Ekspert rynku pracy: Marnujemy „dobry kryzys” na potrzebne reformy [WYWIAD]

Polska, gospodarka, kryzys, pandemia, COVID19, neoliberalizm, Morawiecki, Tarcza antykryzysowa, pandemia, Balcerowicz, Unia Europejska

Premier Mateusz Morawiecki / Foto via Fot: Krystian Maj/KPRM [Kancelaria Premiera]

„Liczyłem, że pandemia wbije jednoznacznie i raz na zawsze kołek w serce neoliberalizmu. Jednak po kilku miesiącach niewiele zostało z ożywczych dyskusji. Okazało się, że kryzys nie jest tak głęboki, by ośmielać do radykalnych reform, a rządy niespecjalnie chcą korzystać z wolności sięgania po narzędzia, o jakich wcześniej mogły tylko pomarzyć”, mówi Łukasz Komuda, ekspert rynku pracy Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych (FISE) oraz redaktor portalu Rynekpracy.org.

 

 

Mateusz Kucharczyk; EURACTIV.pl: Jako ekspert od rynku pracy pożegnał Pan 2020 r. z ulgą? Z danych portalu pracuj.pl wynika, że połowa respondentów ocenia minione 12 miesięcy dobrze, lepiej niż 2019 r…  

Łukasz Komuda: Moja ocena nie będzie jednoznacznie negatywna. Rynek pracy pozytywnie mnie zaskoczył, a szacunki – również moje z wiosny br. – dotyczące znacznego skoku liczby bezrobotnych zupełnie zawiodły.

Z ostatniego Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że mamy rekordową w historii (dane z III kwartału) liczbę pracujących i osób aktywnych zawodowo.

Gdy rozmawialiśmy na początku kwietnia przewidywał Pan, że bezrobocie sięgnie nawet 20 proc. Tymczasem jest nie więcej niż 6 proc. (dane GUS), a według metodologii Eurostatu – 3,5 proc. (prawie najmniej w UE). Jak to wytłumaczyć?

To efekt wielu czynników. Spadamy z wysokiego konia, czyli rynek pracy jest w kształcie uformowanym przez ostatnie kilka lat dobrej koniunktury gospodarczej, które musiały wpłynąć na postawy zarówno pracodawców, jak i pracowników. Podskórnie na rzeczywistość oddziałują zmiany demograficzne.

Każdego roku rynek pracy kurczy się o 150 tys. osób aktywnych zawodowo. Więcej osób odchodzi na emeryturę niż rozpoczyna pracę. W ciągu minionej dekady straciliśmy w ten sposób prawie 1,3 mln osób aktywnych zawodowo. Ten proces dokonuje się niemal niezauważenie, w cieniu innych, większych kryzysów. A przecież presję demograficzną licznych roczników debiutujących zawodowo zastąpiła stale rosnąca luka. Przynajmniej w części może ona wyjaśniać to, że nawet w pandemicznej sytuacji w niektórych branżach, dla wybranych profesji znalezienie pracowników jest nadal problematyczne.

Obserwując rekordowo niskie wskaźniki stopy rejestrowanego bezrobocia, od 5-ciu miesięcy na poziomie około 6 proc., widzimy jak unikalnie zrównoważyły się dwie znoszące się siły: ludzie tracą pracę, choć nie tak często i gwałtownie jak w poprzednich kryzysach, a redukcje zatrudnienia hamuje demografia oraz wspomnienie tego, jak trudno było wypełnić wakaty jeszcze na przełomie 2019 i 2020 r.

Ale jeszcze większe znaczenie miało dość unikalne, wywołane pandemią, zjawisko przesuwania się zwolnionych ludzi nie do grona bezrobotnych, ale biernych zawodowo – w okresie lockdownu szukanie pracy zdawało się nie tylko ryzykowne zdrowotnie, ale i bezsensowne, bo firmy zawiesiły procesy rekrutacyjne nie mając pojęcia co je czeka.

Obecna relatywnie dobra sytuacja na rynku pracy jest zasługą działań rządu premiera Mateusza Morawieckiego?  

Oddajmy cesarzowi co cesarskie. Kolejne programy tzw. tarcz antykryzysowych miały wpływ na kształtowanie rzeczywistości. Narzędzi zaproponowanych przez rząd było sporo i szczególnie te uruchomione w pierwszej fazie pandemii nie były skierowane do precyzyjnie wybranych branż, ale oddziaływały szeroko. I choć konieczne było spełnienie szeregu wymogów biurokratycznych, ze wsparcia skorzystały dziesiątki tysięcy przedsiębiorców.

Do krótkoterminowego utrzymania miejsc pracy przyczyniła się przede wszystkim pożyczka z PFR (Państwowy Fundusz Rozwoju). Przewidziano umorzenie nawet 3/4 wsparcia w zamian za utrzymanie zatrudnienia przez 12 miesięcy. To bardzo sensowny instrument, który osłonił około 3,1 mln miejsc pracy (mniej więcej co czwarty etat w Polsce).

Jednak musimy pamiętać, że efekt PFR zniknie. Rząd oddalił w czasie efekty tąpnięcia gospodarczego, o którym mówiono na początku pandemii. Ale też przyszłość wydaje się nieco mniej mroczna i nieprzewidywalna – szczególnie odkąd pojawiły się szczepionki. A choć część zagrożonych miejsc pracy i tak padnie ofiarą kryzysu, to przynajmniej część za sprawą pożyczki uda się uratować.

Wyobraźmy sobie, że w 2020 r. Polską rządzi ekipa neoliberalna. Jak mogłaby wyglądać sytuacja po kilku miesiącach pandemii?

Przyjmując, że filozofia takiego rządu byłaby taka sama, jak filozofia pierwszych reform Leszka Balcerowicza 30 lat temu – czyli dbanie o deficyt i dług publiczny, inflację i zdanie się na rozstrzygającą rolę rynku w kluczowych kwestiach – to spodziewałbym się mniej wydatków publicznych – jeśli w ogóle – na ratowanie gospodarki w ramach instrumentów pomocowych.

Taka polityka to droga wprost do masowych i szybko wprowadzanych zwolnień, pogorszenia sytuacji społecznej, wzrostu bezrobocia i bankructw w wielu branżach. Nie twierdzę, że dzięki działaniom rządu Morawieckiego uda się uratować wszystkie firmy. Na skutek kryzysu część z nich już zbankrutowała, a wiele upadnie później. Jednak część dotrwa do lepszych czasów, utrzymując nie tylko zatrudnienie, ale i zdolność do generowania wartości dodanej, zachowując zgromadzone przez lata know-how, pamięć instytucjonalną.

Pozytywem jest także sięganie po niestandardową ścieżkę sfinansowania wydatków publicznych. Okazało się, że świat się nie zawalił. Nikt z Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) nie pogroził nam palcem. Neoliberałowie muszą być tym nieco zdezorientowani, ale najwyraźniej świat się zmienił.

Na przestrzeni dekady świat mierzy się już z drugim kryzysem gospodarczym, tymczasem Polska przechodzi przez nie „suchą stopą”.

Jaki wpływ na bezrobocie ma półperyferyjny charakter rodzimej gospodarki względem globalnych mechanizmów? Południe Europy, gdzie sporo osób pracuje w turystyce i usługach, z każdym miesiącem notuje coraz wyższe statystyki bezrobocia.

Jesteśmy gospodarką peryferyjną. Nie jesteśmy centrum rozwojowym, designu albo miejscem tworzenia nowych technologii. Jeżeli jesteśmy w czołówce produkcji jakiegoś towaru, jak w przypadku mebli, to wytwarzamy je pod marką zagranicznych koncernów. Nie zgarniamy zatem odpowiedniej marży, a to ogranicza możliwości wzrostu wynagrodzeń nad Wisłą. Nie radzimy sobie też z aktywnością w branżach o wysokiej wartości dodanej. To oczywiście przekłada się na sytuację rynku pracy, który inaczej reaguje w sytuacjach tąpnięć gospodarczych.

Zacznijmy jednak od tego, że wartość naszego eksportu to ok. 55 proc. naszego PKB – ten odsetek zwiększył się od połowy lat 90. XX w. niemal dwukrotnie. Ale połowa krajów UE ma ten wskaźnik wyższy.

Zostawmy Luksemburg z rekordowymi 230 proc. – na Słowacji jest to blisko 100 proc., na Węgrzech – 90 proc., w Czechach, Litwie, Estonii, Słowenii – 80 proc. Te kraje zależą w większym stopniu od zagranicznych rynków zbytu, niż Polska, która ma o wiele większy rynek wewnętrzny i plasuje się blisko krajów niemieckojęzycznych i skandynawskich (Dania – 55 proc., Austria 54 proc., Niemcy 47 proc., Szwecja 45 proc.).

Paradoksalnie, w sytuacji kryzysowej odnajdujemy korzyści z bycia – mówiąc w uproszczeniu – producentem pieczarek i złączek, czyli podwykonawcą, dostawcą produktów o niskiej wartości dodanej i krajem peryferyjnym.

Eksportując dobra o relatywnie niskiej wartości dodanej możemy spodziewać się mniejszego tąpnięcia popytu na nasze towary i usługi, bo jeśli nie są to podzespoły do produktów premium czy luksusowych, to będą się sprzedawały nawet w okresie gorszej koniunktury. Czyli kryzys zagrozi naszym firmom działającym na eksport w nieco mniejszym stopniu, niż np. podmiotom w Szwajcarii, Szwecji czy Niemczech.

Kluczowy pozostaje dla nas rynek wewnętrzny i zachowania pracodawców. A te odbiegają od wzorów obserwowanych w poprzednich okresach zapaści koniunktury gospodarczej. Pojawiło się np. półbezrobocie. Pracodawca, który przed pandemią długo szukał pracownika na dane stanowisko, woli zmniejszyć wymiar etatu niż zwolnić dopiero co zatrudnionych ludzi. To metoda na dotrwanie do „spokojniejszych czasów” i działanie racjonalne, bo przecież rekrutacja kosztuje. Nieobsadzone w przyszłości miejsce pracy to z kolei niewykorzystany potencjał.

Takie podejście jest często przyjmowane ze zrozumiem przez załogę. Praca w mniejszym wymiarze czasu otwiera pole do dorabiania. To nie jest nowe zjawisko, ale jego skala może być aktualnie większa podczas dawnych kryzysów.

Do tego dochodzą tzw. „elastyczne” formy pracy, zmniejszające koszty pracodawców. Przed pandemią mieliśmy według szacunków GUS 1,3 mln osób na umowach cywilno-prawnych oraz kolejne 1,3 mln w ramach samozatrudnienia (samozatrudnieni nie zatrudniający innych pracowników).

W tym segmencie nie ma mowy o zwalnianiu – bo pracujący nie są przecież zatrudnieniu w klasycznym rozumieniu tego słowa, ale otrzymują zlecenia. Niewielka ich grupa straciła całkowicie strumień takich zamówień, ale sporo „elastycznych” skarży się na to, że ma ich zdecydowanie mniej. Dochody niektórych spadły na tyle, że muszą sięgać po oszczędności lub wsparcie rodziny – ale ciągle trudno mówić o tym, że stali się bezrobotnymi.

W Polsce od lat opisując dobrą kondycję rynku pracy mówiło się o tzw. rynku pracownika.

Przyjmijmy, że rynek pracownika ma miejsce wtedy, gdy to on dyktuje warunki. Na przykład: idzie do pracodawcy po podwyżkę i przeważnie ją otrzymuje. Tego w Polsce się nie doczekaliśmy, bo ciągle typową strategią uzyskania wyższych zarobków jest zmiana pracodawcy. Ale przynajmniej rzadsze stało się stosowanie przez szefów frazy „dziesięciu takich jak ty czeka za bramą zakładu”.

Pozycja pracownika wzmocniła się nieco w ostatnich latach. Ale masowa emigracja zarobkowa z Polski – w wartościach bezwzględnych największa po rumuńskiej w UE – wcale nie wróciła do Polski. Czyli nie jesteśmy takim znowu rajem dla pracowników. Ciągle osoba pracująca w Niemczech i otrzymująca płacę minimalną, co jest rzadkością, zarabia więcej niż polska średnia krajowa.

Nawet pandemia i niepewność związana z brexitem, nie skłoniły polskich gastarbeiterów ze Zjednoczonego Królestwa do powrotu. Większość pozostała w Wielkiej Brytanii, a niewielka część co najwyżej zmieniła kraj emigracji na Holandię, Irlandię, Niemcy, Norwegię.

Czy powinniśmy obawiać się o stabilność rynku pracy w Polsce w kolejnych miesiącach?

Gdyby pandemiczny kryzys trwał pół roku, musielibyśmy powiedzieć, że rządowi udało się przejść „suchą stopą” przez poważne turbulencje. Skala wsparcia była i jest całkiem poważna. W relacji do PKB może nie rekordowa na tle innych krajów europejskich, ale ciągle powinna budzić pewien respekt. Szczególnie, że to po raz pierwszy w trakcie kryzysu polski rząd próbował mu przeciwdziałać. Przy wszystkich poprzednich kryzysach spuszczano głowę i liczono na cud.

Niestety, kryzys ekonomiczny związany z pandemią w końcu odbije się na rynku pracy.

Instrumenty z tzw. tarcz antykryzysowych do tej pory głównie wspierały przedsiębiorców – nie pracowników. Dla samozatrudnionych oraz osób na umowach cywilno-prawnych wsparcie było skromne, natomiast pracownicy etatowi, czyli trzon naszego rynku pracy, nie otrzymali żadnej bezpośredniej pomocy.

Dopiero po wielu publikacjach w mediach i opiniach ekspertów rząd podwyższył zasiłek dla bezrobotnych oraz wprowadził specjalny jednorazowy dodatek kryzysowy oraz przedłużył obowiązywanie zasiłku opiekuńczego. Te narzędzia mogą okazać się niewystarczające, by powstrzymać spadek popytu na rynku wewnętrznym i poprawić nastroje konsumentów.

Kto najwięcej straci na pandemii z punktu widzenia pokoleń?

Badania pokazują, że najpewniej czują się osoby zatrudnione na umowach na czas nieokreślony. Nie ma w tym żadnej niespodzianki. Zaskakująco dobrze wypadają osoby samozatrudnione, co może wskazywać, że ta grupa radzi sobie całkiem nieźle mimo niepewności.

Koronawirus będzie ogromnym przeżyciem dla osób dopiero wchodzących na rynek pracy. Jest sporo badań, które pokazują, że moment debiutu na rynku pracy definiuje całe przyszłe życie zawodowe, np. pod względem wysokości dochodów. Osoby, które debiutują w pobliżu górki koniunkturalnej, po 20-30-stu latach nadal mają o ponad 20-30 proc. większe dochody niż Ci, którzy rozpoczynali pracę w najgłębszym dołku.

Młodzi ludzie z reguły mają trudności ze znalezieniem stałego miejsca pracy, a standardem są elastyczne formy zatrudnienia. Pandemia może wzmocnić ten trend oraz wyhamować na jakiś czas zjawisko określane przez pracodawców mianem „rozszczeniowości”.

Młodzi byli rozszczeniowi bo sprzyjała im demografia. Mało ich wchodziło na rynek, a w wielu branżach dominują albo stanowią kluczową grupę podczas rekrutacji. Przewaga młodych – na rynek wchodzi ich teraz 200-250 tys. mniej niż kilkanaście lat temu – zostanie ograniczona przez pandemię. Muszą się pogodzić, że będą dłużej pracowali na umowie cywilno-prawnej lub nawet na czarno.

Na rynku pracy w przypadku jakiejkolwiek sytuacji kryzysowej najgorzej mają najsłabsi. Stopa bezrobocia wśród młodych to już 13 proc. To oczywiście wyraźnie mniej niż w krajach południowej Europy, ale wyraźnie więcej niż w przypadku grup starszych pracowników.

Statystycznie najlepiej ma mężczyzna w wieku 30-40 lat, bez żony, dzieci, zobowiązań, a za to z kilkunastoletnim doświadczeniem zawodowym. Każdy kto odbiega od tej normy automatycznie ląduje na gorszym miejscy rynku pracy.

W Polsce jest najwyższa inflacja w całej UE. W jaki sposób powinniśmy czytać te dane?

Po raz pierwszy rządy – w Polsce, w Europie i na całym świecie powiedziały wprost – „musimy się porządnie zadłużyć”. Okazało się, że świat się nie zawalił. Wszystkie możliwe limity długu publicznego, deficyty budżetowe przekroczono, a nie doszło do wybuchu hiperinflacji ani innych negatywnych skutków, jakimi tradycyjnie się w podobnej sytuacji straszy.

W Polsce media próbują straszyć inflacją, przekonując o jej największym poziomie w historii – np. nawet dziesięciokrotnie większym niż w Chorwacji. Nadmierna inflacja jest negatywnym zjawiskiem i rodzi tzw. koszty transakcyjne związane z galopującymi cenami produktów, ale pamiętajmy: nie ma nigdzie wykutej w kamieniu zasady dotyczącej granicy inflacji, która jest bezpieczna, a powyżej niej jest już bardzo niebezpiecznie.

Naturalnym, choć wziętym trochę z sufitu progiem, jest 5-proc. roczny wzrost cen, powyżej którego sporo wysiłku rządów wkładanych jest w powstrzymanie inflacji. W Polsce według danych Eurostatu za listopad br. jest 3,7 proc., natomiast według GUS było to 3,0 proc. I w kolejnych miesiącach raczej nie stanie się tu nic niepokojącego – ekonomiści zapowiadają raczej spadek tego wskaźnika, niż wzrost.

Najbardziej odczuwalne dla konsumentów podwyżki cen żywności następują nie z powodu zwiększonego zadłużenia państwa, ale np. ze względu na kryzys klimatyczny. Czynniki pogodowe, jak susze, powodzie, gradobicia lub wichury windują ceny w górę.

Na ceny żywności wpływać będzie problem z zatrudnieniem pracowników na dotychczasowych stawkach. Producenci żywności nie są w stanie znaleźć chętnych do pracy – nawet tych z Ukrainy, którzy znajdują lepiej płatne zajęcia. Podwyżki kosztów produkcji żywności z powodzeniem można byłoby skompensować zmniejszeniem marż pośredników m.in. wielkich sieci handlowych i hurtowników. Stąd pomysł rządu na stworzenie państwowego podmiotu, który stałby się dużym graczem w tej branży, ale z tych obietnic – tak jak z miliona elektrycznych samochodów czy 100 tys. mieszkań – nic nie wyszło.

Dotykamy tutaj znowu reform Balcerowicza. Choć nie było żadnego referendum w tej sprawie, przyjmując określony model transformacji ekonomicznej oraz polityki gospodarczej zdecydowaliśmy, że nic w Polsce nie będzie polskie. Ani handel detaliczny, ani hurtowy, przemysł, ani system finansowy. Wszystko ma być rękach zagranicznych. Nie przeszkadza nam nawet, gdy operujące u nas przedsiębiorstwa są kontrolowane przez zagraniczne rządy, jak francuski Orange czy szwedzki Vattenfall. Bezrefleksyjnie wyprzedaliśmy – często za fistaszki – nasz potencjał ekonomiczny innym rządom, żeby kontrolowały strategiczne sektory w naszej gospodarce.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy państwa narodowe odzyskały część swojego władztwa gospodarczego wbrew wieloletniej tendencji. Na naszych oczach, w ogniu pandemii koronawirusa wykuwa się zupełnie nowy ład gospodarczy?

Miałem na to więcej nadziei na początku pandemii. Dało się wtedy odczuć wiatr rewolucji. Nagle okazało się, że naturalne mechanizmy rynkowe, które kształtują na co dzień gospodarkę, nie są w stanie nas uratować, a ich trwanie może spowodować totalną katastrofę.

Koronawirus nie przyczyni się do powrotu na szerszą skalę państwowego interwencjonizmu?

Liczyłem, że pandemia wbije jednoznacznie i raz na zawsze kołek w serce neoliberalizmu. Wolny rynek dobrze działa w bardzo wąskich, ściśle określonych warunkach przy założeniu, że istnieje arbiter, który pilnuje równych szans dla wszystkich. Jego brak powoduje wynaturzenia. Gospodarka kapitalistyczna ma przy tym dążność do tworzenia oligopoli i monopoli.

Na początku kryzysu wielu polityków, ekonomistów, filozofów powtarzało: „Zróbmy ekonomię na nowo. Skorzystajmy z restartu. Przemyślmy zasady istnienia gospodarki”. Mówiono np. o wprowadzeniu gwarantowanego dochodu podstawowego na czas pandemii. Ten, nawiasem mówiąc, nie powinien być dla nas priorytetowym celem – powinniśmy najpierw uporać się z reformą podatków, przywracając realną progresję, oraz wzmocnić usługi publiczne. W Polsce obserwujemy uwiąd tego segmentu działania państwa, co wyraźnie uwydatniła pandemia. System opieki medycznej jest w katastrofalnym stanie, a będzie jeszcze gorzej.

Jednak po kilku miesiącach niewiele zostało z ożywczych dyskusji. Okazało się, że kryzys nie jest tak głęboki, by ośmielać do radykalnych reform, a rządy niespecjalnie chcą korzystać z wolności sięgania po narzędzia, o jakich wcześniej mogły tylko pomarzyć.

Tzn.?

Przykład pierwszy z brzegu: aby sfinansować nadwyżkę finansów publicznych w Polsce, sięgnięto po narzędzie niewykorzystywane wcześniej. Bank centralny skupił obligacje rządowe, a rząd wyemitował nowy ich pakiet. Czy zrobiono coś nielegalnego? Złamano reguły, z których rozliczy nas UE? Absolutnie nie. Owszem wzrósł dług publiczny, ale znajdźmy kraj, gdzie nie wzrósł.

UE wręcz zachęcała do zadłużania. Powstał niewyobrażalny jeszcze kilka miesięcy temu warty 750 mld euro Fundusz Odbudowy UE na ratowanie unijnych gospodarek. To kolejny krok w integracji europejskiej.

Polska gospodarka poradziłaby sobie lepiej z kryzysem, gdyby przyjęto euro?

Przy euro nie mielibyśmy wpływu na politykę monetarną. Bez złotówki dołączylibyśmy do państw, które są eksploatowane przez bardziej rozwinięte centrum UE, czyli przez Niemcy, Holandię, Belgię, Francję, rzeczywistych beneficjentów unii walutowej.

Na wypadek zadłużania się rządu lub dla poprawy opłacalności eksportu kosztem importu dobrze mieć instrument w postaci własnej waluty, którą można potencjalnie dewaluować. Nie musimy po to sięgać, ale dobrze mieć taką ewentualność w odwodzie.

Co musiałoby się stać, żeby ruszyć poważnie fundamenty systemu gospodarczego?

Do przeprowadzenia zmian potrzeba kryzysu, który jednoznacznie udowodni, że dotychczasowa polityka i instrumenty są niewystarczające do tego, żeby zapewnić obywatelom przewidywalną przyszłość i poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego.

Największy kryzys od II wojny światowej jest niewystarczający?

W dalszym ciągu nie mamy 30-proc. bezrobocia, jak w czasie wielkiego kryzysu w latach 30-tych XX w. Nie ma ryzyka, że Europejczycy będą umierali z głodu. Nawet zapaść w systemie opieki zdrowotnej i największa liczbą zgonów (m.in. z powodu COVID-19) od 1944 r. w kilku krajach Europy, w tym w Polsce, nie robi już takiego wrażenia, jak jeszcze w początkach pandemii.

W większości umierają osoby najstarsze, najsłabsze, w wieku poprodukcyjnym, co jest nie bez znaczenia dla postrzegania kryzysu i jego wpływu na chęć dokonania zmian. Większość z nas nadal nie zna nikogo, kto umarł z powodu COVID-19. Ale o to, dlaczego nasza zbiorowa świadomość tak szybko wróciła do status quo, lepiej pytać socjologów i psychologów.

Kryzys to okazja do zmian. Polska wykorzystuje tę szansę czy cytując Winstona Churchilla „marnujemy dobry kryzys”?

Nie wykorzystujemy kryzysu do reform. Globalnie wyciągnięto wnioski z poprzedniego kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Okazało się, że zadłużanie się poszczególnych państw oraz np. UE nie spowodowało żadnego tąpnięcia na giełdach ani innych negatywnych zjawisk ekonomicznych. W ten sposób odrobiono teoretycznie lekcje sprzed dekady.

Powoli dokonuje się odejście od konsensusu waszyngtońskiego, który był podstawą neoliberalnych reform gospodarczych w krajach przechodzących transformację na przełomie lat 80 i 90 XX w. W sytuacji kryzysu lepiej jest uratować miejsca pracy i możliwości wytwórcze niż nadmiernie pilnować dyscypliny finansowej. O to toczyła się walka w 1-ej fazie pandemii – o utrzymanie gospodarki w ruchu.

Niektórzy liderzy na całym świecie szukają nowej drogi i nie przyjmują już bezkrytycznie dogmatów polityki ekonomicznej. Polska jednak nadal jest ostatnim bastionem neoliberalizmu. Nad Wisłą wiara w rynek trzyma się bardzo dobrze.

Z naszej rozmowy jasno wynika, że jest Pan przeciwnikiem neoliberalizmu. 1 stycznia minęło 31 lat od wprowadzenia tzw. planu Balcerowicza, który zdeterminował transformację gospodarczą w Polsce. Istniała wówczas realna alternatywa?

Nie mogliśmy pójść kompletnie innym torem reform, dlatego że byliśmy bardzo zadłużeni. Dług w znaczący sposób ograniczał nasze możliwości wyboru w kwestii tworzenia nowego ustroju gospodarczego. Byliśmy zdani na wykonywanie poleceń przekazywanych przez przedstawicieli MFW i Banku Światowego.

Czy istniała inna droga? Spójrzmy na Japonię, Koreę Południową, Tajwan. Przykład ich transformacji podpowiada, że można było poszukać innej drogi.

Pozostańmy jednak w naszej części świata. Czechy, Słowacja, Węgry?

W ciągu ostatnich 30-stu lat najwyższa stopa bezrobocia w Czechach była niższa niż najniższa w tym czasie w Polsce. Już choćby ten prosty fakt sugeruje, że mieliśmy pewne pole manewru. Jeffrey Sachs, który doradzał polskiemu rządowi w 1989 r., był zaskoczony tym, jak gorliwie, szybko i głęboko chcemy wprowadzać sugerowane nam zmiany. Nikt nie wymagał od nas takiego tempa i radykalizmu. Został on dobrowolnie przyjęty przez ekonomicznych dogmatyków z prof. Leszkiem Balcerowiczem na czele i ogłoszony wszem i wobec jako jedyna możliwa droga.

Nie musieliśmy się tak spieszyć. To mogło pozwolić na uratowanie części naszej gospodarki, a w konsekwencji uratować najsłabsze grupy społeczeństwa przed pauperyzacją.

A przemysł?

Uważam za zbrodnię sprzedaż zakładów produkcyjnych za bezcen zagranicznym inwestorom. Ci w wielu przypadkach zakłady te zamykali – po ograniczeniu barier w handlu zagranicznym stanowiły przecież potencjalna konkurencję. Tymczasem było kilka udanych przejęć zakładów przez załogi, czyli prywatyzacji pracowniczej. Oddanie majątku wypracowanego przez trzy pokolenia Polaków jest kuriozum.

Nawet, jeśli połowa oddanych w ręce załóg fabryk zbankrutowałyby po kilku latach, to pozostała część miałaby szansę przetrwać i zmienić pejzaż społeczny, inaczej rozmieszczając ośrodki akumulacji kapitału, prawdopodobnie nadając polskiemu kapitalizmowi nieco mniej drapieżną, mniej XIX-wieczną formę.

I co ważne, spowalniając proces narastania nierówności majątkowych oraz dochodowych, a ten galopuje nad Wisłą szybciej niż gdziekolwiek indziej na kontynencie.

A może z punktu widzenia obecnej polityki klimatycznej upadek energochłonnego przemysłu był jednak pozytywny?

Cały przemysł nie upadł w latach 90-tych, a np. reformy Balcerowicza poza Wałbrzychem nie dosięgnęły kopalń czy zakładów metalurgicznych. Nawet uratowanie wszystkich zakładów nie spowodowałoby wyprzedzenia pod względem emisji CO2 na obywatela USA. W Polsce to 9 ton. W Stanach 20.

Ocalenie większej części dużych zakładów przemysłowych przyniosłoby dwa rezultaty. Po pierwsze, silniejsze pozostałyby związki zawodowe, których słabość wynika w dużym stopniu z rzezi, jakiej doświadczył sektor produkcyjny, tradycyjny obszar samoorganizacji pracowników w każdej gospodarce na świecie. W efekcie relacja sił pracodawcy-pracownicy została bardzo wyraźnie przesunięta na korzyść tych pierwszych.

Po drugie, wbrew bajkom o tym, że to teraz usługi mają nadawać ton nowoczesnym gospodarkom, tak się nie stało. Owszem, sektor usług generuje ponad połowę PKB oraz miejsc pracy, ale jednocześnie jego potencjał i wartość dodana, jaką generuje, budowane są na fundamencie sektora wytwórczego.

Siła i zamożność Niemiec, Szwajcarii czy krajów skandynawskich wynika właśnie z tego, że udało się im utrzymać silne zaplecze produkcyjne, dla których sektor usług jest bardzo cennym, ale jednak wsparciem, niejako mnożąc ekonomiczne korzyści generowane przez przemysł.

Gdzie możemy szukać najkrótszego tygodnia pracy? W sektorze metalurgicznym w Niemczech, gdzie związek zawodowy IG Metall wywalczył dla 2,3 mln ludzi czas pracy skrócony do 28 godzin. Daleko poniżej 35 godzin, o których wspomina polska lewica, a co dogmatycy ekonomiczni uważają za głupotę i pomysł niezgodny z interesem narodowym, wykluczając tym samym z narodu pracowników.

Jakie są Pana rekomendacje na przyszłość?

Są dziedziny, gdzie państwo musi być aktywniejsze. To przede wszystkim usługi publiczne, ze szczególnym uwzględnieniem opieki zdrowotnej i transportu publicznego, ale także mieszkalnictwo.

Sektor zdrowotny to sprawa oczywista. Transport publiczny jest ofiarą realizowanej przez trzy dekady polityki, która zakładała wycofywanie się państwa z szeregu aktywności oddając pole prywatnym przedsiębiorcom oraz indywidualnemu zaspokajaniu potrzeb.

W efekcie jesteśmy szrotem Europy, a do tego mamy – mimo budowy sieci autostrad i dziesiątków miliardów euro zainwestowanych w polskie drogi – najbardziej niebezpieczne szosy w UE, bardziej śmiercionośne w przeliczeniu na milion przejechanych kilometrów niż te w Bułgarii, Rumunii czy Rosji. Jednocześnie mieszkańcy małych miejscowości, którzy nie mogą liczyć na pracę zapewniającą utrzymanie auta, skazani są na wybór miejsca pracy w zasięgu jazdy rowerem. To marnowany potencjał polskich pracowników.

Jeśli zaś chodzi o mieszkaniówkę to mimo zaangażowania niemałych środków publicznych z rządowych programów skorzystała klasa średnia, która miała środki na wpłatę do TBS-u czy zdolność kredytową. A przede wszystkim deweloperzy, których pozostawiono jako głównych rozgrywających na rynku nieruchomości – i których uważam za największych zwycięzców polskiego systemu ekonomicznego oraz politycznego.

Symbolem tego są nowoczesne budynki wznoszone na miejskich starówkach, burzące estetykę całego otoczenia, trwające dekadami samowolki budowlane, hotele wznoszone bez stosownych zezwoleń i na terenach, które urbaniści przeznaczyli do innych celów. Poza tym mało która branża może się pochwalić taką marżą, co deweloperka.

Ani państwo, ani samorządy w praktyce nie regulują wysokości czynszów. Nie budują też mieszkań czynszowych, choć osiągnąwszy 10-20 proc. udziału w rynku wynajmu miałyby bardzo duży wpływ na poziom cen, standard stosowanych umów itd. Ba, nawet opodatkowanie wynajmu mieszkania nie jest u nas standardem, bo większość lokali wynajmowanych jest na czarno. Czyli w zasadzie puszczono na żywioł jeden z fundamentalnych rynków, mających wpływ na ogólny poziom kosztów życia, impuls do emigracji, poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego, a więc pośrednio także np. dzietność.

Dla długotrwałej pomyślności i spójności społecznej kluczowe wydaje mi się jednak odwrócenie naszego systemu podatkowego. Aktualnie – według ekspertyz Ministerstwa Finansów, NBP i szeregu badaczy – im więcej się zarabia, tym mniejszy odsetek dochodów oddaje się w postaci danin, czyli podatków i składek ZUS. To jest nie tylko niesprawiedliwe, ale i niedorzeczne. Nie znam innego kraju w Europie, który ma regresywny system podatkowy i w ten sposób sam przyczynia się do narastania nierówności społecznych i ekonomicznych.

Rząd próbujący nacjonalizować niektóre sektory działa we właściwym kierunku?

Chęć nacjonalizacji niektórych sektorów gospodarki przez rząd nie oznacza, że myślenie podąża we właściwym kierunku. Bardziej dostrzegam w tym potrzebę poszerzenia obszaru kontroli politycznej oraz obsadzania lukratywnych stanowisk, niż krok w stronę zatrzymania procesu optymalizacji podatkowej, zwiększenia poziomu inwestycji w naszym kraju czy wzmacniania w Polsce ośrodków badań i rozwoju.

Po latach indoktrynacji w duchu neoliberalnym oraz za sprawą idiotycznych decyzji inwestycyjnych np. państwowego KGHM-u jesteśmy uczuleni na państwową obecność w gospodarce. Jednak w niektórych sektorach trudno znaleźć interes narodowy płynący z faktu, że dominujący gracze reprezentują kapitał zagraniczny. Weźmy choćby banki – to komercyjne banki za sprawą udzielanych kredytów kreują większość pieniądza znajdującego się w obiegu, co wiąże się z określoną marżą. Podobnie jest z sieciami handlowymi i handlem hurtowym, które w praktyce poważnie redukują opłacalność dużej części polskiego sektora wytwórczego, bez istotnej korzyści dla konsumentów i budżetu.

Więcej wątpliwości może budzić nacjonalizacja sektora mediów, bo widzimy wyraźnie jaki styl komunikacji ma rządząca koalicja. Osłabianie czwartej władzy raczej nie pomaga naszej demokracji, ale fakt, że istotna część opinii publicznej podlega wpływowi zagranicznych koncernów z Niemiec czy Stanów Zjednoczonych powinno budzić naszą czujność w co najmniej takim samym stopniu.

A inwestycje?

Sieć autostrad – potrzebna dla rozwoju ekonomicznego – została już wybudowana. Gorzej idzie nam modernizacja sieci kolejowej. Stadiony na Euro 2012 okazały się niewypałem. Wyraźnie widać, że mamy problem z wyborem wielkich projektów infrastrukturalnych. Kontrowersje wokół CPK i przekopu Mierzei Wiślanej są tego dowodem. Z pewnością realizacja tych projektów przyczynia się do wzrostu gospodarczego w okresie budowy, ale możemy mieć spore obawy dotyczące tego, co będzie później – czy będą w stanie się potem utrzymać, czyli czy bilans korzyści, jakie będą przynosiły w przyszłości, i kosztów, jakie będą generować, będzie dodatni.

Spójrzmy na Chiny, które w ciągu ostatnich czterech czy pięciu lat wylały więcej betonu niż USA przez całe ostatnie stulecie. Spora część tych inwestycji okazała się nietrafiona, katastrofalna z punktu widzenia środowiska naturalnego, a niekiedy wręcz kompromituje tamtejszą administrację, np. osiedla czy miasta widma, w których nikt nie mieszka. Czy chcemy powtarzać takie błędy?

Być może zamiast lub przynajmniej obok CPK powinniśmy skupić się na transporcie publicznym. Koalicja rządząca obiecywała, że tak się stanie, ale po peronach, na których politycy prawicy podpisywali stosowne deklaracje, hula wiatr. Polska sieć kolejowa stale się kurczy, a mieszkańcy Polski powiatowej ciągle muszą polegać na własnych środkach transportu.

Zamiast jednak porywać się na kolejne Pendolino, powinniśmy zadbać o połączenia średniego i krótkiego zasięgu dostępne na każdą kieszeń. Bo kolej wysokich prędkości oznacza efektowne fotografie decydentów na tle nowoczesnych pociągów i podbijanie bębenka patriotycznego, ale dla większości polskich podatników znaczenia ma raczej to, czy w godzinach szczytu mają 10 połączeń do miejsca pracy, czy też tylko jedno albo zero.

Wyobraźmy sobie likwidację transportu publicznego np. w Warszawie. To byłaby katastrofa dla tego ośrodka gospodarczego, a wpływy z biletów przed pandemią pokrywały nie więcej niż połowę kosztów funkcjonowania transportu. Dostępny dla wszystkich transport publiczny kosztuje i nie da się tego przeskoczyć. Trzeba więc planować jego rozwój uwzględniając przyszłe koszty subsydiowania połączeń uznając je za inwestycję zarówno na poziomie gospodarczym jak i inwestycję w wyższy standard życia, bo sprawny transport publiczny może być bezpieczniejszy i czystszy niż prywatny.

Pozytywy pandemii?

Mam wrażenie – chociaż to niemierzalne – że rzadziej mówimy o wzroście PKB niż kwestiach pracy, zatrudnienia, bezpieczeństwa zdrowotnego. Zaczynamy myśleć i dbać o zdrowie. Pytamy o warunki, martwimy się o jakość życia. To dobra zmiana.

Należymy do trzydziestki-czterdziestki najbardziej rozwiniętych narodów świata i czas już zacząć myśleć jak taki naród: bardziej skupiać się na jakości życia, czyli tym, żeby z tego mitycznego tortu, jaki wytwarza nasza gospodarka, każdemu trafiał się kawałek wystarczający do godnego życia i by każdy miał szansę na samorealizację, wykorzystanie swojego potencjału.

A mniej myśleć o tym, żeby za pokolenie ten tort był jak największy. Jesteśmy na innym etapie rozwoju niż 30 lat temu, w innym świecie. Pora to w końcu dostrzec.