Białoruś: Rusza proces Wiktara Babaryki. To on miał być głównym kontrkandydatem Łukaszenki w wyborach

Wiktar Babaryka podczas spotkania ze swoimi zwolennikami, źródło: Facebook/Виктор Бабарико

Wiktar Babaryka podczas spotkania ze swoimi zwolennikami, źródło: Facebook/Виктор Бабарико

Zgodnie z powstałym jeszcze w czasach ZSRR, ale do dziś praktykowanym m.in. w Rosji i na Białorusi zwyczajem, były bankier i niedoszły kontrkandydat Aleksandra Łukaszenki w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich usiadł na sali sądowej w klatce z kajdankami na rękach. Wiktar Babaryka oskarżony jest oficjalnie o finansowe przekręty.

 

 

57-letni Wiktar Babaryka przez 20 lat kierował Biełhazprambankiem, czyli założoną jeszcze w 1990 r. instytucją finansową, którą w ponad 99 proc. kontroluje rosyjski Gazprom lub jego spółki zależne.

Bankowiec aż do ubiegłego roku nie zajmował się polityką, ale postanowił zrezygnować ze swojej funkcji i rzucić wyborcze wyzwanie rządzącemu po dyktatorsku od 1994 r. Aleksandrowi Łukaszence.

Białoruś: Władze tworzą bazę danych protestujących. Jak chcą wykorzystać zgromadzone informacje?

W jaki sposób białoruskie władze chcą wykorzystać zgromadzone informacje?

Babaryka przestraszył Łukaszenkę

Niezwiązany z tradycyjną antyłukaszenkowską opozycją finansista przekonał do siebie wielu wcześniej sceptycznych wobec zmiany władzy Białorusinów. Do tego w pogrążonej od wielu lat w stagnacji gospodarczej Białorusi coraz mocniej odczuwalna jest potrzeba reform nie tylko politycznych, ale także ekonomicznych.

Poparcie dla Babaryki wzmocniło także wyeliminowanie z gry jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii popularnego blogera Siarhieja Cichanouskiego, też wcześniej nie zajmującego się polityką, ale od około dwóch lat coraz ostrzej krytykującego Łukaszenkę.

Cichanouski trafił do aresztu, co uniemożliwiło mu nawet zarejestrowanie swojej grupy inicjatywnej do zbierania podpisów pod właściwym wnioskiem. Tymczasem Babaryka uzbierał aż 450 tys. podpisów, co w liczącej 9,5 mln mieszkańców Białorusi było nie tylko wynikiem imponującym (potrzeba było 100 tys. podpisów), ale też historycznie wysokim.

Babaryce jednak ostatecznie nie zezwolono na udział w sierpniowych wyborach. W połowie czerwca bankier został bowiem zatrzymany pod zarzutem nieprawidłowości w Biełhazprambanku.

Postawiono mu zarzut stworzenia wraz z innymi menadżerami grupy przestępczej, która wyłudzać miała rzekomo pieniądze od przedsiębiorców i wyprowadzać je za granicę. Dodatkowo zarzucono mu unikanie płacenia podatków oraz pranie brudnych pieniędzy.

Babaryka od tamtego czasu przebywa za kratami, a jego sztab (np. kierująca nim Maryja Kalesnikawa) wsparł w wyborach Swiatłanę Cichanouską, która zarejestrowała się zamiast męża i wobec wyeliminowania jeszcze innych niezależnych kandydatów (m.in. byłego dyplomaty Walera Capkały) nieoczekiwanie nawet dla samej siebie wyrosła na główną kontrkandydatkę Łukaszenki.

Cichanouska w PE: Białorusinom pomoc potrzebna teraz

Liderka białoruskiej opozycji Swiatłana Cichanouska zaapelowała wczoraj w Parlamencie Europejskim o jak najszybszą pomoc dla protestujących od miesięcy Białorusinów. “Jesteśmy zdeterminowani, by wygrać i wygramy” – zapewniła odbierając w Brukseli nagrodę im. Sacharowa. 

Proces oficjalnie otwarty, ale wpuszczono mało kogo

Teraz, po upływie dziewięciu miesięcy od jego aresztowania, proces Babaryki właśnie się zaczyna. Niedoszły kandydat na prezydenta w sądzie w Mińsku zjawił się w kajdankach i usiadł na sali rozpraw w specjalnej metalowej klatce.

W taki sposób, jako szczególnie groźnych wrogów ludu, sądzono w czasach ZSRR nie tylko szczególnie niebezpiecznych bandytów, ale także osoby oskarżone o przestępstwa gospodarcze, np. spekulanctwo.

Zwyczaj ten pozostał jeszcze m.in. na Białorusi oraz w Rosji. W podobnej, choć przeszklonej klatce usiadł w sądzie moskiewskiego rejonu Basmanny na swoim niedawnym procesie ws. rzekomych nieprawidłowości w spółce Yves Rocher rosyjski opozycjonista Aleksiej Nawalny.

Proces Babaryki toczy się za niemal zamkniętymi drzwiami. Na salę nie wpuszczono niezależnych obserwatorów oraz niemal żadnych zagranicznych mediów. Obserwować rozprawę mogą tylko dziennikarze białoruskich mediów państwowych oraz korespondenci niektórych mediów rosyjskich.

Oficjalnie jednak proces Babaryki jest jawny i teoretycznie może w nim uczestniczyć każdy. Tyle, że do sądu wpuszczono wyłącznie wyselekcjonowane osoby. Przed budynkiem zgromadziło się natomiast około 100 osób, którym wejść nie pozwolono.

Milicja wzywała je przez megafony do rozejścia się. Powodem mają być kwestie epidemiologiczne, choć na Białorusi nie obowiązuje większość obostrzeń znanych z innych krajów europejskich, a sam Łukaszenka wielokrotnie koronawirusa lekceważył.

Nie zezwolono również na rejestrację przebiegu procesu. Wszelkie urządzenia mobilne – telefony czy tablety – należało oddać do depozytu. Białoruscy obrońcy praw człowieka zapowiedzieli złożenie skargi do Rady Praw Człowieka ONZ, zwracając uwagę, że sąd naruszył zasadę jawności postępowania.

Niezależne białoruskie media informują, że przed budynek sądu w Mińsku ściągnięto duże siły milicyjne. Władze więc wyraźnie obawiają się nasilenia trwających nieprzerwanie (ale ostatnio mniej licznych) ulicznych protestów opozycji.

Białoruś wciąż protestuje

Ponad 300 osób zatrzymano w czasie wczorajszych Marszów Wolności – przekazała wieczorem telewizja belsat powołując się na dane mińskiej policji. Natomiast centrum praw człowieka Wiasna informowało o zatrzymaniu 287. protestujących, zastrzegając, że lista nazwisk jest wciąż uaktualniana. 

Łukaszenka rozprawia się z niezależnymi dziennikarzami

Tymczasem na Białorusi ruszają procesy osób aresztowanych po manifestacjach z ostatnich miesięcy. Kilkoro osób, które pojawiły się na opozycyjnych marszach i pikietach otrzymało wyroki od 2 do 5 lat kolonii karnej. Skazywano ich głównie za rzekome atakowanie policjantów, choć białoruskie protesty były niezwykle spokojne i pokojowe.

Sądzeni są też niezależni dziennikarze. Najgłośniejszy jest trwający właśnie proces dwóch dziennikarek nadającej z Polski, ale tworzonej w zdecydowanej większości przez Białorusinów, telewizji Biełsat – 23-letniej Darji Czulcowej oraz 27-letniej Kaciaryny Andrejewej.

Grożą im nawet trzy lata łagru za relacjonowanie 15 listopada dużej manifestacji na tzw. Placu Przemian, czyli nazwanym tak przez mieszkańców Mińska podwórku na jednym z osiedli, gdzie znajdowały się opozycyjne murale i wisiały zakazane przez łukaszenkowski reżim historyczne biało-czerwono-białe flagi.

W tym samy miejscu cztery dni wcześniej pobity i porwany przez nieznanych sprawców (jak wiele na to wskazuje funkcjonariuszy KGB) został młody mężczyzna Raman Bandarienka, która usiłował nie dopuścić do niszczenia opozycyjnej symboliki.

Nieprzytomnego Bandarienkę dzień później do szpitala przywiozła milicja, która przekonywała, że znaleziono go pijanego na ulicy. Lekarze jednak stwierdzili ślady ciężkiego pobicia, a nie stwierdzili śladów alkoholu. Bandarienka mimo ich wysiłków kilka godzin później zmarł.

Ta śmierć oraz tuszowanie jej okoliczności (np. poprzez zatrzymanie badającego Bandarienkę lekarza czy dziennikarki portalu TUT.by, która jako pierwsza o nich informowała) wzburzyły wiele osób i na nowo rozogniły pod koniec ubiegłego roku uliczne protesty.

Czulcową i Andrejewą początkowo skazano w tzw. procedurze administracyjnej na siedem dni aresztu za „zakłócanie porządku”, ale potem oskarżono je o zorganizowanie manifestacji na Placu Przemian i postawiono zarzuty karne za rzekome spowodowanie strat finansowych dla operatora komunikacji miejskiej w Mińsku w związku z czasowym zakłóceniem ruchu autobusów, trolejbusów i tramwajów.

Białoruś: Najpopularniejszy niezależny portal internetowy pozbawiony statusu środka masowego przekazu

Oznacza to, że jego dziennikarze nie mogą akredytować się na konferencje prasowe, ani relacjonować opozycyjnych protestów.

Reżim rozbija organizacje dziennikarskie

Proces dwóch dziennikarek Biełsatu, który de facto także toczy się za zamkniętymi drzwiami, to tylko jeden z przejawów wzmocnienia represji wobec niezależnych mediów na Białorusi. Szykuje się bowiem proces najważniejszych postaci białoruskiego Press Clubu (PCB), a więc organizacji zajmującej się m.in. szkoleniem dziennikarzy.

Od grudnia ubiegłego roku w areszcie przebywają już założycielka PCB Julija Słucka, obecna szefowa organizacja Ała Szarko czy jej dyrektor finansowy Siarhiej Alszeuski. Oskarżono ich o rzekome oszustwa podatkowe.

Natomiast wczoraj rozpoczęła się prawdopodobnie rozprawa białoruskich władz z inną zasłużoną i niezależną organizacją dziennikarską – Białoruskim Zrzeszeniem Dziennikarzy (BAŻ).

Milicja przeprowadziła bowiem rewizje w mieszkaniach prezesa BAŻ Andreja Bastuńca, a także jego dwóch zastępców Aleha Ahiejeua i Barysa Hareckiego oraz szefowej działu prawnego Kryściny Rychter.