Dziś finał 66. Konkursu Piosenki Eurowizji. Bez Rosji, bo została wykluczona za napaść na Ukrainę

Zespół Kalush Orchestra podczas oczekiwana na wyniki półfinału podczas konkursu Eurowizji, źródło: Facebook/Eurovision Song Contest

Zespół Kalush Orchestra podczas oczekiwana na wyniki półfinału podczas konkursu Eurowizji, źródło: Facebook/Eurovision Song Contest

Na scenie hali PalaOlimpico w Turynie staną dziś wykonawcy z 25 krajów, którzy zakwalifikowali się do finału imprezy. Są wśród nich artyści z Ukrainy i Polski. Rosja jeszcze przed konkursem została z niego wykluczona. To sankcja za inwazję na Ukrainę.

 

 

Konkurs Piosenki Eurowizji z założenia ma być rywalizacją czysto artystyczną, a więc pozbawioną jakiejkolwiek polityki. W regulaminie jest nawet zapis o tym, że wykonawcę można zdyskwalifikować za polityczne manifestacje na scenie.

Dlatego większość artystów stawia na piosenki żartobliwe, albo liryczne, jak w tym roku polski reprezentant Krystian Ochman, który wykona dziś (14 maja) w Turynie nastrojową balladę pod tytułem „River”. Dzięki niej wywalczył w czwartek (12 maja) w drugim półfinale pierwszy od pięciu lat awans polski do finału konkursu Eurowizji

Wojny na Eurowizji nie słychać

Tegoroczna edycja największej paneuropejskiej imprezy muzycznej odbywa się w cieniu wojny na Ukrainie, jaka wybuchła wskutek rosyjskiej napaści zbrojnej. Ale w obydwu dotychczasowych półfinałach próżno się było doszukiwać odniesień do wojennej sytuacji.

Nawet Ukraina, której reprezentantom wcześniej zdarzało się nawiązywać np. do wątków historycznych, postawiła tym razem tylko na muzykę. W wieczornym finale zaśpiewa dziś zespół Kalush Orchestra, który łączy brzmienia folkowe z popem i hip-hopem.

Podczas pierwszego półfinału w Turynie, który odbył się we wtorek (10 maja) to właśnie ukraińscy artyści otrzymali od zgromadzonej w hali PalaOlimpico publiczności największe owacje.

O wojnie na Ukrainie przypomina natomiast brak reprezentanta Rosji. Organizator Konkursu Piosenki Eurowizji – Europejska Unia Nadawców (EBU) – wykluczyła bowiem rosyjskich artystów z tegorocznej edycji. Stało się tak już 25 lutego, a więc zaledwie dzień po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę. Naciskało na to wiele należących do EBU europejskich telewizji.

W reakcji na to trzy zrzeszone w EBU rosyjskie telewizji opuściły tę organizację, co sprawia, że Rosja nie będzie reprezentowana także w kolejnych edycjach konkursu Eurowizji, chyba, że ponownie zostanie przyjęta w poczet członków EBU.

Polityka przebija się na Eurowizję

Polityka była jednak obecna wielokrotnie podczas poprzednich edycji konkursu. Najczęściej były to jednak – aby nie złamać konkursowego regulaminu – tylko podteksty lub przekaz umieszczany między wierszami (czy raczej między nutami). Artyści nieraz też wprost sygnalizowali na scenie i wokół niej różne międzynarodowe problemy.

Pochodzący z Wielkiej Brytanii, ale mieszkający na stałe w USA komik John Oliver w swoim popularnym programie „Przegląd tygodnia” („Last Week Tonight”) tłumaczył w 2014 r. Amerykanom ideę Eurowizji tak:

„Raz do roku ma miejsce po prostu najbardziej zwariowana rzecz jaką można obejrzeć. 47 europejskich krajów przekształca tysiące lat etnicznych i religijnych napięć w serię trzyminutowych dziwacznych muzycznych katastrof”.

Swoje słowa ilustrował zresztą m.in. fragmentem występu polskiego duetu Donatan&Cleo. Wykonującej utwór „My Słowianie” wokalistce towarzyszyły wówczas na scenie w Kopenhadze nie tylko tancerki w ludowych strojach, ale także biuściaste modelki… piorące w balii bieliznę bądź ubijające masło.

Ale tamten występ nie wzbudził rzecz jasna politycznych dyskusji, choć pojawiały się głosy, że sceniczny występ utwierdzał stereotypy o Polsce jako kraju, gdzie kobiety to wyłącznie obiekty seksualne, sprzątaczki i kucharki.

Tymczasem w historii Eurowizji pojawiło się mnóstwo piosenek, które – choć zwykle w bardzo prostej popowej formie – poruszały kwestie praw zwierząt, równouprawnienia kobiet, tolerancji wobec mniejszości czy antywojennych manifestów.

Sygnał do rewolucji ze sceny

Zdarzało się jednak nawet, że piosenki z Eurowizji towarzyszyły rewolucjom. Było tak choćby w 1974, kiedy to konkurs przeszedł do historii przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, to wtedy z piosenką „Waterloo” triumfował szwedzki kwartet ABBA, czyli do dziś największa gwiazda wylansowana dzięki Eurowizji.

Zaledwie rok wcześniej zniesiono obowiązek śpiewania w języku narodowym, co na pewno pomogło nucić anglojęzyczną zwycięską piosenkę widzom z różnych krajów. Co ciekawe, ABBA reprezentowała Szwecję także rok wcześniej, ale tamtą piosenkę – „Ring, Ring” – pamietają już tylko najwięksi fani tej grupy.

Ale rok 1974 to nie tylko wielki sukces ABBY czy międzynarodowy debiut brytyjskiej piosenkarki Olivii Newton-John, która cztery lata później stanie się wielką gwiazdą dzięki wspólnemu występowi z Johnem Travoltą w hollywoodzkiej wersji musicalu „Grease”, ale także zapadający w pamięć występ reprezentanta Portugalii – Paulo de Carvalho.

Portugalski piosenkarz, mimo że zajął dopiero 14. miejsce, zaśpiewał jednak piosenkę „E depois do adeus”, która – choć była tylko nastrojową balladą o samotności i tęsknocie – stała się jednak wielkim politycznym symbolem.

Jej nadanie zaledwie kilkanaście dni później przez lizbońskie Radio Rinasenza, a zaraz potem zakazanej wówczas ballady „Grândola, Vila Morena”, było bowiem jednym z sygnałów do wybuchu buntu młodych oficerów, którzy obalili prawicową dyktaturę i przywrócili w Portugalii demokrację.

Niemal bezkrwawa rewolucja otrzymała potem nazwę „Rewolucji goździków”, ponieważ kwiaciarki wkładały te właśnie kwiaty w lufy karabinów żołnierzy.

Pomarańczowa rewolucja

Ale konkurs Eurowizji ma także związek z ukraińską „Pomarańczową rewolucją”. W maju 2004 r. w Stambule triumfowała bowiem reprezentantka Ukrainy Rusłana Łyżyczko. Wykonała mocno wpadającą w ucho taneczną piosenkę „Wild Dances”.

I choć w niej też nie było polityki, to jednak kilka miesięcy później Rusłana Łyżyczko – jako jedna z pierwszych ukraińskich celebrytek – oficjalnie poparła ludzi protestujących przeciw sfałszowanym wyborom prezydenckim na kijowskim Majdanie. Zaśpiewała też dla nich ukraiński hymn. Nie brak teorii, że to wcześniejszy międzynarodowy sukces Rusłany dodał Ukraińcom pewności siebie potrzebnej do obalenia niedemokratycznych władz.

Kiedy rok później finał kolejnego konkursu Eurowizji odbywał się w Kijowie, Ukrainę reprezentował zespół hiphopowy Greenjolly, który wykonał piosenkę „Razom nas bahato” („Razem jest nas wielu”), która była hymnem „Pomarańczowej rewolucji” i piosenką wyborczą prodemokratycznego Wiktora Juszczenki, który ostatecznie dzięki rewolucji został prezydentem.

EBU zmusiła jednak zespół Greenjolly do zmiany tekstu piosenki i usunięcia z niej najbardziej politycznych fragmentów. Ukraiński przebój Eurowizji zresztą nie zawojował i zajął dopiero 19. miejsce.

Bojkoty na Eurowizji

Podczas konkursów Eurowizji nie brakowało także demonstrowania sporów między samymi państwami. Przez wiele lat Macedonia, z powodu swojego sporu z Grecją, występowała na konkursie jako FYROM, co jest akronimem od anglojęzycznej nazwy Była Jugosłowiańska Republika Macedonii (Former Yugoslavian Republic of Macedonia).

Z kolei podczas wspomnianego już finału z 2004 r., który miał miejsce w Stambule, organizująca transmisję turecka telewizja wyświetlała konturowe mapki każdego ze startujących krajów.

Jednak w przypadku Cypru takiej mapki… nie było. Tureccy organizatorzy chcieli bowiem na niej zaznaczyć nieuznawany międzynarodowo Cypr Północny, ale na to EBU się nie zgodziła. I ostatecznie nie wyświetlono po prostu niczego.

Zdarzało się także, że jedne państwa rezygnowały z udziału w konkursie z powodu obecności w nim innego kraju. W 1975 r. Eurowizję zbojkotowała Grecja, protestując przeciw debiutowi Turcji. Wszystko działo się bowiem zaledwie kilka miesięcy po tureckiej inwazji na Cypr. Aż do 1978 r. Turcja i Grecja występowały zresztą na Eurowizji na zmianę.

Z kolei w 1980 r. po raz jedyny w konkursie wystąpiło Maroko, choć kraj ten należy do EBU. Marokańczycy zgłosili swojego kandydata korzystając tego, że akurat w tamtym jedynym roku nie startował Izrael. Także z powodu konfliktu z Izraelem (choć oficjalnie dla oszczędności) w 2004 r. z miejsca w konkursie zrezygnował Liban.

I do udziału w konkursie już nie powrócił. W 2005 r. w Libanie przyjęto ustawę zakazującą transmitowania występów izraelskich artystów, a skoro nie można już całej Eurowizji transmitować, to nie można w niej też startować. I tak Liban został przez EBU zdyskwalifikowany.

Konflikty Rosji i Ukrainy

Eurowizja ma także długą historię sporów ukraińsko-rosyjskich. W 2016 r. w Sztokholmie triumfowała bowiem ukraińska wokalistka Jamala, która pochodzi z tatarskiej mniejszości etnicznej.

Jamala wykonała mało eurowizyjny, wymagający wokalnie utwór „1944”, który opowiadał o masowych deportacjach Tatarów Krymskich do Azji Centralnej, nakazanych przez Stalina. Trudno było nie odczytać aluzji do bieżącej sytuacji na Krymie, gdzie w dwa lata po rosyjskiej amnestii trwały represje wobec tatarskiej społeczności.

Pikanterii sprawie dodał fakt, że w głosowaniu telewidzów wygrał wówczas reprezentant Rosji Siergiej Lazarow. Ale od 2009 r. obowiązywał zmieniony regulamin konkursu, a do końcowego wyniku dodawane są jeszcze punkty przyznawane przez międzynarodowe jury. I to właśnie te punkty zdecydowały o wygranej Jamali, co w Rosji odebrano jako spisek mający ukarać Moskwę za działania wobec Ukrainy.

W tych podejrzeniach było jednak ziarenko prawdy. Regulamin konkursu zmieniono bowiem m.in. właśnie m.in. z powodu Rosji. Ale nie jej działań międzynarodowych, tylko dużej diaspory zamieszkującej inne kraje obszaru postsowieckiego.

A to sprawiało, że rok w rok, bez względu na jakość piosenki, rosyjscy reprezentanci dostawali niemal maksimum punktów od widowni z takich krajów jak Białoruś, Armenia, Estonia czy Łotwa.

Zresztą pewne głosowania były zawsze do przewidzenia, a w konkursie wytworzyły się narodowe koalicje – Rumunia zwykle mogła liczyć na głosy z Mołdawii i odwrotnie, Wielka Brytania głosowała na Irlandię, a Litwa na Polskę.

Kraje bez dużej liczby swoich rodaków mieszkających w innych krajach już na starcie miały więc trudniej. I dlatego dołożono jury złożone z dziennikarzy czy producentów muzycznych.

Postsowieckie spory graniczne na scenie Eurowizji

Rozpad ZSRR bardzo zmienił konkurs Eurowizji. Nie tylko zwiększył liczbę startujących krajów (do czego przyczyniły się także rozpad Jugosławii czy Czechosłowacji), co sprawiło, że konieczna stała się organizacja półfinałów, ale także przeniósł na konkursową scenę całą masę sporów granicznych.

Gdy w 2017 r. finał po zwycięstwie Jamali ponownie organizowała Ukraina, nie dopuszczono do niego reprezentantki Rosji Julii Samojłowej. Wystąpiła ona bowiem wcześniej na okupowanym przez Rosję Krymie dla rosyjskich żołnierzy. Za to została ukarana kilkuletnim zakazem wjazdu na Ukrainę.

Mimo nacisków EBU Ukraina nie dała Samojłowej prawa do występu, a Rosja nie chciała zmienić wykonawcy. I ostatecznie rosyjskiej piosenki w Kijowie nie było. Dodatkowo Ukraina oskarżyła Rosję o podwójną prowokację, bowiem Samojłowa jest wokalistką niepełnosprawną. Z powodu zaniku mięśni porusza się na wózku. Samojłowa wystąpiła w końcu rok później w Lizbonie, ale – po raz pierwszy w historii konkursu – nie zapewniła Rosji miejsca w finale.

Na scenie konkursu Eurowizji dochodziło także do manifestowania sporów granicznych między Armenią a Azerbejdżanem. Kraje te nie tylko nie przyznają sobie nawzajem niemal żadnych punktów, ale czasem nawet prowokują się podczas występów. W 2014 r. Azerbejdżan próbował nawet zablokować możliwość oddawania głosów na Armenię z azerbejdżańskiego terytorium.

Gruzini drwiący z Putina i „lista flag zakazanych”

Armenia z kolei nie wysłała swojego reprezentanta w 2012 r. na konkurs do Baku, tłumacząc, że nie może swojej ekipie zagwarantować bezpieczeństwa w Azerbejdżanie. Natomiast w 2016 r reprezentantka Armenii Iweta Mukuczian na konferencji prasowej po koncercie półfinałowym pojawiła się z flagą Górskiego Karabachu, co wywołało protesty Azerbejdżanu. Ostatecznie EBU ukarała za to armeńską telewizję finansowo.

Na konkursie Eurowizji powiewa wiele flag, ale istnieje także lista „flag zakazanych”. To oprócz flagi Górskiego Karabachu także flagi Kosowa, Palestyny, krymskich Tatarów, Kraju Basków oraz Państwa Islamskiego. EBU zakazała ich, bo obawia się politycznych prowokacji i sporów między państwami członkowskimi tej organizacji.

Ale zdarzało się, że kraje prowokowały się nawet tytułami piosenek. W 2008 r. Gruzja wystawiła piosenkę „Peace Will Come” śpiewaną przez Dianę Ghurckaię. W tym czasie trwały już poważne gruzińsko-rosyjskie napięcia wokół Osetii Południowej, które trzy miesiące później przekształciły się w otwartą wojnę. W 2008 r. triumfował jednak w Belgradzie Rosjanin Dima Bilan. Co ciekawe widzowie z Rosji i Gruzji nie dali się ponieść wojennym nastrojom i przyznali nawzajem swoim krajom niemało punktów.

Gruzini rok później postanowili jednak otwarcie sprowokować Rosjan. Gruzińskie eliminacje do konkursu wygrał bowiem zespół Stephane&3G z piosenką „Put In Disco”, która zawierała szydercze aluzje do Władimira Putina i refren brzmiący „We don’t wanna put in”. EBU zażądała od Gruzji zmiany piosenki, a gdy Tbilisi odmówiło – zdyskwalifikowała gruzińską reprezentację.