„Weto ws. negocjacji akcesyjnych Albanii i Macedonii Północnej nie jest na rękę całej UE” [WYWIAD]

Uczestnicy szczytu UE-Bałkany Zachodnie w Słowenii, źródło: Twitter/Janez Janša (@JJansaSDS)

Uczestnicy szczytu UE-Bałkany Zachodnie w Słowenii, źródło: Twitter/Janez Janša (@JJansaSDS)

Węgrom obecna sytuacja i brak wyraźnych perspektyw na jej zmianę może być na rękę, bowiem swoją negatywną agendę na Bałkanach ten kraj prowadzi długofalowo, zauważa Tomasz Żornaczuk z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

 

Paweł Natorski, EURACTIV.pl: W deklaracji przyjętej po szczycie UE-Bałkany Zachodnie w Brdo państwa Unii doceniły dotychczasowe zaangażowanie państw zachodniobałkańskich w walkę z korupcją i zorganizowaną przestępczością, a także w ochronę demokracji, praw podstawowych, praworządności oraz wspólnych europejskich wartości. Jednocześnie jednak mobilizowały do dalszych działań w tym kierunku. Na ile faktycznie kraje bałkańskie odnotowały postępy w tym zakresie, a ile im jeszcze brakuje do osiągnięcia pełnych standardów unijnych?

Tomasz Żornaczuk, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, analityk ds. Bałkanów Zachodnich i rozszerzenia UE: Europejskie wartości i zasady są rozumiane w ten sposób, w jaki zostały przedstawione w tej deklaracji – walka z korupcją, walka z zorganizowaną przestępczością, praworządność, itp.

Unia promuje je od początku swojego istnienia, są to również podstawy funkcjonowania państwa demokratycznego. Kraje członkowskie zgodziły się z tym podejściem nie tylko wstępując do Wspólnoty, lecz także wcześniej – obierając ścieżkę demokratycznego rozwoju. Z tym promowaniem wiążą się jednak w ostatnim czasie wyzwania, bowiem w międzyczasie z grupy państw w pełni demokratycznych „wypisały się” Węgry, które jako jedyny kraj w UE są od 2019 r. uznawane przez Freedom House jako jedynie częściowa demokracja, taki reżim hybrydowy.

Dokładnie taki sam status w tym zestawieniu ma wszystkie sześć państw Bałkanów Zachodnich, aspirujących do członkostwa w Unii – Czarnogóra, Albania, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Macedonia Północna oraz Kosowo (nie zawsze tak było – Serbia oraz Czarnogóra niedawno były uznawane za pełne demokracje, lecz zaliczyły spadek w rankingu – red.).

Jeżeli popatrzymy, jak wygląda walka z korupcją czy przestępczością zorganizowaną w tych krajach, to dojdziemy do smutnego wniosku, że korupcja jest tam zjawiskiem systemowym – np. w Serbii przeciętny obywatel czy obywatelka nie jest w stanie znaleźć pracy w instytucjach państwowych, gdyż konkursy na stanowiska są zazwyczaj ustawione lub nie ma ich w ogóle.

Wyniki międzynarodowych śledztw dziennikarzy, niedawno opublikowane w ramach tzw. Pandora Papers, również ujawniły to, co często sami zainteresowani nazywali insynuacjami. Chodzi m.in. o sprawę Milo Djukanovicia (ujawniono, że on i jego syn przelewają pieniądze na konta spółek offshore – red.), prezydenta Czarnogóry, a wcześniej wielokrotnego premiera – człowieka który od 30 lat jest z drobnymi wyjątkami na najwyższych stanowiskach w państwie.

Innym przykładem z Bałkanów jest postać Sinišy Malego, od trzech lat ministra finansów, a wcześniej burmistrza Belgradu. W jego przypadku ujawniono posiadanie ponad 20 luksusowych apartamentów na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego, co dotychczas zatajał. Istotną rolę w odkryciu tych spraw odegrała organizacja dziennikarzy śledczych „KRIK” z Belgradu, która wcześniej informowała o powiązaniach niektórych bałkańskich polityków ze światem przestępczym.

Nie przypadkiem więc państwa Bałkanów Zachodnich znajdują się na końcu zestawienia wśród krajów europejskich w Indeksie Percepcji Korupcji. Co więcej, niektóre odnotowują regres w tych i innych rankingach. Np. w rankingu wolnej prasy, która w Serbii w zasadzie nie istnieje. W Czarnogórze czy Macedonii Północnej widzimy pewne jej odradzenie, ale ciągle niemała część dzienników czy stacji telewizyjnych jest blisko związana z partiami politycznymi. Przykładów na korupcje czy skromną wolność mediów jest dużo więcej, a one wszystkie bardzo obrazowo pokazują, gdzie kraje regionu znajdują się w kontekście tych wyzwań.

UE obiecała państwom Bałkanów Zachodnich większą pomoc finansową oraz dodatkowe inwestycje – łącznie na kwotę 30 mld euro w ciągu najbliższych siedmiu lat. Dziewięć miliardów euro z tej kwoty ma być dotacjami. Czy w tym unijnym geście jest drugie dno?

Wsparcie finansowe jest zawsze ważne. Aby rządy nie zagarnęły pieniędzy oferowanych przez UE, mają one iść bezpośrednio na inwestycje. Zresztą to nie jest pierwszy raz, kiedy Wspólnota przekazuje fundusze na Bałkany – Instrument Pomocy Przedakcesyjnej działa od 2007 r., w tej chwili dostępne środki pomocowe dla regionu oscylują wokół 9 mld euro. W ramach niego funkcjonuje specjalny fundusz, z którego można pozyskiwać pieniądze na inwestycje. W tym sensie pomoc pieniężna zaoferowana na szczycie jest kontynuacją działań unijnych.

Można powiedzieć, że Unia chce przekazać pieniądze w taki sposób, aby służyły one rozwojowi zainteresowanych państw w momencie, kiedy ich własne rządy zamiast rozwijać kraj, często rozwijają własne kieszenie poprzez korupcję.

Pieniądze unijne mają pomóc w zatrzymaniu masowej emigracji ludności, nie tylko tej najsłabiej wykształconej, ale też wykwalifikowanych pracowników. Dopływ środków unijnych może spowodować podwyższenie standardów życia w poszczególnych krajach regionu, ale nie zastąpi on w żadnej mierze woli politycznej, która jest absolutnie niezbędna do przeprowadzenia reform ustanawiających sprawiedliwy system sądownictwa, który powstrzyma korupcję i w ten sposób umożliwi rozwój kraju.

Pozostańmy przy temacie rozszerzenia UE i braku woli politycznej do rozpoczęcia rozmów akcesyjnych. Czy niektórym krajom Europy Zachodniej jest „na rękę” bułgarskie weto ws. rozpoczęcia negocjacji z Macedonią Północną? Czy nie jest tak, że jest to dobra wymówka, że skoro Bułgaria blokuje, to krajom Europy Zachodniej niespecjalnie to przeszkadza?

Bułgarskie weto nie jest na rękę nie tylko zachodniej części kontynentu, ale i całej UE, a szczególnie tym państwom, które wspierają rozszerzenie Unii i czerpią korzyści z członkostwa w niej, np. Polsce. Nie jest na rękę to, że poprzez takie działania spada wiarygodność UE, która obiecała techniczny – oparty na zasadzie warunkowości, a nie polityczny proces akcesyjny.

Przypomnijmy, że np. Macedonia Północna musiała zmieniać nazwę państwa w celu przełamania weta, stawianego wtedy przez Grecję. A mówiąc tak bardzo obrazowo – zmiana nazwy państwa nie jest przecież warunkiem koniecznym do przystąpienia do UE. Sprawa się tak potoczyła tylko dlatego, że jedno z państw członkowskich postawiło taki warunek polityczny. Takie rzeczy wpływają na osłabienie pozytywnego wizerunku i moc przyciągania UE. Albania oraz Macedonia Płn. od dawna mają pozytywną rekomendację Komisji Europejskiej co do rozpoczęcia negocjacji akcesyjnych, ale nie przekłada się to na decyzję Rady.

Można domniemywać, że cała sytuacja jest na korzyść Francji. W tym kraju rozszerzenie UE jest tematem zastępczym wobec południowego sąsiedztwa w regionie Morza Śródziemnego. Paryż sam blokował rozpoczęcie negocjacji ze wspominanymi państwami bałkańskimi.

Społeczeństwo w tym państwie nie jest przychylnie nastawione do rozszerzenia. Sam proces dotyczący udzielenia zgody na przystąpienie nowych państw do UE, oparty na przepisach konstytucyjnych, jest również niełatwy, w grę wchodziłoby nawet ogólnokrajowe referendum. Wydaje mi się jednak, że nawet dla Francji bułgarskie weto nie jest korzystnym zjawiskiem. Za tym państwem ciągnie się sytuacja, która wygląda tak: blokowaliśmy negocjacje, a kiedy je wreszcie odblokowaliśmy to nadeszła Bułgaria. Szkodzi to wizerunkowi Paryża.

Nie ma więc żadnego unijnego kraju, o którym można byłoby powiedzieć, że jest zadowolony z obecnej sytuacji?

Być może Bułgaria jest zadowolona, skoro trwa w celowym blokowaniu możliwości integracji europejskiej swojego bliskiego sąsiada i tym samym uniemożliwia mu szybszy rozwój, ale wydaje się, że jest jeszcze jeden kraj, dla którego obecna sytuacja i brak wyraźnych perspektyw na jej zmianę może być na rękę, bowiem swoją negatywną agendę na Bałkanach prowadzi długofalowo.

Są to Węgry. Przykładem negatywnych działań jest postawa węgierskich władz wobec przyjaciela ideologicznego Viktora Orbána, byłego premiera Macedonii Nikoły Gruewskiego, który został prawomocnie skazany przez sąd w Skopje na dwa lata więzienia za nadużywanie władzy. Aktualnie przebywa on właśnie na Węgrzech, gdzie został nielegalnie wywieziony przez węgierskie służby w 2018 r., a następnie uzyskał azyl.

We wtorek (5 października) portal Politico opublikował natomiast artykuł, w którym wykazano to, o czym w Brukseli mówi się od dawna – że unijny komisarz ds. sąsiedztwa i rozszerzenia UE Olivér Várhelyi realizuje w swojej pracy interesy własnego rządu, a nie wspólnotowe.

Komisja powinna wskazywać państwom kandydującym obszary, w których występują duże niedociągnięcia i nakreślać, gdzie niezbędne są reformy. Jednak zapisy w dokumentach, w których jest mowa m.in. o brakach w praworządności, często są bezzasadnie łagodzone lub usuwane z inicjatywy Várhelyiego. Dotyczy to w szczególności Serbii, którą rząd Orbána wprost faworyzuje ze względu na spokrewnienie ideologiczne z prezydentem Aleksandarem Vučiciem.

Komisarz  Várhelyi popierał także pomysł, żeby rozdzielić Albanię i Macedonię Płn. w procesie akcesyjnym. Można się domyślić, że miało to na celu osamotnienie rządu w Skopje, którzy współtworzą socjaldemokraci, czyli przeciwnicy węgierskiego azylanta politycznego – Gruewskiego.

Z punktu widzenia Polski i wszystkich państw, które optują za poszerzaniem obszaru bezpieczeństwa oraz stabilności politycznej i gospodarczej w Europie, pomysły takie jak ten są bardzo destrukcyjne i szkodliwe.

Na ile niedawne spory – między Kosowem a Serbią związany ze sprawą tablic rejestracyjnych, bojkot prezydium w Bośni i Hercegowinie przez partie serbskie w BiH, czy mniejsze konflikty, np. negowanie istnienia języka chorwackiego w serbskich podręcznikach szkolnych – wpływają na proces integracyjny państw Bałkanów Zachodnich a na ile go hamują?

W niektórych przypadkach wpływają bezpośrednio. Część konfliktów występuje nagminnie, szczególnie te dotyczące sytuacji politycznej w Bośni i Hercegowinie – tutaj bojkot prezydium czy blokowanie budżetu są nierzadkim zjawiskiem. One wszystkie mają wpływ na funkcjonowanie tych państw i ich rozwój, a co za tym idzie – na to, jak szybko te państwa są w stanie wdrożyć reformy.

Jeśli chodzi zaś o wspomniany spór serbsko-kosowski, to jest on związany z dwoma zupełnie odmiennymi wizjami Kosowa. Jedna z nich, albańsko-kosowska, zakłada, że jest to kraj niezależny i suwerenny, który ogłosił niepodległość w 2008 r. na mocy prawa narodów do samostanowienia.

Natomiast na podstawie innego prawa wywodzącego się z Karty Narodów Zjednoczonych – prawa do zachowania integralności terytorialnej – Serbia uważa Kosowo za część własnego państwa. Tych wizji nie da się pogodzić i z nich wynikają wszystkie problemy, w tym ten najnowszy, który wybuchł z dużą mocą w drugiej połowie września. Był on kwestią polityczną, tożsamościową, a nie, jak mogłoby się wydawać, techniczną – związana tylko z tablicami rejestracyjnymi.

W kontekście tego sporu warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem, który został nierozwiązany, mimo uregulowania go w 2013 r. w Brukseli. Chodzi o porozumienie dotyczące utworzenia stowarzyszenia, jak jest to postrzegane przez Albańczyków, czy wspólnoty, jak jest to widziane przez Serbów, gmin serbskich w Kosowie.

Minęło osiem lat i nic takiego nie powstało, więc Serbowie – pewnie słusznie – zadają pytanie, czy to porozumienie jeszcze obowiązuje. To pokazuje, że niektóre sukcesy w regulowaniu wzajemnych stosunków pozostają tylko na papierze. Inne zaś często charakteryzują się tymczasowością, tak jak to niedawne porozumienie dotyczące naklejek na samochodach z serbskimi tablicami rejestracyjnymi w Kosowie.

Należy też pamiętać, że podejście UE pierwotnie zakładało, że Serbia spełni wszystkie wymagania akcesyjne i na koniec – przed wejściem do UE – zostanie jej tylko uznać niepodległość Kosowa, co też uczyni.

Podobnie miałyby się zachować inne kraje ONZ, w tym unijne, a Kosowo jako uznany międzynarodowo podmiot także wszedłby na ścieżkę głębszej integracji europejskiej. To podejście się jednak nie sprawdziło. Nie widać szans na rozwiązanie sytuacji i myślę, że realny impas w integracji krajów Bałkanów Zachodnich z UE pozostanie z nami na długie lata.