Feministyczna polityka zagraniczna. Kobiety uratują świat? [WYWIAD]

feminizm, polityka zagraniczna, kobiety, gender, równouprawnienie, wykluczenie, dyplomacja, unia europejska, Harris, von der leyen, sofagate, wykluczenie, Polska

Od lewej szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, premierka Finlandii Sanna Marin oraz wiceprezydentka USA Kamala Harris. [Zdjęcie via Canva/Flickr @ArnoMikkor CC BY 2.0/https://www.facebook.com/KamalaHarris/photos/a.424987737922/10159807155822923/Flickr @FinnishGovernment CC BY 2.0/ Opracowanie graficzne Paulina Borowska/EURACTIV.pl]

„Feministyczna polityka zagraniczna to koncepcja, która wymaga zmiany myślenia, zmiany paradygmatu z państwowo-centryczności na obywatelo-centryczność”, podkreśla w rozmowie z EURACTIV.pl Małgorzata Kopka-Piątek, dyrektorka programu europejskiego w Instytucie Spraw Publicznych i współautorka publikacji „Czy kobiety uratują świat? Feministyczna polityka zagraniczna”.

 

Rozmowa z Małgorzatą Kopką-Piątek dostępna jest także także w formie podkastu w serwisach: SpotifySoundcloudApple Podcasts i Google Podcasts.

 

Aleksandra Kuśnierkiewicz, EURACTIV.pl: Czym jest feministyczna polityka zagraniczna i czym różni się od tradycyjnego pojmowania polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowych?

Małgorzata Kopka-Piątek: Feministyczna Polityka Zagraniczna (FPZ) to nowe podejście do relacji międzynarodowych, zapoczątkowane przez Szwecję w 2014 r. Z perspektywy historii relacji międzynarodowych to wciąż nowa rzecz, ale jest też do czego się odwołać jeżeli chodzi o doświadczenia.

FPZ – szczególnie słowo feministyczna – często budzi zainteresowanie, ale i odrzucenie. Jako współautorki publikacji chciałyśmy oswoić z nim polską publiczność. Feministyczna w tym znaczeniu, że stawia na inkluzywność, czyli włączanie tych grup społecznych, które do tej pory były pomijane.

Wiemy, jakie do dzisiaj są problemy z włączaniem kobiet w różne obszary życia społeczno-politycznego: na rynku pracy, w polityce czy w biznesie. Tym bardziej dotyczy to polityki zagranicznej, która jest zdominowana przez mężczyzn i męskie spojrzenie. Ale przecież dotyczy to także innych grup społecznych, które do tej pory były pomijane ze względu na ich etniczność, rasę czy orientację seksualną.

FPZ jest odejściem od państwowo-centryczności na rzecz obywatelo-centryczności. Te słowa oddają cel, jaki stawia sobie FPZ – podmiotem nie jest samo państwo, tylko jego obywatele. W polityce wewnętrznej, jak i w zewnętrznej powinniśmy kierować się interesem obywateli państw sąsiednich.

To podejście wpływa na to, jak i z kim uprawia się politykę, jak się wydaje pieniądze i w jaki sposób się o niej rozmawia. Tego się nie da oddzielić – polityka zewnętrzna jest wypadkową polityki wewnętrznej.

FPZ odchodzi od tradycyjnego pojmowania polityki zewnętrznej i wymaga dużej innowacyjności. Wspomniała Pani, że w 2014 r. Szwecja wprowadziła, jako pierwszy kraj na świecie, feministyczne podejście do polityki zagranicznej. Z praktycznego punktu widzenia opiera się ona na trzech aspektach: prawach, reprezentacji i zasobach (z ang. rights, representation, resources – red.). Dlaczego akurat te trzy aspekty są uznawane za najważniejsze?

Myślę, że one znakomicie pokazują w jakich obszarach potrzebna jest koncentracja uwagi i środków, żeby włączanie pomijanych do tej pory grup było skuteczne. Nadal w 104 krajach na świecie kobiety nie mogą wykonywać określonych zawodów. To mówi samo za siebie. I to jest właśnie pierwsze „R” – rights.

Często patrzymy z naszej perspektywy, gdzie akurat na poziomie ustawodawczym osiągnięto i wyrównano pewne rzeczy. Wiemy natomiast, że bez równego dostępu do prawa i równego traktowanie kobiet i innych grup społecznych wobec prawa, nie ma możliwości na równe współistnienie. Celem pierwszego „R” jest więc prowadzenie działań, które doprowadzą do tego, że kobiety będą miały równe prawa w swoich miejscach zamieszkania.

Z drugim „R” – reprezentacją – mam problem, ponieważ wiele osób skupia się jedynie na parytetach, liczebności kobiet w parlamencie czy w zarządach firm. Tymczasem na ponad 190 państw, w 2020 r. mieliśmy tylko 14 przywódczyń. Bez możliwości pełnej reprezentacji, bez dostępu do kręgów decyzyjnych, gdzie kształtuje się i realizuje politykę na świecie, nie będzie można mówić o pełnym wykorzystaniu potencjału społecznego.

Ale spójrzmy jeszcze na trzecie „R”, czyli zasoby. Na całym świecie tylko 20 proc. ziemi należy do kobiet. Ta liczba pokazuje, jak ciągle jeszcze kobiety są ograniczone w wymiarze ekonomicznym. Przywołana statystyka determinuje bowiem kwestię możliwości, czy niemożliwości wykonywania zawodu, podjęcia świadomej decyzji o tym, czy wykonuję prace domowe na rzecz mojej rodziny, czy pracę zarobkową. A przecież są miejsca, gdzie ziemia jest źródłem dochodu jedynego dochodu. Brak dostępu do niej oznacza głód.

Przywołana statystyka często oznacza w praktyce uzależnienie kobiet od partnera, męża, ojca, brata. A to kolejny czynnik, który uniemożliwia równe traktowanie i inkluzywność. Jeżeli kobiety nie będą miały dostępu do tych zasobów, to trudno mówić o dalszych, ambitniejszych planach robienia kariery politycznej czy w biznesie.

Nieraz w dyskursie feministycznym dodaje się czwarte „R” – reality, rzeczywistość. Niezwykle ważne jest, aby nie były to tylko dywagacje teoretyczne lub co jest równie szkodliwe – dokładne kopiowanie modelu zachodniego. Powinno się  dopasowywać działania do zastanej rzeczywistości, oczywiście z pomysłem na jej zmianę ku równemu traktowaniu, natomiast nie w oderwaniu od tego, z kim i z jaką kulturą mamy do czynienia.

W 2017 r. Kanada ogłosiła wprowadzenie feministycznej polityki pomocy międzynarodowej. W 2019 r. Francja zadekretowała FPZ do swojej agendy. Państwa muszą skupić się na zastanej rzeczywistości. Jakie są więc największe wyzwania we wdrażaniu FPZ w poszczególnych krajach?

Szwedzka pełnomocniczka ds. równouprawnienia i wdrażania FPZ na konferencji na temat FPZ przy okazji Dnia Kobiet – jak wiemy wtedy wzrasta publiczne zainteresowanie sprawami kobiet – powiedziała, że pomysł Sztokholmu na wdrożenie FPZ jako modelu sprawowania polityki zagranicznej, wyniknął z poczucia, że model stosowany do tej pory wyczerpał się.

Nie możemy udawać, że jesteśmy w stanie coś zmienić, jeżeli będziemy robić business as usual, i to jest największe wyzwanie. Dlatego to jest koncepcja, która wymaga zmiany myślenia, paradygmatu, z państwowo-centryczności na obywatelo-centryczność. O wiele łatwiej się o tym mówi, niż się to robi.

To podejście, które zakłada zmianę aktorów i aktorek, zarówno tych, do których skierowana jest polityka, jak i tych, którzy tę politykę wykonują. Mamy w nim do czynienia z wielowiekowymi tradycjami, zastanymi modelami sprawowania władzy i decydowania o tym, co jest ważne. Do tej pory decydowali głównie mężczyźni – czy to na poziomie ministerialnym, czy urzędniczym. A teraz istnieje potrzeba włączenia kobiet, co siłą rzeczy oznacza rezygnację części mężczyzn ze sprawowanych funkcji. Jedni robią to chętniej, a inni mniej.

W wielu krajach, Polska jest jednym z nich, podejście feministyczne jest szufladkowane jako lewicowe i radykalne. Pamiętam jednak, jak Pan ambasador Szwecji na jednej z dyskusji na temat FPZ, powiedział ze zdziwieniem, że FPZ nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, a ściśle powiązana z prawami człowieka. Jak wiemy, one są uniwersalne i powinny być wspólne dla różnych stron sceny politycznej.

I to jest kolejna przestrzeń, gdzie konieczna jest zmiana myślenia i podejścia. To kwestia szans dla grup pomijanych, ale z korzyścią dla całego społeczeństwa. Nie ma takiej możliwości, aby społeczeństwo było szczęśliwe i prosperujące, gdy pomija potrzeby połowę swoich członkiń. Są na to dowody. Biznes pokazał, że różnorodne zespołów wpływa na zwiększenie efektywności pracy.

Z badań wynika, że porozumienia pokojowe, w których negocjowaniu brały udział kobiety, przynoszą trwalsze efekty.

Jednym z wyzwań FPZ jest jej mała skuteczność przy włączeniu jej do agendy przez tylko niektóre państwa. Do tego potrzeba zainteresowania ze strony większej liczby podmiotów państwowych. Jestem ciekawa, czy uważa Pani, że Unia Europejska prowadzi FPZ? Czy we wspólnej polityce zagranicznej i bezpieczeństwa, której celem jest przecież utrzymanie pokoju na świecie, zwiększanie bezpieczeństwa międzynarodowego i współpracy międzynarodowej, UE odgrywa wiodącą rolę jeśli chodzi o pokazywanie tego, jak włączać kobiety w ten proces?

Upatruję w UE jako organizacji międzynarodowej ogromny potencjał i bardzo bym sobie życzyła, żeby Bruksela stosowała takie podejście, ze względu chociażby na znaczenie polityczne dla naszego kontynentu, ale też dużo szerzej.

Dla wielu krajów UE jest wzorem – ekonomicznym czy jako model dobrobytu, zabezpieczeń socjalnych. Widzę potencjał w tym, że w różnych politykach unijnych czy ostatnio przedstawionej strategii genderowej, Unia ma spore osiągniecia na tym polu i bazę, do której można się odwołać i na której można budować.

Polityka zagraniczna zawsze jest w jakiś sposób wypadkową polityki wewnętrznej, a w przypadku podejścia feministycznego nie można go stosować na zewnątrz, a u siebie nie. W Unii te standardy już są, choć różnią się pomiędzy krajami członkowskimi, ale istnieje konsensus co do równego traktowania kobiet i włączania perspektywy genderowej, do programów finansowanych przez Brukselę.

Ursula von der Leyen, gdy budowała swój zespół, podkreślała, że będzie dążyła do równego składu Komisji Europejskiej. Sama konstrukcja działania unijnej polityki zagranicznej jest problematyczna i myślę, że uzyskanie konsensusu w kwestii podejścia feministycznego może być trudne. Aczkolwiek są prowadzone analizy na temat, w jaki sposób europejska służba działań zewnętrznych mogłaby funkcjonować poprzez zwiększenie reprezentacji kobiet na stanowiskach decyzyjnych, szkolenia dla pracowników czy odpowiednie projektowanie programów realizowanych w krajach trzecich, by uwzględniały perspektywę genderową.  

Pani badania skupiały się na sytuacji w Polsce, na reprezentacji kobiet na arenie międzynarodowej i w przestrzeni polityki zagranicznej. Jak ocenia Pani szansę na to, że Polska wprowadzi feministyczną politykę zagraniczną? Czy jest to w ogóle istotne, a jeśli tak to dlaczego?

Zacznę od pozytywnych stron. W Polsce jest bardzo liczna, fachowa, mocna merytorycznie grupa kobiet zajmujących się polityką międzynarodową. To bardzo fachowa grupa dziennikarek, akademiczek czy analityczek w państwowych czy prywatnych think-tankach.

Z reprezentacją jest gorzej, szczególnie jeżeli przyjrzymy się stanowiskom kierowniczym, czy miejscom takim jak rady naukowe czy rady programowe instytucji. Rodzime wiodące think-tanki finansowane ze środków publicznych mają w stu procentach męskie rady programowe, co w XXI w. uważam za obraźliwe dla wszystkich kobiet, które tam pracują.

Zwróciłyśmy się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i dostałyśmy materiały na temat wdrażania przez Polskę agendy 1325, czyli ONZ-towskiej agendy „Kobiety, Pokój, Bezpieczeństwo”.

Okazało się, że Polska za obecnych rządów wdraża program, który opiera się na agendzie ONZ. Do jego realizacji można mieć zastrzeżenia, chociażby takie, że Polska realizuje go bez dodatkowych środków, czyli najpewniej dopasowuje się pewne aktywności, które i tak miały być zrealizowane.

Nie chcę pomniejszać znaczenia takich działań, ponieważ nawet jeśli w tym nie ma podejścia stricte feministycznego, a główny nacisk kładzie się na kobiety w siłach zbrojnych, co też jest ważnym aspektem, to stanowi w tej polskiej, mało sprzyjającej feministycznemu podejściu rzeczywistości fantastyczną bazę do tego, żeby w pewnym momencie poszerzyć, wzmocnić finansowo, oddać decyzyjność w ręce kobiet. To jest baza, z której można korzystać.

Drugim takim obszarem jest pomoc rozwojowa. To nie jest takie proste, żeby się dowiedzieć, ile projektów jest bezpośrednio skierowanych do kobiet, natomiast wśród priorytetów wyznaczających to, kiedy można się starać o dofinansowanie jest kwestia pomocy kobietom, na przykład jako ofiarom konfliktów zbrojnych, czy kobietom i dzieciom w sferze edukacji. To są zalążki, które można wzmocnić, przede wszystkim finansowo.

Polityka zewnętrzna jest lustrzanym odbiciem polityki wewnętrznej. Tak długo, jak w Polsce, w naszym życiu wewnętrznym w polityce nie będziemy miały poczucia, że mamy równy dostęp i równą reprezentację, że potrzeby różnych grup społecznych są tak samo ważne, to trudno powiedzieć, żeby Polska miała przyjąć FPZ.

Pamiętamy, jakim zainteresowaniem cieszyła się Polska jako wzór dla świata, który na przełomie lat 80 i 90-tych dokonał pokojowej transformacji systemu. Na polu równouprawnienia kobiet czy mniejszości społecznych, takich osiągnięć nie mamy. Tak długo jak nie przyjmiemy tego za priorytet, trudno będzie nam być wiarygodnym partnerem w relacjach międzynarodowych.

Obecnie na całym świecie cała polityczna uwaga i środki finansowe są przekierowane na walkę z pandemią COVID-19. Jak wpłynie to na politykę równości płci i walkę o prawa kobiet na arenie międzynarodowej?

Pandemia przyniosła większe zainteresowanie wobec tego, jak zbudowane są nasze społeczeństwa, państwa i gospodarki, na co wydajemy pieniądze i dlaczego tak mało przeznaczamy na bezpieczeństwo w ujęciu zdrowotnym, a więcej na projekty militarne.

Pandemia COVID-19 uwidoczniła nierówności płci. Kobiety dominują w strukturze zatrudnionych w zawodach opiekuńczych, medycznych i edukacyjnych, dlatego też skutki zdrowotne i ekonomiczne pandemii bardziej je dotknęły. Wskazują na to badania.

Widzę niebezpieczeństwo w tym, że ciągle jeszcze o tym, jak to będzie wyglądało w przyszłości decydują w większości mężczyźni. Pytanie, czy wyciągną te same wnioski z doświadczeń co my.

Mam obawy, że wrócimy do robienia „business as usual”, bo tak jest wygodniej. To pokazały ostatnie strajki kobiet na polskich ulicach, gdzie mieliśmy wzmożenie zainteresowania kwestiami praw kobiet, ale to było chwilowe. Protesty trwają dalej, sytuacja praw kobiet w kwestach reprodukcyjnych nie zmieniła się od października zeszłego roku, natomiast intensywność uwagi publicznej wróciła do standardów sprzed wybuchu protestów.

Przy zmianie systemowej efektów nie można oczekiwać za rok czy dwa. To są inwestycje długoterminowe, związane z szeroko zakrojoną edukacją. Należy przeszkolić urzędników, decydentów, dziennikarzy.

Upatruję dużą nadzieję w młodszym pokoleniu, które mówi innym językiem o równouprawnieniu, ma inne przekonanie co do tego, jakie prawa im się należą. To jest postulat do edukacji domowej, międzypokoleniowej, do której feministyczna polityka zagraniczna także się odnosi.