Wybory w USA: Stany Zjednoczone na własne życzenie chcą oddać pozycję lidera Chinom [WYWIAD]

Donald Trump i Joe Biden

Prezydent USA i kandydat z ramienia Partii Republikańskiej do reelekcji Donald Trump i były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, kandydat Partii Demokratycznej na prezydenta USA Joe Biden, grafika: EURACTIV.pl, fot. Gage Skidmore [Flickr, CC BY-SA 2.0]

Mam złą wiadomość dla polskiego rządu: nawet jeśli Trump wygra wybory, to Stany Zjednoczone nie odpuszczą Polsce w kwestii LGBT i praworządności – mówi Radosław Korzycki, amerykanista i redaktor „Dziennika Gazety Prawnej”.

 

 

Aleksandra Krzysztoszek, EURACTIV.pl: Zacznę od dość nietypowego pytania. Z jaką postacią amerykańskiej popkultury kojarzy się Panu Donald Trump?

Radosław Korzycki, Dziennik Gazeta Prawna: Donald Trump kojarzy mi się tylko z Donaldem Trumpem. Ten człowiek zbudował ze swojego nazwiska markę, która sama w sobie stała się elementem amerykańskiej popkultury. Odziedziczył 200 mln dolarów. na początku lat 70. Według szacunków, o których wspomniał David Cay Johnson w swojej książce „Donald Trump. Jak on to zrobił?” (tytuł oryg. „The Making of Donald Trump”), gdyby te pieniądze zostały po prostu zainwestowane w fundusze lub na zwykłe lokaty, Trump mógłby dzisiaj mieć 3 mld dolarów. A tymczasem jest na minusie – wiemy to z jego zeznań podatkowych, do których niedawno dotarł „New York Times”. Biznesmenem i inwestorem okazał się fatalnym.

Donald Trump w latach 80. zaczął lansować się jako marka, którą szybko przyjęła popkultura. Stał się uosobieniem „neoliberalnego boomu” tamtego czasu, a także synonimem sukcesu w biznesie. To, że jest w biznesie słaby, nie ma dla tej marki jak się okazuje żadnego znaczenia. Później próbował na tej marce zarabiać. Jego sztandarowym przedsięwzięciem był program telewizyjny „Praktykant” („The Apprentice”) – reality show, w którym pełnił rolę surowego szefa, zwalniającego kolejnych uczestników programu.

W końcu nadszedł ten moment, w którym podjął decyzję o starcie w wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych, choć początkowo nikt, nawet on sam, nie traktował tego kroku w pełni poważnie. Wkrótce jednak kultura masowa spotkała się z trudną rzeczywistością polityczną, czego owocem jest prezydentura Donalda Trumpa. Nie zależało mu na zwycięstwie w wyborach. Jego celem była autopromocja i zbudowanie imperium medialnego. Sam był zaskoczony wygraną.

Przedwyborcze sondaże wskazują na jednoznaczne prowadzenie kandydata Demokratów Joego Bidena, ale na ile w tych wyborach należy ufać sondażom? Przypomnijmy, że cztery lata temu, choć rzeczywiście sytuacja była wówczas bardziej wyrównana, to mieliśmy małą niespodziankę.

Niespodzianka była ogromna. Żadna sondażownia ani żaden z ekspertów nie przewidywał takiego wyniku. Większość dawała ok. 99-proc. szanse na zwycięstwo ówczesnej kandydatce Demokratów Hillary Clinton. Wyjątkiem był Nate Silver z FiveThirtyEight.com, który oceniał szanse Clinton na ok. 70 proc., dając jednocześnie 30 proc. szans Donaldowi Trumpowi. Nawet i on nie przewidział jednak zwycięstwa Trumpa. O ostatecznym wyniku i wygranej Trumpa zadecydowały trzy stany: Wisconsin, Michigan i Pensylwania.

Należy też pamiętać, że niektóre sondażownie nie nadążały za biegiem wydarzeń. Tydzień przed wyborami na nowo wybuchła afera z e-mailami Hillary Clinton. Ówczesny szef FBI James Comey wysłał do kongresmenów list, w którym poinformował o wznowieniu śledztwa w sprawie ewentualnego naruszenia tajemnicy państwowej przez Clinton. Śledztwo nie doprowadziło do żadnych konkretnych rezultatów, ale przyniosło kandydatce ok. 3-procentowy spadek w sondażach. W konsekwencji wygrała ona głosowanie powszechne tylko dwoma, a nie pięcioma punktami procentowymi.

Podobna sytuacja może oczywiście teoretycznie mieć miejsce i w tym roku, jeżeli na tydzień przed wyborami wybuchnie jakaś afera. Ale jak dotąd wpadki zaliczał wyłącznie Trump: afera z unikaniem płacenia podatków, fatalny występ w debacie wyborczej, dziwne zachowanie przy okazji zarażenia się koronawirusem.

Wskazałbym jednak na pewną różnicę między Bidenem w 2020 r. a Clinton cztery lata temu. Przewaga Bidena jest znacznie większa niż wówczas Hillary Clinton. Różne sondażownie dają dziś kandydatowi Partii Demokratycznej 12-16 pkt. proc. w sondażach więcej niż Donaldowi Trumpowi.

Jak ocenia Pan kadencję Donalda Trumpa w roli prezydenta? Zacznijmy od polityki zagranicznej.

Stany Zjednoczone na własne życzenie chcą oddać pozycję lidera Chinom. Doktryna Trumpa „America First” sprowadza się bowiem do izolacjonizmu i wycofywania się z czynnego udziału w polityce globalnej, który od czasów I wojny światowej był znaczący. Donald Trump rozpoczął proces wycofywania się przez USA ze świata.

Objawia się również w działaniach dotyczących i nas, czyli osłabiania NATO i szantażowania sojuszników koniecznością przeznaczania 2 proc. PKB na obronność. Słynne piętnowanie Niemiec za niewystarczające wydatki w tym obszarze było w pewnym sensie oparte na fake newsach. Zapominamy bowiem, że Niemcy wydają duże kwoty między innymi na utrzymanie cywilnej obsługi kluczowej dla NATO bazy wojskowej w Ramstein, z największym szpitalem wojskowym na świecie. Amerykanie nie brali takich wydatków pod uwagę, zarzucając Berlinowi zbyt niski wkład finansowy w działanie Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Sprawą niepłacenia za obronę Trump terroryzował również Koreę Południową i Japonię. Trzeba tutaj dodać, że zachowywał się on jak polska mafia z lat 90., która wchodziła do lokalu gastronomicznego i żądała haraczu za tak zwaną obronę, a więc za to, żeby nic się nikomu nie stało. We wspomnianych kwestiach ujawniło się transakcyjne podejście Donalda Trumpa do obronności.

Drugim problemem jest antagonizowanie sojuszników Ameryki wewnątrz tradycyjnych sojuszy, m.in. wykorzystywanie Polski i Węgier przeciwko Niemcom i podkreślanie wyjątkowej roli Polski w Europie. Nie chodzi oczywiście o to, że ta rola nie jest wyjątkowa ani że nasza obecność w NATO nie jest strategiczna – co do tego zgadzają się chyba wszyscy. Z pewnością zgodzi się z tym (kanclerz Niemiec – red.) Angela Merkel, ponieważ wraz z natowską akcesją Polski w 1999 r. granica wroga Niemiec przesunęła się o 700 km. Konsekwencją takiej polityki zagranicznej administracji Trumpa jest osłabienie sojuszy wewnątrzeuropejskich i transatlantyckich, między innymi tych, w których uczestniczy Polska.

Kolejną sprawą są sukcesy, którymi amerykański prezydent chętnie się chwali, zwłaszcza tzw. Pakt Abrahama, czyli układ pokojowy między Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Izraelem, pod auspicjami Arabii Saudyjskiej. Donald Trump przedstawia to osiągnięcie jako największy sukces polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych od wielu lat. Jest to jednak układ, w którym Izrael „gra” na Trumpa, zaś Trump – na Izrael. Zwycięstwo Bidena spowoduje tu zmianę. Pomimo dużej sympatii dla Izraela w elitach Wschodniego Wybrzeża, administracja Bidena nie będzie już tak jednoznacznie opowiadać się po stronie Jerozolimy i wróci kwestia niezależności Palestyny.

Dużym problemem amerykańskiej dyplomacji jest to, że Trump, realizując rodzinne interesy z Saudami, wykorzystuje politykę zagraniczną do własnych celów. Opieranie pokoju na Bliskim Wschodzie na Arabii Saudyjskiej jest wielce problematyczne – między innymi dlatego, że kraj ten dąży do konfliktu z Iranem, od wielu lat rozgrywając tzw. proxy war (ang. „wojna zastępcza”). Przykładem jest rebelia Huti w Jemenie, gdzie Iran angażuje się po stronie szyickich rebeliantów, natomiast Arabia Saudyjska popiera sunnicki rząd. Dla znawców stosunków międzynarodowych opieranie pokoju na Bliskim Wschodzie na Rijadzie jest bardzo ryzykowne. Nie nazwałbym tego sukcesem polityki zagranicznej, choć Trump za taki sukces owe kroki uważa.

Największą porażką Donalda Trumpa są jednak wojny handlowe z Chinami, na których tracą również sami amerykańscy obywatele. Warto wspomnieć choćby o rolnikach, a konkretnie o producentach soi. Kondycja gospodarki w stanie Iowa, którego mieszkańcy przed czterema laty głosowali w większości na Donalda Trumpa (obecnie sondaże wskazują remis), może okazać się znaczącym problemem dla prezydenta. Chińczycy zresztą skutecznie obeszli cła nałożone przez USA na amerykańską soję i kupują ten produkt w Brazylii czy w Argentynie. Pekin wygrywa zatem wojnę handlową dzięki znacznie większej mobilności. Także z punktu widzenia naszych interesów nie jest to korzystna sytuacja, gdyż prowadzi do umacniania się w stosunkach międzynarodowych państwa niedemokratycznego.

Przejdźmy teraz do podsumowania prezydentury Trumpa z perspektywy wewnętrznej. Czy można powiedzieć, że obecny prezydent doprowadził do pogłębienia się podziałów w amerykańskim społeczeństwie?

Donald Trump niewątpliwie antagonizuje amerykańskie społeczeństwo, wycofując się z pewnych cywilizacyjnych osiągnięć Ameryki związanych chociażby z walką z segregacją rasową. Prezydent nie potępił jednoznacznie organizacji tzw. „wewnętrznego terroryzmu” (ang. „domestic terrorism”), w tym Ku-Klux-Klanu. Nie nazwał także białego suprematyzmu rasizmem. Odkąd wybuchły zamieszki na tle rasowym na przełomie maja i czerwca tego roku, wielokrotnie mówił rzeczy nieakceptowalne dla większości Amerykanów, takie jak zapowiedź wyprowadzenia wojska na ulice przeciwko pokojowo protestującym. Wówczas stanowczo sprzeciwiły się temu zarówno Pentagon, jak i dowódcy wojskowi.

Ponadto Trump wspiera swego rodzaju milicje obywatelskie, a tak naprawdę organizacje paramilitarne, które chodzą z bronią po ulicach. Twierdzi wręcz, że konstytucja zezwala im na takie działania, na mocy niesławnej 2. Poprawki interpretowanej jako prawo do posiadania broni. Z drugiej zaś strony nie uznaje praw takich ruchów jak Black Lives Matter, m.in do pokojowego protestowania i domagania się reformy policji, kiedy w Ameryce dalej panuje strukturalny rasizm i w incydentach związanych z przekraczaniem uprawnień przez policję ginie rocznie około tysiąca osób.

Wspomniał Pan wcześniej o izolacjonizmie. Jakie jest źródło tego zjawiska? Czy to Donald Trump całkowicie zmienił orientację amerykańskiej polityki zagranicznej, czy był on wyrazicielem woli Amerykanów, którzy weszli w taki moment historii, gdy poczuli się zmęczeni nieustannym angażowaniem się kraju w problemy globalne?

Jest to bez wątpienia kwestia samej osoby Donalda Trumpa. Establishment Partii Republikańskiej opowiada się bowiem za utrzymaniem zaangażowania USA w globalną politykę, a to ze względu na bezpieczeństwo wewnętrzne kraju. Amerykanie muszą nadzorować sytuację na Bliskim Wschodnie, żeby zapobiec terroryzmowi w Stanach Zjednoczonych i zdarzeniom takim jak to z 11 września 2001 r. Co do tego nie ma sporu między lewicą i prawicą – przynajmniej tą częścią prawicy, która zdaje sobie sprawę, jak działają stosunki międzynarodowe i jaka jest obecna sytuacja geopolityczna.

Czy w przypadku wyboru Bidena na prezydenta należy się spodziewać zwrotu o 180 stopni w polityce zagranicznej, czy jakiekolwiek elementy polityki Trumpa zostaną zachowane?

Nie nobilitowałbym dokonań Trumpa, określając tego mianem „doktryny” czy „polityki”. Jest to raczej szereg przygodnych ruchów, pozbawionych porządku czy większego sensu. Jeśli zaś chodzi o Bidena, to zostanie on zmuszony do korekty polityki zagranicznej, jednak sam jej kierunek został już wyznaczony. Z pewnością będzie starał się znaleźć porozumienie z Chinami, ale trudno będzie w relacjach między Waszyngtonem a Pekinem załagodzić napięcie, jakie wywołały wojny handlowe Trumpa.

Drugą kwestią są wojny, w których biorą udział amerykańskie wojska. Stany Zjednoczone są zaangażowane w konflikty zbrojne od czasów rozpoczętej w 2001 r. natowskiej operacji Enduring Freedom i oraz wojny w Iraku. Od tamtej pory dorosło całe pokolenie ludzi. Amerykanie są zmęczeni tym udziałem oraz jego kosztami. Joe Biden obiecał więc zrobić wszystko, aby jak najszybciej wycofać stamtąd żołnierzy, ale nie będzie realizować tych obietnic w tak niefrasobliwy sposób, jak to zapowiada Donald Trump.

A co może stać się z obietnicą Trumpa wycofania wojsk z Afganistanu? Czy Joe Biden będzie kontynuował te wysiłki?

Biden z pewnością nie zamierza wspierać talibów, a owa zadziwiająca polityka Trumpa może sprowadzać się właśnie do ich wzmocnienia, co jest zwyczajnie irracjonalne.

Czego możemy spodziewać się w polityce zagranicznej w przypadku wyboru Trumpa na kolejną kadencję? Czy partnerzy z Europy zdołają jeszcze ułożyć jakoś relacje z USA pod rządami Trumpa, czy może będą to kolejne cztery lata ukierunkowane na „przeczekanie”?

Unia Europejska z pewnością będzie pracowała nad własnymi mechanizmami obronnymi, by nie paść ofiarą wojny handlowej między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Jest jednak też kwestia niezależna od tego, czy u władzy jest Biden, czy Trump, a mianowicie kwestia podatku cyfrowego i tego, że administracja USA za wszelką cenę broni amerykańskich korporacji, technologicznych gigantów. Na te działania nie będzie miał większego wpływu fakt, że u władzy będzie Biden, a nie Trump.

Jeśli zaś chodzi o Polskę, to w przypadku reelekcji Trumpa nie zmieni się zbyt wiele. W najbliższym czasie powinna zostać podpisana umowa o transferze technologii nuklearnej. Natomiast w kwestiach praworządności, a szczególnie praw mniejszości seksualnych, traktowanych jako podstawowe prawa człowieka, Amerykanie nie ustąpią.

Część polskiej sceny politycznej krótkowzrocznie uważa, że presja w tej kwestii jest wyłącznie osobistą inicjatywą ambasador Georgette Mosbacher, podczas gdy w rzeczywistości działa ona w imieniu Donalda Trumpa. Trump zresztą nieraz fotografował się na tle tęczowej flagi i jest absolutnym przeciwnikiem dyskryminacji na tle seksualnym. Ameryka będzie zatem stać na straży demokratycznych wartości, wśród których jest poszanowanie praw mniejszości LGBT+. Mam więc złą wiadomość dla polskiego rządu: nawet jeśli Trump wygra wybory, to Stany Zjednoczone w tej kwestii nie odpuszczą.

A jeśli zwycięży Joe Biden, jak ułoży się współpraca z Polską?

W przeciwieństwie do Donalda Trumpa, Joe Biden bardzo dobrze zna się na polityce zagranicznej, przez lata był szefem senackiej komisji ds. zagranicznych, a jako wiceprezydent w administracji Baracka Obamy był jednym z architektów jego polityki zagranicznej, cieszącym się całkowitym zaufaniem prezydenta. Możemy zatem myśleć o powrocie do polityki z lat 2009-2017.

Z tego, co dowiedziałem się w Waszyngtonie, polski rząd nie szuka kontaktów ze sztabem Bidena – w przeciwieństwie do innych rządów europejskich, np. Borisa Johnsona. Kwestie umowy handlowej między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi będą bowiem rozstrzygane już po wyborach, a Demokraci są w tej sprawie bardzo surowi, zwłaszcza jeśli chodzi o backstop. Uważają, że twarda granica między Irlandią Północną a Republiką Irlandii może zniweczyć osiągnięcia porozumienia wielkopiątkowego.

Ciekawostką jest to, że w przypadku wygranej Bidena faworytką do objęcia stanowiska sekretarza stanu jest Susan Rice, doradczyni Baracka Obamy ds. bezpieczeństwa narodowego podczas jego drugiej kadencji. Byłaby to druga Afroamerykanka o nazwisku Rice na stanowisku szefowej amerykańskiej dyplomacji. Z uwagi, że była ona niejako w cieniu Condoleezzy Rice, gdy ta sprawowała funkcję ministra spraw zagranicznych, środowiska akademickie i waszyngtońskie salony polityczne od lat określają ją jako „the other Rice” (ang. „ta druga Rice”).

Wracając do tematu, scenariusze dla Polski w wypadku wygranej Bidena są trzy. Pierwszy to powrót do sytuacji swojego rodzaju „cichych negocjacji” między obiema stronami i niewidocznej publicznie presji ze strony amerykańskich dyplomatów w Warszawie. To jest wizja według Wessa Mitchella, wiceministra spraw zagranicznych ds. europejskich i euroazjatyckich w pierwszej części kadencji Trumpa, gdy szefem dyplomacji był Rex Tillerson.

Drugi scenariusz to kompletne izolowanie Polski i traktowanie w podobny sposób jak Białorusi: niedopuszczanie polskich dyplomatów do dialogu i negocjacji, dopóki nie pojawi się obiecujący progres w sprawach przestrzegania praw człowieka i praworządności. Rządy prawa będą dla Bidena bardzo ważne w relacjach z Polską, podobnie jak kwestia praw mniejszości LGBT+. Amerykańska presja na Warszawę w tych dwóch kwestiach będzie ogromna.

Trzeci scenariusz zakłada natomiast, że Amerykanie będą publicznie strofować polski rząd i mówić głośno, że w Polsce łamane są demokratyczne standardy, a jednocześnie finansować organizacje pozarządowe, zarówno amerykańskie, europejskie, jak i konkretnie polskie, zajmujące się obroną praw obywatelskich, praw człowieka czy praworządności.

Były doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton powiedział ostatnio, że w przypadku reelekcji Trumpa praktycznie pewna jest decyzja o wyjściu USA z NATO. Jak Pan skomentowałby taką opinię, zwłaszcza w kontekście pewnego ocieplenia stosunku Trumpa do NATO w drugiej połowie jego kadencji i deklaracji, że „NATO już nie jest przestarzałe”?

Trudno komentować te słowa, biorąc pod uwagę, kto jest autorem wypowiedzi. John Bolton znajduje się obecnie w negatywnych relacjach z Donaldem Trumpem, zarabiając na książce „The Room Where It Happened”, odsłaniającej kulisy jego pracy w Białym Domu i mocno kompromitującej Trumpa. Jest to więc opinia człowieka, który toczy wojnę z Trumpem.

Co do NATO, to Trump wielokrotnie powtarzał, że jest to sojusz, którego Ameryka nie potrzebuje. Może więc snuć różne plany wobec obecności USA w Sojuszu Północnoatlantyckim, także myśleć o wycofaniu z NATO. Prawdopodobne jest również, że jeśli będzie miał mandat wyborczy, to zatrudni takich dyplomatów i takie kierownictwo Pentagonu, które mogłoby wspierać podobne plany.

Byłaby to tragedia. NATO jest najlepiej funkcjonującym sojuszem obronnym w czasach nowożytnych – może nawet w dziejach świata. Jego funkcjonowanie opiera się bowiem na pełnym demokratycznym parytecie podejmowania decyzji. Opuszczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego przez Stany Zjednoczone byłoby zatem katastrofą dla wszystkich, a szczególnie dla nas, ponieważ wzmocniłoby Władimira Putina.

Kto w przypadku reelekcji Trumpa będzie w Europie taką osobą, która będzie „europejskim ambasadorem” ds. kontaktów z Trumpem, której ten najbardziej ufa? Przez jakiś czas taką osobą wydawał się prezydent Francji Emmanuel Macron, ale jego relacje z Trumpem obecnie bywają zmienne. Z drugiej strony w mediach przewijają się pogłoski, że jedną z głównych przyczyn, dla których europejscy liderzy podjęli decyzję o przedłużeniu kadencji szefowi NATO Jensowi Stoltenbergowi aż do 2022 r., zamiast zwołać wybory nowego sekretarza generalnego, było to, że jak niewielu polityków w Europie potrafi on rozmawiać z Trumpem, „trafić do niego”, przekonać do europejskich racji. Może więc to Norweg będzie taką osobą? 

Z pewnością nie będzie to kanclerz Niemiec, niezależnie od tego, kto obejmie stanowisko po Angeli Merkel. Relacje między Stanami Zjednoczonymi a RFN są bowiem najgorsze od 1945 roku. Nie mam pojęcia, kto może być taką osobą. Na pewno nie będzie nią ani Viktor Orbán, ani osoba odpowiadająca za politykę zagraniczną Polski, czy to minister (spraw zagranicznych – red.) Zbigniew Rau lub prezydencki minister Krzysztof Szczerski, czy premier bądź prezydent, gdyż są to osoby również odstawione obecnie na margines na forum Unii Europejskiej i nie cieszące się specjalnym autorytetem w Brukseli. Boris Johnson jest wprawdzie najżyczliwszym Trumpowi liderem w Europie, ale Wielka Brytania znajduje się już poza Unią Europejską. Trudno więc spekulować, kto mógłby pełnić rolę takiego łącznika, przynajmniej jeśli chodzi o UE.

Powróćmy zatem do tematu wyborów. Joe Biden ma swój żelazny elektorat, na który składają się m.in. Afroamerykanie, zwolennicy działań na rzecz klimatu czy zwolennicy praw kobiet. Z drugiej jednak strony w ostatnim czasie również Trump próbuje walczyć o te grupy, choć wydaje się, że nieskutecznie. Co musiałby zrobić urzędujący prezydent, aby przekonać do siebie elektorat kontrkandydata?

Aby przekonać Afroamerykanów, powinien zaprzestać działań objawiających jego rasistowską postawę. Aby przekonać Latynosów, musi zaprzestać retoryki straszenia nielegalną imigracją. Żeby przekonać kobiety, musiałby przestać wypowiadać się w sposób jawnie dyskryminujący i lekceważący kobiety – przykładem jest niedawna wypowiedź na temat wyglądu Nancy Pelosi. Jeśli zaś chce przekonać do siebie osoby starsze, to powinien przestać zamieszczać na portalach społecznościowych obraźliwych memów, w których szydzi z wieku Bidena, sugerując, że ten powinien trafić do domu starców. Takie memy uderzają nie tylko w kontrkandydata, ale przede wszystkim w samych pensjonariuszy domów spokojnej starości. Krótko mówiąc, aby przekonać do siebie elektorat Bidena, Trump musiałby przestać antagonizowania kolejnych grup obywateli.

Czy Trump ma jeszcze szanse przekonać do siebie niezdecydowane grupy lub grupy skłonne popierać raczej Bidena, ale nie będące częścią żelaznego elektoratu Demokratów?

Przed czterema laty na podobnym etapie kampanii wyborczej niezdecydowani stanowili około 13-15 proc. wyborców. Dziś jest to 2-3 proc. uprawnionych do głosowania. Trump nie ma więc dużej przestrzeni, by sięgać po owych niezdecydowanych.

Problemem Donalda Trumpa są też skromne środki na kampanię w porównaniu z Bidenem. Jeśli więc chodzi o spoty reklamowe i materiały wyborcze, to właśnie kandydat Demokratów znajduje się w ofensywie. Nie bardzo wiadomo więc, co jeszcze Trump mógłby zrobić, aby przekonać do siebie większą liczbę wyborców.

Co więcej, Trump posiada znacznie większy elektorat negatywny niż Biden. Z pewnością jest też część umiarkowanych Republikanów oraz wyborców niezależnych, którzy zagłosują na Bidena z powodu niechęci do Trumpa. Odwrotne zjawisko nie ma jednak miejsca. Trudno sobie wyobrazić, jaka afera musiałaby się wydarzyć jeszcze przed wyborami, aby wpłynąć na sytuację wśród wyborców. Choć z drugiej strony wciąż mamy jeszcze dwa i pół tygodnia do wyborów, więc wciąż może się coś wydarzyć.

Czy jest jakaś recepta, w jaki sposób skutecznie rządzić tak podzielonym i zróżnicowanym pod względem majątkowym krajem? Pandemia COVID-19 sprawiła, że różnice te są widoczne jak chyba nigdy wcześniej.

Przede wszystkim konieczna jest sprawiedliwa progresja podatkowa. Jak widać po reformach podatkowych Donalda Trumpa, polegających na cięciach stawek dla milionerów, nie jest to najlepsza droga. Biedni są jeszcze biedniejsi, bogaci są jeszcze bogatsi. Na przykład Jeff Bezos, który pracuje w dość specyficznej „niszy”, gdyż działalność Amazona z powodu pandemii w oczywisty sposób zyskała wraz ze wzrostem popularności zakupów internetowych, wzbogacił się jeszcze bardziej, a zatrudniani przez Amazon ludzie są w gorszej sytuacji i ekonomicznej, i zdrowotnej odkąd wybuchła pandemia.

Jak dokonać sanacji? Bardzo trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, bo sprawa jest niezwykle skomplikowana. Nie będzie tak, że przyjdzie prezydent Biden i nałoży na najbogatszych podatek w wysokości 50 proc., gdyż jeśli Senat pozostanie w rękach Republikanów, to taką decyzję zablokuje. Nawet jeśli w obu izbach Kongresu przewagę będą mieli Demokraci, to potem zdominowany przez konserwatystów Sąd Najwyższy uzna takie podatki za niezgodne z Konstytucją i niesprawiedliwe. Wyprowadzenie Stanów Zjednoczonych na prostą po pandemii koronawirusa będzie zatem bardzo trudnym zadaniem.

Znamy sondaże, a jakiego wyniku wyborczego spodziewa się Pan?

Moim zdaniem jest 99 proc. prawdopodobieństwa, że Joe Biden dostanie o wiele więcej głosów obywateli amerykańskich niż Donald Trump. Kto zostanie prezydentem – to już zupełnie inne pytanie. Nie jest to tylko kwestia dwuetapowego systemu wyborczego, choć to oczywiście możliwe, by przegrać wybory z powodu wyniku w niektórych stanach, mimo większej ilości głosów w głosowaniu powszechnym.

Chodzi raczej o to, że wyniki w niektórych stanach będą kwestionowane, głównie przez Donalda Trumpa, który od dawna mówi, że niektórzy ludzie głosują „podwójnie” lub że w wyborach biorą także udział nielegalni imigranci. Trump nakręca spiralę dezinformacyjną w tej kwestii. Republikanie jeszcze w czasie nocy wyborczej będą zapewne przypominać te argumenty.

Kolejną kwestią jest litygacja. Sztab prawników Donalda Trumpa będzie pracował nad unieważnieniem części głosów oddanych korespondencyjnie w tych stanach, w których decyzja o uprawnieniu obywateli do głosowania korespondencyjnego podyktowana była sytuacją epidemiczną. Takich pozwów jest już 250. Jeśli zatem w niektórych stanach wynik zostanie unieważniony i głosów elektorskich będzie zbyt mało, to wtedy prezydenta wybierze Izba Reprezentantów.

Czy takie działania ze strony sztabu Republikanów na rzecz unieważnienia wyniku wyborczego w niektórych stanach mają szanse powodzenia?

Oni sami liczą w tej kwestii na sukces. Mają potężnych prawników, a przypomnijmy, Stany Zjednoczone są krajem zbudowanym przez prawników. To pierwszy kraj w historii świata, oparty na umowie społecznej, powstały dzięki temu, że grupa prawników zwyczajnie usiadła do stołu i napisała kontrakt, zwany konstytucją.