Ewa Rembiałkowska: Europa enklawą bez GMO

Prof. Ewa Rembiałkowska

„Środowisko pro-GMO pokazuje swoją siłę i wpływy, ale siłą przeciwników jest niepodatność na korupcję” – tłumaczy Ewa Rembiałkowska, profesor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W rozmowie z EURACTIV.pl prof. Rembiałkowska podkreśla, że powinniśmy być ostrożni wobec żywności GMO.

 

Czy jest się czego bać w przypadku GMO?

Jeżeli chodzi o żywność, to tak. Przeprowadzono już wiele doświadczeń na zwierzętach, a także obserwacji zwierząt gospodarskich karmionych paszami powstałymi z organizmów zmodyfikowanych genetycznie.

Kluczowe są badania profesora Gilles-Érica Séraliniego z Francji. Najpierw przejrzał on już dostępne badania, które wskazywały na dysfunkcje u zwierząt, głównie szczurów, karmionych paszami z GMO. Były to szczególnie dysfunkcje wątroby i nerek, czyli narządów kumulujących toksyny i w związku z tym najbardziej narażonych na ich negatywne działanie.

Następnie Séralini wykonał własne doświadczenie na szczurach. Trwało ono dwa lata, czyli cały cykl życia tych zwierząt. Karmił je produkowaną przez firmę Monsanto transgeniczną kukurydzą odporną na Roundup (najczęściej stosowany obecnie herbicyd), ale uprawianą bez stosowania Roundupu, oraz kukurydzą spryskiwaną Roundupem. Była także grupa szczurów, które dostawały wodę z Roundupem oraz grupa otrzymująca standardową paszę pozbawioną kukurydzy transgenicznej.

Pod koniec tych dwóch lat w grupie szczurów karmionych paszą transgeniczną procesy nowotworowe zachodziły częściej i mocniej niż w przypadku grupy kontrolnej.  W publikacji Seraliniego są zdjęcia tych szczurów. Wygląda to przerażająco.

Jaka była reakcja na badania Séraliniego?

Publikacja wyników przez Séraliniego w 2012 r. narobiła szumu. Zaczęła się nagonka – na czasopismo i na profesora. Monsanto wytoczyło sprawę, ale Séralini ją wygrał, a przynajmniej nie przegrał. EFSA (European Food Safety Authority – dop. red.), Europejska agencja odpowiedzialna za bezpieczeństwo żywności, wytknęła Séraliniemu nieprawidłowości metodologiczne, złą analizę statystyczną, mimo że miały miejsce standardowe recenzje naukowe przed publikacją.

Po tej krytyce czasopismo, które opublikowało wyniki, wycofało artykuł z publikacji. WikiLeaks ujawniło natomiast, że parę miesięcy przed wycofaniem tekstu w redakcji czasopisma zaczęła pracować osoba z Monsanto. Tak właśnie załatwia sprawy ta firma.

Séralini odpowiedział na zarzuty EFSA w oddzielnym artykule, gdzie po kolei odpowiadał na każdy z nich.

A jakie były te zarzuty?

Zarzutów było bardzo wiele, ale Séralini odparł je wszystkie. Podstawowym oskarżeniem było wykorzystanie zbyt małej liczby szczurów w poszczególnych wariantach eksperymentu. Séralini wykazał, że w innych badaniach uznanych przez EFSA te liczby były takie same lub mniejsze.

Czasopismo opublikowało jego odpowiedź, ale potem – jak już wspomniałam – wycofało jego artykuł.

Co zrobił Séralini?

Zwrócił się do innego czasopisma i opublikował tekst online – pierwsze czasopismo należało do grupy Elsevier, a to drugie – do Springera.

A inne badania?

Także w Austrii, w rządowym ośrodku naukowym zajmującym się sprawami żywienia, przeprowadzono podobne badanie, którego wyniki opublikowano w 2008 r. Prof. Jürgen Zentek był wymieniony jako pierwszy autor z zespołu, w którym pracowała także moja koleżanka, stąd też mam informacje z pierwszej ręki.

Zespół Zenteka wziął kukurydzę Monsanto 810, czyli kukurydzę transgeniczną uprawianą w Europie. Karmili nią myszy i w drugim, trzecim pokoleniu zaobserwowali nie tylko dysfunkcje nerek i wątroby, ale przede wszystkim pojawienie się tzw. pustych miotów czyli  bezpłodności u samic, a także podwyższoną śmiertelność młodych.

Wyniki były długo na stronie instytutu, ale w 2010 r. zostały z niej zdjęte, a moja koleżanka przesunięta na emeryturę. Wie tylko, że były naciski na zespół, by przeliczać wyniki na nowo, czyli wykreślać ze statystyk bezpłodne samice, co całkowicie wpłynęłoby na wynik badań. Moja znajoma odmówiła, więc zmuszono ją do przejścia na emeryturę. Uważa, że do instytutu dotarło Monsanto.

A Zentek?

Zmienił pracę i wyemigrował z Austrii, obawiając się, że inaczej jego kariera byłaby przekreślona.

Mówiła Pani o zagranicznych przykładach, co jednak z Polską?

W Polsce prof. Katarzyna Lisowska z Gliwic przeanalizowała sporo prac na temat zwierząt żywionych paszami GMO i stwierdziła, że w podsumowaniach autorzy piszą, że nie ma zmian w badanych organizmach, choć w szczegółowych wynikach specjaliści, zwłaszcza genetycy, takie zmiany widzą. Nie są to duże zmiany, ale autorzy piszą, że ich wcale nie ma.

W ogóle badania naukowe, nie tylko w Polsce, wskazują różne rzeczy zależnie od tego, kto je prowadzi i wspiera.

Środowisko pro-GMO pokazuje swoją siłę i wpływy, ale siłą przeciwników jest niepodatność na korupcję. Mnie już dawno próbowano korumpować na seminarium nt. rolnictwa ekologicznego w Brukseli, ale nie dałam się.

Czego Pani brakuje w dotychczasowych badaniach?

Na pewno chciałabym zobaczyć badania przekrojowe, gdzie byłby porównywany wpływ na zwierzęta pasz GMO, konwencjonalnych i ekologicznych. Coraz więcej się mówi o wpływie paszy ekologicznej na szczury, ale przydałoby się szersze spojrzenie.

Czyli według Pani istnieje zagrożenie powodowane wykorzystaniem pasz GMO?

Uważam, że na podstawie istniejących badań nie da się stwierdzić, że pasza i żywność transgeniczna jest bezpieczna. Mamy sygnały, że może być niebezpieczna, ale badań wciąż jest za mało.

Nie można natomiast na pewno głosić, że jest ona zupełnie bezpieczna, co jest podstawowym argumentem Monsanto i innych firm z branży GMO.

Odchodząc od wpływu GMO na ludzi, jakby oceniłaby Pani wpływ upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych na środowisko?

Wiele badań wykazuje, że z powodu takich upraw następuje krzyżowanie się genów roślin transgenicznych z pokrewnymi roślinami dzikimi; dotyczy to np. rzepaku – krzyżuje się on z innymi roślinami  z rzędu kapustowców. Zakłócamy tym samym naturalną bioróżnorodność i skład gatunkowy ekosystemów, czego efektów nie da się przewidzieć. Zwłaszcza, że genów raz wprowadzonych do środowiska nie da się już wycofać.

Czy przykładem takich zagrożeń mogą być superchwasty, powstałe w wyniku takich właśnie krzyżówek?

Superchwasty są problemem dość dobrze rozpoznanym. W USA jest ponad 5 mln hektarów upraw z superchwastami, odpornymi na Roundup i inne środki chwastobójcze – muszą być usuwane ręcznie. Przy ogólnej powierzchni upraw w Stanach rzędu 180 mln ha to nie jest relatywnie tak dużo, ale w kategoriach bezwzględnych jest to ogromna powierzchnia; ponadto problem cały czas narasta.

A jak Pani ocenia sytuację upraw transgenicznych w Unii Europejskiej?

To bardzo niewielka powierzchnia. Niewiele państw w Europe uprawia rośliny transgeniczne – głównie jest to Hiszpania, trochę też Rumunia.

Bardzo dobrze, że w Polsce mamy zakaz takich upraw i że większość państw UE również zdecydowała się na taki zakaz. Jednak dużym problemem jest brak zakazu importu do UE roślin modyfikowanych genetycznie i masowe stosowanie pasz opartych na tych roślinach przez hodowców drobiu i trzody chlewnej.

Czym to jest spowodowane?

Niestety, soja transgeniczna w wyniku gry rynkowej jest tańsza, więc większość hodowców konwencjonalnych ją importuje. W przeciwnym razie nie byliby konkurencyjni.

Czy rolnictwo ekologiczne może coś tu zmienić?

To zależy od świadomości konsumentów. Niestety napis „wolne od GMO” w Polsce nie gwarantuje sprzedaży. W Niemczech odwrotnie. Byłam kiedyś w  Badenii – Wirtembergii na wizycie studyjnej w fabryce makaronu, która wręcz wykosiła całą konkurencję, dzięki temu, że jako jedyna w okolicy produkowała makaron wolny od GMO.

Podsumowując, jak Pani ocenia stan bezpieczeństwa Europy pod kątem GMO?

Europa jest światową enklawą prawie bez upraw transgenicznych. Jednak bezpieczeństwo konsumentów nie jest tu zapewnione, bo hodowcy zwierząt bazują na paszach GMO.

 

Rozmawiał Krzysztof Kokoszczyński

 

Poprzednio w cyklu o GMO: wywiad z prof. Piotr Węgleńskim TUTAJ