Łukaszenka zostaje prezydentem na szóstą kadencję. Wielkie protesty opozycji

Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko, źródło: en.kremlin.ru (CC BY 4.0)

Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko, źródło: en.kremlin.ru (CC BY 4.0)

Niespodzianki nie było. Oficjalnie państwowe badanie exit poll po wyborach na Białorusi pokazało kolejną wygraną prezydenta Aleksandra Łukaszenki i to tradycyjnie w pierwszej turze. Ale na ulice wyszły dziesiątki tysięcy Białorusinów, którzy protestowali przez całą noc.

 

Według ogłoszonego w niedzielę (9 sierpnia) wieczorem państwowego badania dotychczasowy białoruski prezydent Aleksandr Łukaszenka zdobył 79,7 proc. poparcia. Swiatłana Cichanouska jedynie 6,8 proc. 9,2 proc. wyborców miało zaś zagłosować „przeciwko wszystkim” kandydatom. Frekwencja zaś miała na dwie godziny przed zamknięciem lokali wyborczych wynieść 79 proc.

Powyborcze protesty

Na Białorusi wiele osób nie uwierzyło w ogłoszone wyniki exit poll. Dlatego nie tylko w Mińsku, ale także na ulicach innych miast pojawiły się dziesiątki tysięcy protestujących. Duża część z nich miała przypięte białe wstążki – symbol sprzeciwu wobec rządów Łukaszenki. Kierowcy pozdrawiali ich klaksonami, a zebrani manifestanci odpowiadali im oklaskami.

Jedną z przyczyn były sygnały, że sporo osób nie zdążyło oddać głosu. Cichanouska wzywała swoich zwolenników do oddawania głosów popołudniu i wieczorem, aby utrudnić fałszerstwa. Ale gdy zrobiły się pod lokalami wyborczymi kolejki, wielu osób już nie wpuszczono.

Działo się tak m.in. w Mińsku, a także w kilku ambasadach, np. w Warszawie czy Moskwie, a więc tam gdzie mieszka najwięcej przeciwników Łukaszenki. W polskiej stolicy doszło nawet do manifestacji mieszkających w Polsce Białorusinów. Zorganizowali oni tam też swoje symboliczne „alternatywne wybory”. Łukaszenka miał w nich dostać tylko trzy głosy, zaś Cichanouska prawie 2,4 tys.

Pod kilkoma lokalami wyborczymi w Mińsku milicja zatrzymywała osoby, które mimo zamknięcia im przed nosem drzwi próbowały jednak oddać głos. Natomiast główny protest w Mińsku został ostro spacyfikowany przez oddziały zbrojne milicji – OMON. Ale te działania sprawiły, że jeszcze więcej ludzi zaczęło iść na manifestację w centrum Mińska. Utworzył się spontaniczny protestacyjny marsz.

Barykady i dziesiątki karetek

Aby rozbić opozycyjny wiec użyto granatów hukowych, armatek wodnych oraz gazu łzawiącego. Tłum krzyczał zaś w kierunku milicji: „Wstyd!” oraz „Faszyści!”, a także „Łukaszenka – odejdź!”. W kierunku centrum do późnych godzin nocnych zmierzały jednak kolejne opozycyjne marsze.

Nie doszło do jednej wielkiej opozycyjnej manifestacji na wzór ukraińskiego Majdanu, ale do kilku dużych, ale nie skoordynowanych demonstracji. Przed północą w kilku miejscach zaczęto jednak nawet w Mińsku wznosić barykady.

Wśród manifestantów zaczęły się rozchodzić pogłoski, że Łukaszenka miał opuścić białoruską stolicę, ponieważ ze stołecznego lotniska wystartował rządowy samolot. Ale oficjalnie nie ma żadnego potwierdzenia, że prezydent miałby się gdziekolwiek udać.

Do centrum Mińska zaczęło natomiast jechać wiele karetek, co wywołało obawy o to, że władze Białorusi będą chciały nawet użyć wobec manifestantów broni. Doszło także do incydentu, gdy milicyjna ciężarówka wjechała w tłum, ale nie ma na razie informacji o poszkodowanych, choć na filmie z zajścia było widać, że potrącona została przynajmniej jedna osoba. W wyniku starć z milicją i wojskiem na oddział intensywnej terapii miały trafić 4 osoby.

Protesty trwały całą noc, a nad ranem demonstranci rozeszli się do domów. Zapowiedzieli jednak, że dzisiaj (10 sierpnia) będą ponownie protestować i nie pogodzą się z wynikami oficjalnie podawanymi przez władzę. Według dziennikarki Hanny Liubakovej łącznie aresztowanych zostało ponad 150 osób, choć, jak zaznacza, liczba ta z pewnością wzrośnie.

Protesty nie tylko w stolicy

Manifestacji i milicyjne zatrzymania miały też miejsce w innych miastach na Białorusi – w Brześciu, Mohylewie, Witebsku czy Grodnie, a nawet w mniejszych miastach, jak np. przemysłowe, znane z fabryki ciężarówek Żodzino. Ale w kilku innych mniejszych miastach milicjanci mieli odmówić pacyfikowania manifestacji, informowała o tym rosyjska agencja prasowa RIA, powołując się na świadków. Miało tak być np. w Baranowiczach.

Niezależne media i opozycyjne organizacje miały problem z informowaniem o sytuacji. W Mińsku i innych dużych miastach wyłączono popołudniu internet w sieci komórkowej. W niedzielę po 14:00 działały właściwie tylko stałe łącza w domach. Zablokowano także strony niezależnych gazet i portali informacyjnych.

W niedzielę (9 sierpnia) Swiatłana Cichanouska w późnych godzinach wieczornych wydała swoje oświadczenie, w których stwierdziła, że także nie wierzy w podane wstępne wyniki wyborów prezydenckich. „Wierzę własnym oczom i widzę, że większość jest z nami. Białorusini już wygrali, po tym jak jej kampania przyciągnęła dziesiątki tysięcy ludzi na wiece. Już wygraliśmy, bo przezwyciężyliśmy strach, apatię i obojętność” – przekazała w swoim oświadczeniu.

Wspólne oświadczenie wydali także prezydenci Polski i Litwy Andrzej Duda i Gitanas Nauseda. „Jako sąsiedzi Białorusi, apelujemy do władz białoruskich o pełne uznanie i przestrzeganie podstawowych standardów demokratycznych. Wzywamy do powstrzymania się od przemocy i do respektowania podstawowych wolności, praw człowieka i obywatela, w tym praw mniejszości narodowych i wolności słowa” – oświadczyli.

Napięta sytuacja w Mińsku już od pewnego czasu

Sytuacja w Mińsku była napięta już od kilku dni. W obawie o opozycyjne protesty jeszcze w ciągu dnia zablokowano drogi wjazdowe do miasta. Na ulicach białoruskiej stolicy już w sobotę pojawiło się dużo milicji, żołnierzy wojsk wewnętrznych oraz pojazdów służb bezpieczeństwa i sprzętu wojskowego. Dochodziło też do wyłapywania osób, które uznano za protestujących opozycjonistów.

Do zatrzymań dochodziło także w dniu wyborów. Policjanci zabierali z ulic m.in. relacjonujących wybory niezależnych dziennikarzy białoruskich (np. aż sześciorga z telewizji Biełsat) czy rosyjskich (np. telewizji Dożdż). Satelitarnego nadawania telewizji – w odróżnieniu od mediów internetowych – nie da się bowiem tak łatwo wyłączyć.

Jeszcze wcześniej w obawie przed represjami z Białorusi miała do Rosji wyjechać żona niedopuszczonego do wyborów kandydata Walerego CepkałyWeranika. Potwierdził to potem jej przebywający już na rosyjskim terytorium od kilkunastu dni wraz z dziećmi mąż.

Weranika Cepkała po zablokowaniu kandydatury jej męża wsparła oficjalnie Cichanouską i zaangażowała się w jej kampanię wyborczą. Zapowiedziała jednak, że niebawem powróci do Mińska. Również sama Cichanouska na razie przebywa w nieznanym miejscu. Ukryła się po tym jak zaczęto zatrzymywać pracowników jej sztabu, m.in. Maryję Kalesnikawą, wcześniej szefową sztabu również niedopuszczonego do wyborów kandydata Wiktara Babaryki.

Największe wątpliwości budzą wybory przedterminowe

Głosy oddawano w niedzielę w 6 tys. lokali wyborczych. Ale aż 41,7 proc. uprawnionych do głosowania oddało swój głos przedterminowo. Takie głosowanie jest na Białorusi prowadzone już kilka dni przed właściwym dniem wyborów.

To wówczas dochodzi do największej liczby fałszerstw, ponieważ urny wyborcze często pozostają poza kontrolą. W teorii głosowanie przedterminowe ma umożliwić głosowanie tym osobom, które w dniu wyborów będą poza miejscem zamieszkania, ale w praktyce zmusza się do niego np. żołnierzy, więźniów, studentów w akademikach czy załogi dużych państwowych zakładów pracy.

W wyborach startowało pięcioro kandydatów: obok Aleksandra Łukaszenki i Swiatłany Cichanouskiej również Hanna Kanapacka, Andrej Dzmitryjeu i Siarhiej Czeraczań. Jedyną poważną kontrkandydatką urzędującego prezydenta była jednak Cichanouska, podczas gdy pozostała trójka to “sparingpartnerzy” Łukaszenki – zwani też spoilerami. Praktycznie nie prowadzili oni kampanii wyborczej.