Jeden z tzw. exit poll – dla Kanału 12 telewizji – dawał „biało-niebieskiej” (od barw flagi narodowej) centrowej opozycji cztery mandaty więcej niż Likudowi premiera Beniamina Netanjahu.

Uradowani rywale obecnego szefa rządu, Benny Ganc i Jair Lapid, ogłosili zwycięstwo:, twierdząc, że „Izraelczycy przemówili!”.

Kwadrans później odezwał się Netanjahu: „Prawicowy blok bezsprzecznie wygrał”, zatwittował premier Izraela.

Jedni i drudzy wiedzą, że to przedwczesna radość. Według wspomnianego sondażu liczba mandatów wielopartyjnej koalicji, jaką oba te ugrupowania mogłyby zawrzeć, by powołać rząd, była równa, 60:60. Drugi sondaż (dla Kanału 13) dawał prawicowej koalicji nawet 66 miejsc.

Czyli nic nie wiadomo. Trzeba pamiętać, że exit poll w Izraelu są obarczone dużym ryzykiem błędu. Po poprzednich wyborach w 2015 r. zapowiadały 28 mandatów dla Likudu i 27 dla opozycyjnej Unii Syjonistycznej. Wyniki były zgoła inne: Likud zdobył 30 miejsc, a jego rywale 24.

Kto poprze Netanjahu?

Ma to duże znaczenie, bo rząd tworzy ten, kto zdoła zebrać poparcie 61 posłów z kilku partii. Niski próg wejścia do parlamentu sprawia, że w Izraelu rząd zawsze jest koalicyjny. Ostatni sondaż przed ciszą wyborczą przewidywał, że Netanjahu i spółka zdołają pozyskać 66 miejsc w 120-osobowym Knesecie, a opozycyjna centrowa koalicja Biało-Niebieska – tylko 54.

Okaże się to dopiero w najbliższych dniach, jeśli nie tygodniach. To, że liderzy mniejszych partii deklarowali chęć wejścia do rządu Netanjahu, niekoniecznie oznacza, że wszyscy oni podtrzymają ją po wyborach. Z powyborczej arytmetyki może im wyjść, że korzystniej będzie poprzeć kogoś innego. Netanjahu jest nielubiany, skompromitowany skandalami, pozostaje wyborem mniejszego zła. Niemniej to on na ten moment ma największe szanse tworzyć kolejny gabinet.

O tym, kto dostanie tę misję, decyduje prezydent po konsultacjach z przywódcami partii, które weszły do parlamentu. Jeśli wyznaczony kandydat nie zdoła potwierdzić swojej większości przez sześć tygodni, zadanie jest powierzane przywódcy kolejnej partii. Jeśli przez trzy miesiące zabiegi będą bezskuteczne, trzeba ogłosić nowe wybory.

Ruch prezydenta Izraela

Jest to właściwie jedyny moment, kiedy prezydent Izraela ma realny wpływ na bieg wydarzeń w kraju, zwłaszcza w sytuacji bliskiej remisu. „Z całym szacunkiem dla wyborców, wybór premiera nie nastąpi we wtorek. Wyborcą, który zdecyduje o wyniku, będzie prezydent Reuwen Riwlin. Może on podjąć decyzję dopiero po święcie Paschy [19-27 kwietnia]”, napisał dziennik „Jerusalem Post”.

Riwlin należy do Likudu, ale nie jest stronnikiem Netanjahu i – choć tego publicznie nie powie – wolałby postawić na czele rządu kogoś innego. Z dużą niechęcią podpisał uchwalone przez Kneset ubiegłego lata prawo mówiące, że Izrael jest państwem narodu żydowskiego (był to ukłon Likudu wobec skrajnie prawicowych koalicjantów). Riwlin przestrzegał, że ta ustawa „przyczyni się do dyskryminacji i wykluczenia na bazie pochodzenia etnicznego”. Swój podpis demonstracyjnie złożył po arabsku, gdy rzeczona ustawa precyzuje, że jedynym językiem urzędowym jest hebrajski.

Netanjahu gra arabską kartą

Kwestia arabska stała się osią kampanii wyborczej. Ale nie chodzi wcale o państwo palestyńskie – z tą ideą izraelska klasa polityczna już się pożegnała. Netanjahu jest jawnie przeciwny powstaniu niepodległej Palestyny i przed wyborami zapowiedział, że jeśli pozostanie premierem, doprowadzi do aneksji części Zachodniego Brzegu, gdzie znajdują się żydowskie osiedla, nielegalne wedle prawa międzynarodowego. Nie ma mowy – zapewnił – o ewakuacji choćby jednego osadnika ze spornych terenów.

Na domiar złego Likud przyjął pod swoje skrzydła rasistowską partię Żydowska Siła, która do niedawna była bojkotowana przez polityków głównego nurtu, także tych prawicowych.

Jego biało-niebiescy rywale mówią o potrzebie separacji obu narodów, ale nie wspominają o państwie dla Palestyńczyków. Uznają „zjednoczoną” Jerozolimę za stolicę Izraela, choć Palestyńczycy chcieliby mieć swoją we wschodniej części tego miasta. Popierają też utrzymanie kontroli nad Zachodnim Brzegiem Jordanu i osiedli żydowskich na terenach uznawanych wedle prawa międzynarodowego za okupowane.

Ukryte kamery w akcji

Arabowie stali się przedmiotem kampanii wyborczej, bo Netanjahu próbował mobilizować elektorat, oskarżając Ganca – którego sam kiedyś mianował szefem armii – że chce on wciągnąć partie arabskie do swego rządu, co domyślnie miałoby być gestem zagrażającym narodowi żydowskiemu.

Arabowie – prawie 20 proc. populacji Izraela – prawie przestali być podmiotem tych wyborów. Czują coraz mocniejszą alienację w państwie przesuwającym się coraz bardziej na prawo, dlatego frekwencja wśród nich była rekordowo niska. „Chodzimy od domu do domu, wzywając ludzi, żeby poszli głosować”, napisał na Twitterze szef arabskiej partii Hadasz Ajman Odeh. „Naszym koszmarem – i marzeniem premiera – jest Kneset bez przedstawicieli arabskich. Ta fantazja zdaje się realną możliwością”.

We wtorek politycy arabscy skarżyli się, że Likud wysłał do lokali wyborczych w zamieszkanych przez Arabów dzielnicach 1,2 tys. obserwatorów z ukrytymi kamerami. Likud na to, że chciał tylko się upewnić, że nie będzie dochodziło do oszustw.

Premier menedżerem strachu

Netanjahu wygrywa kolejne wybory przede wszystkim dlatego, że umiejętnie zarządza narodowym strachem przed muzułmanami – Iranem, Hezbollahem, Hamasem. Izraelczycy głosują na Likud, bo uważają, że nikt lepiej nie zapewni im bezpieczeństwa. Dlatego tak niewygodnym przeciwnikiem jest dla niego Ganc – byłemu generałowi, który lubi chwalić się, jak wykańczał terrorystów, trudno zarzucić lekceważenie bezpieczeństwa narodowego.