daną rośliną giną – to jest wyjaśnienie tej kwestii, które mi przychodzi do głowy. W takim wypadku jest to problem czysto ekonomiczny, należy pomyśleć o wprowadzeniu odpowiednich stref, gdzie albo nie można korzystać z tego typu roślin, albo hodować pszczół.

A zwierzęta zmodyfikowane genetycznie?

Tutaj sytuacja jest bardziej skomplikowana. Np. łososie ze zmodyfikowanym genem wzrostu faktycznie mogą wyprzeć „dzikie” łososie, a nawet, jeżeli się przedrze się poza hodowle, z ekosystemu. Jesteśmy jednak świadomi tych zagrożeń i rozmawiamy o nich.

Tutaj zresztą też wchodzą w grę inne czynniki. Przykładowo, próbowano hodować świnie właśnie też z przyspieszonym wzrostem. Okazało się to jednak kompletnie nieopłacalne: przyspieszony rozwój spowodował taki wzrost ich zapotrzebowania na pożywienie, że cena za kilogram mięsa stała się zbyt wysoka.

Jeżeli nie widzi Pan zagrożeń, to jak Pan tłumaczy tak szeroko zakrojoną opozycję wobec GMO?

Wydaje mi się ciekawe, że protesty budzi właśnie GMO w przypadku roślin, a nie np. zmiany niektórych mikroorganizmów, np. drożdży, by produkowały insulinę. Także terapia genowa stosowana przy niektórych chorobach nie budzi protestów.

W przypadku GMO, w dyskusji publicznej zabierają głos niespecjaliści, którzy boją się nieznanego, niezrozumiałego i chcą zarażać innych swoim strachem. Podobnie ma to miejsce w kilku innych, podobnych ruchach, np. ruchu antyszczepionkowym – a wystarczy spytać dowolnego epidemiologa, że przed szczepionkami umierała jedna trzecia dzieci.

Przykładem takiego niespecjalisty jest jeden z liderów ruchu anty-GMO Jeffrey M. Smith, autor takich książek jak „Nasiona kłamstw” czy „Genetyczna ruletka” – a on nie ma żadnego wykształcenia z dziedziny genetyki. Jest joginem wierzącym w latanie poprzez medytację.

A jak jest w Polsce?

W Polsce jest podobnie, choć mamy sytuację szczególną. Polacy nie lubią GMO, więc w kampaniach politycznych używa się u nas terminu „żywność zmodyfikowana genetycznie”, co nie brzmi dobrze – z tego powodu nie używa się zwrotu „żywność modyfikowana chemicznie”, mimo że większość tego co jemy, ma w sobie środki chemiczne np. pomagające dłużej zachować świeżość.

Ale w przypadku „żywności modyfikowanej genetycznie”, to nie sama żywność jest modyfikowana, tylko jej składniki. Ale nie ma możliwości, by zmodyfikowane geny wpłynęły na nas – lubię tutaj podawać przykład wołowiny, którą jako ludzkość jemy od tysięcy lat, a nikomu jeszcze rogi nie wyrosły.

Wspomniał Pan o kampaniach – czy uważa Pan, że polityka ma duży wpływ na kampanie anty-GMO?

Politycy, by zyskać popularność, atakują GMO, np. PiS zorganizował kilka lat temu konferencję „Polska wolna od GMO”. GMO jest takim tematem, jakim teraz stają się uchodźcy, o których także PiS powiedział, że przywożą do Polski choroby i pasożyty.

Zastanawia mnie to hasło. Praktycznie cała bawełna na świecie została zmodyfikowana genetycznie, więc czy to znaczy, że mamy nie nosić bielizny, podkoszulków…? Miałem też przykład wódki bez GMO – tym razem z Ukrainy.

Albo w sklepie ostatnio widziałem drób i jajka bez GMO. Faktycznie, kur nie modyfikuje się genetycznie, ale większość ich karmy stanowi zmodyfikowana genetycznie soja.

Ale ludzie o tym nie wiedzą.

Poziom wiedzy na temat genetyki jest zatrważający. Np. w niedawnym badaniu w Irlandii 45 proc. społeczeństwa powiedziało, że geny mają tylko organizmy zmodyfikowane genetycznie.

Obawiam się, że podobne byłyby wyniki takiego sondażu w Polsce. Stan wiedzy jest u nas bardzo kiepski i to właśnie na tym żerują politycy, przedstawiając GMO jako coś groźnego.

Jednak nie tylko politycy angażują się w kampanie dotyczące GMO, społeczeństwo obywatelskie, organizacje pozarządowe, branżowe i inne także biorą w nich udział.

Organizacje branżowe, np. Zamojskie Towarzystwo Rolnicze apeluje o nieszerzenie bzdur na temat GMO. Ten głos jest jednak bardzo słabo słyszalny w porównaniu do przeciwników. W Polsce w 1998 r. 57 proc. społeczeństwa było za uprawą GMO, 27 proc. przeciw. 10 lat później wyniki te były odwrócone.

Natomiast kampanie przeciwko GMO prowadzą w większości organizacje ekologiczne, takie jak Greenpeace. Przeciwko nim wypowiedział się przed swoją śmiercią Norman Borlaug, laureat pokojowej nagrody Nobla za dokonanie zielonej rewolucji w rolnictwie, która polegała na wprowadzaniu nowych rodzajów upraw i nowych technik produkcyjnych, co umożliwiło np. Indiom stanie się eksporterem żywności i zakończyło nawiedzające ten kraj klęski głodu.

Borlaug był zwolennikiem GMO. Wypowiadał się ostro przeciw Greenepeace’owi, jako że uważał, że organizacja nie wie, co robi i blokuje postęp ludzkości.

Cała sprawa podejścia społecznego do GMO jest niesłychanie niepokojąca. Pokazuje, jak bardzo można ogłupić społeczeństwo.

Reprezentuje Pan świat nauki, jest Pan dyrektorem Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego i byłym rektorem UW. Czy rolą nauki nie jest zapobieganie ogłupianiu społeczeństwa?

Społeczność naukowa nie jest w stanie dotrzeć do społeczeństwa, by przebić się z prawdą. Popularność zdobywają teorie spiskowe, w których naukowcy są przedstawieni jak Frankenstein, starający się zaszkodzić światu.

Ostatnio Papieska Akademia Nauk zaaprobowała GMO – gdy spojrzałem pod komentarze pod polską informacją o tym, zobaczyłem jak najgorsze opinie, wyzywające decyzję i oskarżające PAN o sprzedajność.

Zmieniamy się w społeczeństwo fundamentalistyczne. Do tej pory znany był tylko przykład Świadków Jehowy odmawiających z przyczyn światopoglądowych transfuzji krwi. Teraz w sondażach rośnie odsetek osób, które deklarują odmowę przyjęcia ratującego życie leku, jeżeli byłby on powstały na skutek inżynierii genetycznej.

Niestety, w Polsce społeczeństwo staje się strasznie zamknięte na innowacje. Przyczyną jest tu katolicyzm radiomaryjny, a także rosnąca popularność skrajnych partii, które nie zezwalają na jakąkolwiek krytykę Polski – przykładem niech tu będą wypowiedzi po otrzymaniu nagrody Nike przez Olgę Tokarczuk. Jeżeli PiS dojdzie do samodzielnej władzy, to może być nieciekawie.

Co by Pan zrobił, by zmniejszyć strach społeczny przed GMO?

Przede wszystkim należy zacząć od szkół. Trzeba poprawić kształcenie nauczycieli. Uważam także, że podręczniki do biologii są bardzo nienowoczesne. Od trzech lat proponuję Ministerstwu Edukacji stworzenie zespołu do opracowania nowego podręcznika, a oni od trzech lat dziękują mi, ale nic z tego nie wynika.

Są też inne pozytywy. Na przykład rośnie liczba osób, które poddawane są terapii genowej w przypadku chorób nowotworowych. Na pewno nie pogorszy to popularności inżynierii genetycznej.

 

Rozmawiał Krzysztof Kokoszczyński

 

Prof. Piotr Węgleński jest dyrektorem Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego oraz pracuje w Instytucie Biochemii i Biofizyki Polskiej Akademii Nauk. Jest także członkiem rzeczywistym PAN oraz członkiem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. W latach 1999-2005 był rektorem Uniwersytetu Warszawskiego.