Kosowo i Serbia coraz bliżej porozumienia? – WYWIAD

25 sierpnia prezydenci Serbii i Kosowa ogłosili propozycję korekty granic, która miałaby otworzyć drogę do historycznego porozumienia między dwoma krajami

25 sierpnia prezydenci Serbii i Kosowa ogłosili propozycję korekty granic, która miałaby otworzyć drogę do historycznego porozumienia między dwoma krajami [Pool/EPA/EFE]

Dziś Federica Mogherini spotyka się w Brukseli z prezydentami Serbii i Kosowa Aleksandarem Vučiciem i Hashimem Thaçi. 25 sierpnia obaj prezydenci ogłosili propozycję korekty granic, która miałaby otworzyć drogę do historycznego porozumienia między dwoma krajami. Może też jednak otworzyć zadawnione spory etniczne w regionie, a także stanowić precedens do roszczeń terytorialnych w innych krajach, w tym Rosjii do Krymu. O możliwych scenariuszach dla procesu normalizacji oraz przyczynach i kontekście trwającego sportu rozmawiamy z Srđanem Majstoroviciem, szefem serbskiego think tanku Centrum Polityki Europejskiej (European Policy Centre).

 

Kosowo ogłosiło swoją niepodległość od Serbii 17 lutego 2008 r. Jednak wciąż jest to terytorium sporne, nieakceptowane przez 82 państwa ONZ i 5 krajów Unii Europejskiej: Cypr, Grecję, Hiszpanię, Rumunię i Słowację. 25 sierpnia prezydenci Kosowa i Serbii ogłosili propozycję korekty granic, która miałaby umożliwić uzyskanie porozumienia. Na jej mocy północna część Kosowa zamieszkana w większości przez Serbów miałaby wrócić do Serbii, z kolei zamieszkana przez etnicznych Albańczyków serbska Dolina Preszewa trafiłaby do Kosowa. 

Karolina Zbytniewska: Nowa propozycja rozwiązania serbsko-kosowskiego sporu wzbudza międzynarodowe kontrowersje. Społeczność międzynarodowa obawia się, że jej wdrożenie może wskrzesić uśpione konflikty graniczno-etniczne, ale również stanowić precedens dla roszczeń terytorialnych w innych państwach – np. Rosji wobec Krymu.

Srđan Majstorović: Po pierwsze, nie dyskwalifikujmy a priori potencjalnego porozumienia, zwłaszcza jeśli oba kraje szczerze zaangażują się w jego wdrażanie.

Jednak idea wymiany ziemi może pociągnąć za sobą wiele potencjalnych efektów ubocznych, które mogą wpłynąć na przyszłe związki nie tylko w regionie, ale też w innych częściach Europy. Może też stworzyć precedens dla podobnych konfliktów terytorialnych z komponentem etnicznym. W rzeczywistości sprawa Kosowa miała być jedyna w swoim rodzaju w stosunkach międzynarodowych w roku 1999.

Okazało się inaczej.

Jak niestety uczy nas historia, wszystko może być wykorzystane jako precedens. Ten kosowski był wykorzystany przez ruchy secesjonistyczne w Osetii Południowej, Abchazji, a także w przypadku Krymu.

Obecny pomysł wymiany terytorialnej będzie mógł być wykorzystany jeszcze bliżej – m.in. w sąsiedzkiej Bośni i Hercegowinie (BiH), gdzie Republika Serbska, jedna z dwóch części składowych kraju, systematycznie grozi secesją.

A także w Czarnogórze i Macedonii. Oraz wszędzie tam, gdzie nierozwiązane roszczenia terytorialne powiązane są z sytuacją mniejszości etnicznych.

Kto stoi za tym potencjalnie niefortunnym pomysłem wymiany terytoriów? Prezydent Kosowa nie dysponuje realną siłą, nie tylko w regionie, ale też we własnym kraju – zaś lokalni politycy kosowscy, w tym premier, sprzeciwiają się temu pomysłowi.

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia czyj to pomysł. I to jest problem sam w sobie, ukazujący wszystkie ułomności „dialogu”, który rzekomo toczy się między Serbią i Kosowem. A tak naprawdę tylko między dwiema osobami.

Thaçim i Vučiciem.

Tak. Z dialogu społeczeństwo wykluczone jest zupełnie. I nie tylko społeczeństwo, ale też parlamenty i inni polityczni gracze. W skrócie, ten pomysł nie ma legitymacji demokratycznej.

Ale przede wszystkim: demarkacja granic nie rozwiąże problemu, przed jakim stoją Serbowie i Albańczycy. Ten problem wykracza poza linie na mapie. Jest to kwestia zaufania, które musimy wypracować mimo kontekstu krwawych zdarzeń, które miały miejsce mniej niż 20 lat temu. Zatem to, czego nam przede wszystkim potrzeba to pozostawienie za sobą emocji i wspólna rozmowa – debaty publiczne i szeroko zakrojony dialog w obrębie zaangażowanych państw, ale też całego regionu, z udziałem społeczności międzynarodowej. Tylko tak możemy stworzyć demokratyczną podstawę dla wspólnej przyszłości, która jest tak samo istotna jak sama treść przyszłego porozumienia.

Liderzy polityczni w regionie muszą pogodzić się z tym, że efektywny proces integracji europejskiej – podobnie też BiH czy Kosowa – powinien być wspierany przez kraje sąsiadujące. W tym sensie powinniśmy wymagać znacznie więcej demokratycznego przywództwa z wizją ze strony polityków regionu. Zaś oni powinni prowadzić ludzi siłą własnego dobrego przykładu, nie przez ciągłe atakowanie innych stron i wzajemne utarczki, ale przez dążenie do konsensusu co do tego, co dalej. W końcu żyjemy tu razem i to się nie zmieni na przestrzeni kolejnych wieków.

Jak sami Serbowie podchodzą do Kosowa? Że powinno wrócić do Serbii?

Jest kilka warstw odpowiedzi na to pytanie. Symbolicznie Kosowo jest dla nas bardzo istotne. Jest miejscem ściśle powiązanym z serbską tożsamością religijną i narodową.

Tak, bitwa na Kosowym Polu.

W 1389 r. rozegrała się tam walka przeciwko wojskom osmańskim. Ówczesny książę Serbii Łazarz Hrebeljanović uznał wtedy, że lepiej zginąć w walce i być wolnym w Niebie niż poddać się i żyć jak niewolnicy. Jest to mit historyczny, który leży u podstaw serbskiej kultury politycznej. Został wskrzeszony przez komunistów przed II Wojną Światową, którzy wzywali do śmierci w walce zamiast układania się z nazistami.

Kosowo jest więc dla nas szczególnie ważne na poziomie symbolicznym. Ale też religijnie, ponieważ to tam znajdowała się siedziba Serbskiego Kościoła Prawosławnego, czyli nasze święte miejsce. I to dlatego trudno jest większości Serbów zaakceptować fakt, że Serbia nie ma nad Kosowem władzy. Ta percepcja się jednak zmienia i na przestrzeni ostatnich 5-10 lat obywatele stopniowo zaczęli się godzić z tym, że raczej Kosowo już do Serbii nie wróci. Dzięki temu politycy mogą wreszcie przyjąć konstruktywną postawę, w oparciu o którą możliwe będzie wypracowanie przyszłego porozumienia.

Dlatego też proces normalizacyjny rozpoczęty i moderowany przez Unię Europejską jest tak ważny – nie tylko dla Serbii i Kosowa, ale też dla całego regionu. Bo ostatecznie chodzić będzie o to, czy zdołamy odnowić model wielokulturowego społeczeństwa, które zdoła załagodzić wewnętrzne trudności i stworzyć bazę przyszłej współpracy, czy też będziemy podzieleni i okopiemy się na podstawie etnicznych linii podziału.

Rozmowy normalizacyjne są prowadzone przez UE, która jest niechętna komentowaniu obecnej propozycji obu prezydentów.

Komisja Europejska jest w trudnej sytuacji. Moderuje dialog między państwem kandydującym – Serbią – i państwem, albo terytorium, które nie jest uznawane przez pięć państw członkowskich UE – Kosowem. Trudno więc wyważyć oczekiwania wszystkich stron tego dialogu, którego warunkiem sukcesu jest wiążące porozumienie normalizacyjne między Serbią a Kosowem. Pojawiają się głosy, że ta normalizacja umożliwi też drogę do integracji europejskiej dla Kosowa. To jednak nie jest takie proste, ponieważ nie zależy to od Serbii, ale właśnie stanowiska tych pięciu nie uznających Kosowa unijnych krajów. Wystarczy sobie przypomnieć majowy szczyt UE-Bałkany Zachodnie, który się odbył w Sofii. Nie pojawił się tam hiszpański premier ze względu na obecność reprezentacji Kosowa. Potencjalne porozumienie uwzględnia zatem znaczenie więcej wymiarów niż zgodę między Kosowem a Serbią.

Jednak warto od czegoś zacząć.

Oczywiście, to porozumienie będzie dobrym punktem wyjścia dla obu państw. Moim zdaniem ostateczne rozwiązanie może opierać się o koncepcję „dwóch państw niemieckich”. Niemcy Zachodnie nigdy oficjalnie nie uznały Niemiec Wschodnich, ale nie sprzeciwiały się ich udziałowi w organizacjach międzynarodowych, w tym ONZ. Jednak Serbia nie jest aż tak wpływowa, by przekonać stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ do zagłosowania za przyjęciem Kosowa. Nawet jeśli hipotetycznie Serbia uzna Kosowo, nie jestem pewny czy zrobią to Chiny, Indie, Rosja i inne państwa. Nie ze względu na solidarność z Serbią, ale – znowu – ze względu na stworzenie precedensu, który mógłby być wykorzystany w obrębie ich terytorium.

A zatem ostatecznie wszystko sprowadza się do uznania społeczności międzynarodowej. Jak to się ma do serbskiej – i kosowskiej – suwerenności i mitu założycielskiego Serbii o tym, że lepiej umrzeć niż żyć poddanym?

Rozmowa o suwerenności w XXI w. ma już głównie wymiar filozoficzny. Nie sądzę, że w dzisiejszym zglobalizowanym świecie można uznać, że jakiekolwiek państwo jest w 100 proc. niezależne. Mam na myśli nawet te najsilniejsze kraje. Tymczasem teraz Wielka Brytania się przekona, jak to jest, zbliżyć się do suwerenności, o ile/kiedy opuści już UE. Czeka ją konfrontacja z prawdopodobnie zupełnie inną suwerennością niż ta, którą romantycznie wymarzyła sobie część Brytyjczyków.

Dziś suwerenność jest dzielona – i w takim rozumieniu uosabiana jest przez UE. Wszystkie sześć państw Bałkanów Zachodnich ma strategiczny cel dołączenia do tej sieciowej suwerenności.

Z drugiej strony pojawił się pomysł stworzenia wspólnego rynku bałkańskiego, na wzór europejskiego rynku wewnętrznego. Niestety nie wszystkie kraje regionu są tym zainteresowane, uważając, że ponieważ Serbia jest największa, najbardziej też skorzysta.

Serbia – Niemcy Bałkanów Zachodnich.

W pewnym sensie można tak uznać. Jak jednak możemy sobie wyobrażać dołączenie do rynku 500 milionów ludzi, jeśli obawiamy się rynku regionalnego zamieszkanego przez mniej niż 20 milionów? Jak mamy być tam jakkolwiek konkurencyjni, jeśli obawiamy się konkurencji w tak małej skali? To pokazuje jak gospodarka przeplata się z polityką, u nas jeszcze z dodatkiem retro-nacjonalistycznej narracji elit politycznych. Wszystkie kraje Bałkanów Zachodnich handlują z UE, jest to nasz główny partner handlowy, najważniejsze inwestycje pochodzą z Unii, która jest także tu głównym darczyńcą. To dlatego inicjatywy regionalne jak ww. wspólny rynek regionalny powinny być realizowane jako pozytywny przykład i dowód dla UE, że jesteśmy w stanie konstruktywnie współpracować.

Poza sprawami gospodarczymi i politycznymi, jest jeszcze społeczeństwo. Tylko 55 proc. Serbów opowiedziałoby się dziś za integracją europejską. Najmniej w regionie. Wielu Serbów, także młodych, zwraca się ku ideologiom nacjonalistycznym, a dla wielu to Rosja wciąż pozostaje symboliczną „matką”. Dlaczego?

Patrząc na etniczną bliskość Serbów do innych narodów, Słowianie są nam najbliżsi – Rosjanie, ale też Polacy, Czesi, Słowacy. Jeśli jednak porzucimy sentymenty i spojrzymy na rzeczywistość, na pytanie, gdzie chcielibyśmy studiować, żyć czy wysłać nasze dzieci odpowiedzią będą Niemcy, Włochy, Hiszpania, Holandia. Nie Władywostok czy Nowosybirsk.

A czy myśli Pan, że przystąpienie Serbii do UE w roku 2025 jest wykonalne?

Teoretycznie, możliwe jest podgonienie i zamknięcie wszystkich rozdziałów negocjacyjnych do 2023 r., by dołączyć do UE w roku 2025. Jednak pozostaje kilka kwestii. Przede wszystkim Kosowo, które napędza całą dynamikę negocjacji. Po drugie, chodzi o jakość reform w obrębie rządów prawa – czyli rozdziałów 23 i 24. Dla mnie jako serbskiego obywatela te dwa rozdziały są najważniejsze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że przy poprzednich unijnych rozszerzeniach niektóre kraje zharmonizowały krajowe systemy z europejskim acquis. Jednak – jak się okazało – tylko na papierze. Po trzecie, będzie to też zależało od tego, jak UE będzie wyglądała w przyszłości.

Jeszcze jest jeden ważny rozdział – 31, związany z sankcjami przeciwko Rosji, których Serbia nie nałożyła.

To rozdział dotyczący wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa UE. Musimy być realistyczni co do możliwości działania Serbii przeciwko Rosji. Rosja to nasz główny dostawca energii. Niestety UE nie udało się, póki co, zdywersyfikować swojej sieci dostawców i zaproponować nam alternatywy. Nałożenie więc sankcji przeciwko Rosji w sytuacji, gdy jesteśmy całkowicie uzależnieni od jej gazu, byłoby dla nas samobójstwem.

Niektóre kraje członkowskie UE mają dokładnie ten sam problem, a jednak wprowadziły sankcje.

Tak, ale wy należycie do większego klubu. I z tego też powodu serbskie rozmowy integracyjne powinny przyspieszyć, byśmy byli bardziej odporni wobec interesów państw trzecich w regionie. Podobnie jest z innymi państwami bałkańskimi. Miejsce Bałkanów Zachodnich jest w UE.