Eurowizja – konkurs teoretycznie bez polityki

Jamala podcasz zwycięskiego występu na konkursie Eurowizji w 2016 r., źródło: Wikipedia, fot. Albin Olsson (CC BY-SA 4.0)

Jamala podcasz zwycięskiego występu na konkursie Eurowizji w 2016 r., źródło: Wikipedia, fot. Albin Olsson (CC BY-SA 4.0)

Dziś (22 maja) wieczorem w Rotterdamie odbędzie się finał 65. Konkursu Piosenki Eurowizji. Zabraknie w nim polskiego reprezentanta, który odpadł już w półfinale, ale – jak to często bywa – nie zabraknie innych emocji. Także politycznych.

 

Organizatorem konkursu jest od 1956 r. Europejska Unia Nadawców (EBU), czyli organizacja zrzeszające niekomercyjne (głównie publiczne) stacje telewizyjne i radiowe z Europy oraz kilku innych krajów, głównie z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Potocznie EBU bywa nazywana „Eurowizją” i określenie to używane jest w przypadku sygnowanych przez tę międzynarodową organizację wydarzeń kulturalnych – transgranicznych koncertów muzyki klasycznej, przeglądów filmowych czy targów produkcji telewizyjnych.

Ale bez wątpienia najsłynniejszą imprezą Eurowizji jest coroczny konkurs muzyki pop, który od 2015 r. wpisany jest do Księgi Rekordów Guinnessa jako „najdłużej transmitowany coroczny konkurs muzyczny w historii”.

Przyciąga bowiem przed telewizory nie tylko europejskich widzów, gdyż transmitowany jest  także w Azji, Ameryce Południowej, Stanach Zjednoczonych czy na Antypodach. W Australii stał się tak popularny, że od 2015 r. kraj ten ma nawet prawo do wysyłania własnej reprezentacji.

Historia europejskich wojen w wersji pop

Teoretycznie regulamin konkursu zakazuje śpiewania piosenek o politycznej treści, a także odnoszenia się do kwestii religii czy drażliwych tematów społecznych. Ale to to tylko teoria, bo konkurs Eurowizji nierzadko ma wiele podtekstów. Artyści nie raz też wprost sygnalizowali na scenie i wokół niej różne międzynarodowe problemy.

Pochodzący z Wielkiej Brytanii, ale mieszkający na stałe w USA komik John Oliver w swoim popularnym programie „Przegląd tygodnia” („Last Week Tonight”) tłumaczył w 2014 r. Amerykanom ideę Eurowizji tak:

„Raz do roku ma miejsce po prostu najbardziej zwariowana rzecz jaką można obejrzeć. 47 europejskich krajów przekształca tysiące lat etnicznych i religijnych napięć w serię trzyminutowych dziwacznych muzycznych katastrof”.

Swoje słowa ilustrował zresztą m.in. fragmentem występuje polskiego duetu Donatan&Cleo. Wykonującej utwór „My Słowianie” wokalistce towarzyszyły wówczas na scenie w Kopenhadze nie tylko tancerki w ludowych strojach, ale także biuściaste modelki… piorące w balii bieliznę bądź ubijające masło.

Ale tamten występ nie wzbudził rzecz jasna politycznych dyskusji, choć pojawiały się głosy, że sceniczny występ utwierdzał stereotypy o Polsce jako kraju, gdzie kobiety to wyłącznie obiekty seksualne, sprzątaczki i kucharki.

Tymczasem w historii Eurowizji pojawiło się mnóstwo piosenek, które – choć zwykle w bardzo prostej popowej formie – poruszały kwestie praw zwierząt, równouprawnienia kobiet, tolerancji wobec mniejszości czy antywojennych manifestów.

Sygnał do rewolucji ze sceny

Zdarzało się jednak nawet, że piosenki z Eurowizji towarzyszyły rewolucjom. Było tak choćby w 1974, kiedy to konkurs przeszedł do historii przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, to wtedy z piosenką „Waterloo” triumfował szwedzki kwartet ABBA, czyli do dziś największa gwiazda wylansowana dzięki Eurowizji.

Zaledwie rok wcześniej zniesiono obowiązek śpiewania w języku narodowym, co na pewno pomogło nucić anglojęzyczną zwycięską piosenkę widzom z różnych krajów. Co ciekawe, ABBA reprezentowała Szwecję także rok wcześniej, ale tamtą piosenkę – „Ring, Ring” – pamietają już tylko najwięksi fani tej grupy.

Ale rok 1974 to nie tylko wielki sukces ABBY czy międzynarodowy debiut brytyjskiej piosenkarki Olivii Newton-John, która cztery lata później stanie się wielką gwiazdą dzięki wspólnemu występowi z Johnem Travoltą w hollywoodzkiej wersji musicalu „Grease”, ale także zapadający w pamięć występ reprezentanta Portugalii – Paulo de Carvalho.

Portugalski piosenkarz, mimo że zajął dopiero 14. miejsce, zaśpiewał jednak piosenkę „E depois do adeus”, która – choć była tylko nastrojową balladą o samotności i tęsknocie – stała się jednak wielkim politycznym symbolem.

Jej nadanie zaledwie kilkanaście dni później przez lizbońskie Radio Rinasenza, a zaraz potem zakazanej wówczas ballady „Grândola, Vila Morena”, było bowiem jednym z sygnałów do wybuchu buntu młodych oficerów, którzy obalili prawicową dyktaturę i przywrócili w Portugalii demokrację.

Niemal bezkrwawa rewolucja otrzymała potem nazwę „Rewolucji goździków”, ponieważ kwiaciarki wkładały te właśnie kwiaty w lufy karabinów żołnierzy.

Pomarańczowa rewolucja

Ale konkurs Eurowizji ma także związek z ukraińską „Pomarańczową rewolucją”. W maju 2004 r. w Stambule triumfowała bowiem reprezentantka Ukrainy Rusłana Łyżyczko. Wykonała mocno wpadającą w ucho taneczną piosenkę „Wild Dances”.

I choć w niej też nie było polityki, to jednak kilka miesięcy później Rusłana Łyżyczko – jako jedna z pierwszych ukraińskich celebrytek – oficjalnie poparła ludzi protestujących przeciw sfałszowanym wyborom prezydenckim na kijowskim Majdanie. Zaśpiewała też dla nich ukraiński hymn. Nie brak teorii, że to wcześniejszy międzynarodowy sukces Rusłany dodał Ukraińcom pewności siebie potrzebnej do obalenia niedemokratycznych władz.

Kiedy rok później finał kolejnego konkursu Eurowizji odbywał się w Kijowie, Ukrainę reprezentował zespół hiphopowy Greenjolly, który wykonał piosenkę „Razom nas bahato” („Razem jest nas wielu”), która była hymnem „Pomarańczowej rewolucji” i piosenką wyborczą prodemokratycznego Wiktora Juszczenki, który ostatecznie dzięki rewolucji został prezydentem.

EBU zmusiła jednak zespół Greenjolly do zmiany tekstu piosenki i usunięcia z niej najbardziej politycznych fragmentów. Ukraiński przebój Eurowizji zresztą nie zawojował i zajął dopiero 19. miejsce.

Bojkoty na Eurowizji

Podczas konkursów Eurowizji nie brakowało także demonstrowania sporów między samymi państwami. Przez wiele lat Macedonia, z powodu swojego sporu z Grecją, występowała na konkursie jako FYROM, co jest akronimem od anglojęzycznej nazwy Była Jugosłowiańska Republika Macedonii (Former Yugoslavian Republic of Macedonia).

Z kolei podczas wspomnianego już finału z 2004 r., który miał miejsce w Stambule, organizująca transmisję turecka telewizja wyświetlała konturowe mapki każdego ze startujących krajów.

Jednak w przypadku Cypru takiej mapki… nie było. Tureccy organizatorzy chcieli bowiem na niej zaznaczyć nieuznawany międzynarodowo Cypr Północny, ale na to EBU się nie zgodziła. I ostatecznie nie wyświetlono po prostu niczego.

Zdarzało się także, że jedne państwa rezygnowały z udziału w konkursie z powodu obecności w nim innego kraju. W 1975 r. Eurowizję zbojkotowała Grecja, protestując przeciw debiutowi Turcji. Wszystko działo się bowiem zaledwie kilka miesięcy po tureckiej inwazji na Cypr. Aż do 1978 r. Turcja i Grecja występowały zresztą na Eurowizji na zmianę.

Z kolei w 1980 r. po raz jedyny w konkursie wystąpiło Maroko, choć kraj ten należy do EBU. Marokańczycy zgłosili swojego kandydata korzystając tego, że akurat w tamtym jedynym roku nie startował Izrael. Także z powodu konfliktu z Izraelem (choć oficjalnie dla oszczędności) w 2004 r. z miejsca w konkursie zrezygnował Liban.

I do udziału w konkursie już nie powrócił. W 2005 r. w Libanie przyjęto ustawę zakazującą transmitowania występów izraelskich artystów, a skoro nie można już całej Eurowizji transmitować, to nie można w niej też startować. I tak Liban został przez EBU zdyskwalifikowany.

Konflikty Rosji i Ukrainy

Eurowizja ma także długą historię sporów ukraińsko-rosyjskich. W 2016 r. w Sztokholmie triumfowała bowiem ukraińska wokalistka Jamala, która pochodzi z tatarskiej mniejszości etnicznej.

Jamala wykonała mało eurowizyjny, wymagający wokalnie utwór „1944”, który opowiadał o masowych deportacjach Tatarów Krymskich do Azji Centralnej, nakazanych przez Stalina. Trudno było nie odczytać aluzji do bieżącej sytuacji na Krymie, gdzie w dwa lata po rosyjskiej amnestii trwały represje wobec tatarskiej społeczności.

Pikanterii sprawie dodał fakt, że w głosowaniu telewidzów wygrał wówczas reprezentant Rosji Siergiej Lazarow. Ale od 2009 r. obowiązywał zmieniony regulamin konkursu, a do końcowego wyniku dodawane są jeszcze punkty przyznawane przez międzynarodowe jury. I to właśnie te punkty zdecydowały o wygranej Jamali, co w Rosji odebrano jako spisek mający ukarać Moskwę za działania wobec Ukrainy.

W tych podejrzeniach było jednak ziarenko prawdy. Regulamin konkursu zmieniono bowiem m.in. właśnie m.in. z powodu Rosji. Ale nie jej działań międzynarodowych, tylko dużej diaspory zamieszkującej inne kraje obszaru postsowieckiego.

A to sprawiało, że rok w rok, bez względu na jakość piosenki, rosyjscy reprezentanci dostawali niemal maksimum punktów od widowni z takich krajów jak Białoruś, Armenia, Estonia czy Łotwa.

Zresztą pewne głosowania były zawsze do przewidzenia, a w konkursie wytworzyły się narodowe koalicje – Rumunia zwykle mogła liczyć na głosy z Mołdawii i odwrotnie, Wielka Brytania głosowała na Irlandię, a Litwa na Polskę.

Kraje bez dużej liczby swoich rodaków mieszkających w innych krajach już na starcie miały więc trudniej. I dlatego dołożono jury złożone z dziennikarzy czy producentów muzycznych.

Postsowieckie spory graniczne na scenie Eurowizji

Rozpad ZSRR bardzo zmienił konkurs Eurowizji. Nie tylko zwiększył liczbę startujących krajów (do czego przyczyniły się także rozpad Jugosławii czy Czechosłowacji), co sprawiło, że konieczna stała się organizacja półfinałów, ale także przeniósł na konkursową scenę całą masę sporów granicznych.

Gdy w 2017 r. finał po zwycięstwie Jamali ponownie organizowała Ukraina, nie dopuszczono do niego reprezentantki Rosji Julii Samojłowej. Wystąpiła ona bowiem wcześniej na okupowanym przez Rosję Krymie dla rosyjskich żołnierzy. Za to została ukarana kilkuletnim zakazem wjazdu na Ukrainę.

Mimo nacisków EBU Ukraina nie dała Samojłowej prawa do występu, a Rosja nie chciała zmienić wykonawcy. I ostatecznie rosyjskiej piosenki w Kijowie nie było. Dodatkowo Ukraina oskarżyła Rosję o podwójną prowokację, bowiem Samojłowa jest wokalistką niepełnosprawną. Z powodu zaniku mięśni porusza się na wózku. Samojłowa wystąpiła w końcu rok później w Lizbonie, ale – po raz pierwszy w historii konkursu – nie zapewniła Rosji miejsca w finale.

Na scenie konkursu Eurowizji dochodziło także do manifestowania sporów granicznych między Armenią a Azerbejdżanem. Kraje te nie tylko nie przyznają sobie nawzajem niemal żadnych punktów, ale czasem nawet prowokują się podczas występów. W 2014 r. Azerbejdżan próbował nawet zablokować możliwość oddawania głosów na Armenię z azerbejdżańskiego terytorium.

Gruzini drwiący z Putina i „lista flag zakazanych”

Armenia z kolei nie wysłała swojego reprezentanta w 2012 r. na konkurs do Baku, tłumacząc, że nie może swojej ekipie zagwarantować bezpieczeństwa w Azerbejdżanie. Natomiast w 2016 r reprezentantka Armenii Iweta Mukuczian na konferencji prasowej po koncercie półfinałowym pojawiła się z flagą Górskiego Karabachu, co wywołało protesty Azerbejdżanu. Ostatecznie EBU ukarała za to armeńską telewizję finansowo.

Na konkursie Eurowizji powiewa wiele flag, ale istnieje także lista „flag zakazanych”. To oprócz flagi Górskiego Karabachu także flagi Kosowa, Palestyny, krymskich Tatarów, Kraju Basków oraz Państwa Islamskiego. EBU zakazała ich, bo obawia się politycznych prowokacji i sporów między państwami członkowskimi tej organizacji.

Ale zdarzało się, że kraje prowokowały się nawet tytułami piosenek. W 2008 r. Gruzja wystawiła piosenkę „Peace Will Come” śpiewaną przez Dianę Ghurckaię. W tym czasie trwały już poważne gruzińsko-rosyjskie napięcia wokół Osetii Południowej, które trzy miesiące później przekształciły się w otwartą wojnę. W 2008 r. triumfował jednak w Belgradzie Rosjanin Dima Bilan. Co ciekawe widzowie z Rosji i Gruzji nie dali się ponieść wojennym nastrojom i przyznali nawzajem swoim krajom niemało punktów.

Gruzini rok później postanowili jednak otwarcie sprowokować Rosjan. Gruzińskie eliminacje do konkursu wygrał bowiem zespół Stephane&3G z piosenką „Put In Disco”, która zawierała szydercze aluzje do Władimira Putina i refren brzmiący „We don’t wanna put in”. EBU zażądała od Gruzji zmiany piosenki, a gdy Tbilisi odmówiło – zdyskwalifikowała gruzińską reprezentację.

W tym roku oskarżenia o satanizm i hejt wobec feminizmu

W tym roku też nie brakuje na konkursie Eurowizji kontrowersji. Ale tym razem powstają one  nie na arenie międzynarodowej, ale wewnątrz różnych krajów. Najwięcej jest ich na Cyprze. Prawosławni mieszkańcy tego kraju protestują bowiem przeciw swojej reprezentantce Elenie Tsagrinou, która wykona utwór „El Diablo”.

Przedstawiciele organizacji religijnych uznały piosenkę za promującą satanizm i zbierały podpisy pod wnioskiem o jej wycofanie. Organizowano także pikiety pod budynkiem telewizji publicznej, a poparł je m.in. Święty Synod Cerkwi Prawosławnej Cypru. W refrenie utworu padają bowiem słowa o „oddaniu serca diabłu”.

Sama piosenkarka tłumaczy jednak, że jej utwór nie mówi o prawdziwym diable, ale to metafora stosującego w związku przemoc partnera, z którego emocjonalnej władzy musi się uwolnić kobieta. „To utwór nawiązujący do ruchu Me Too oraz prześladowań i agresji wobec kobiet” – mówiła Tsagrinou.

Z kolei w Rosji wielu przeciwników ma piosenka „Russian Woman” wykonywana przez Maniżę. To mieszkająca w Rosji, ale pochodząca z Tadżykistanu wokalistka, nierzadko w swoich utworach upominajaca się o prawa imigrantów, kobiet czy mniejszości seksualnych.

Maniża, która często miesza w piosenkach rosyjski z tadżyckim, w utworze „Russian Woman” podkreśla konieczność uzyskania przez rosyjskie kobiety pewności siebie, akceptacji własnego ciała czy przeciwstawiania się agresywnym partnerom. Na scenie demonstracyjnie zrzuca też z siebie barwny ludowy strój, pod którym ma kombinezon przypominający więzienny drelich.

Z tego powodu piosenkarka jest atakowana przez konserwatywnych rosyjskich polityków, a w internecie wylała się na nią fala hejtu. „Od dzieciństwa słyszymy, że mamy być takie, albo takie. Nasza spódnica ma mieć określoną długość. Patrzenie na nas przez pryzmat stereotypów jest tak złe… Jestem tym zmęczona” – powiedziała jednak sama wokalistka i oświadczyła, że hejt „ma w nosie”.

 

Koronawirus na Eurowizji

W ubiegłym roku konkurs Eurowizji nie odbył się z powodu pandemii COVID-19. Żadna z tegorocznych piosenek nie dotyka jednak problemu koronawirusa, ale patogen i tak dał o sobie znać.

Po raz pierwszy w historii konkursu, w czwartkowym (20 maja) II półfinale, jeden z zespołów nie wystąpił na żywo na wspólnej scenie z innymi wykonawcami. Islandzka grupa Daði og Gagnamagnið musiała bowiem pozostać w kwarantannie z powodu wykrycia u jednego z członków ekipy zakażenia koronawirusem.

Podczas występu odtworzono więc nagranie zrobione tydzień wcześniej podczas prób. Mimo to widzowie docenili Islandczyków i przyznali im miejsce w dzisiejszym finale. Inaczej potoczyły się losy polskiej reprezentacji, w której także jedna osoba okazała się zainfekowana SARS-CoV-2.

Ponowne testy wykazały jednak, że nikt inny w polskiej ekipie się nie zakaził i Rafał Brzozowski ostatecznie mógł wystąpić w Rotterdamie na żywo. Ale jego piosenka „The Ride” Europy nie zachwyciła i Polak zakończył swój udział w tegorocznym konkursie już na półfinale. „Ale przynajmniej okulary miał fajne” – skomentował występ Brzozowskiego prowadzący transmisję w litewskiej telewizji.