„Ukraina to kraj, który państwowości musiał uczyć się od zera” [WYWIAD]

Ukraina

Grafika: Kinga Wysocka, EURACTIV.pl via Canva. Fot. Ernests Dinka, Saeima; Flickr, CC BY-SA 2.0 [Saeima]

„Rosyjska agresja była pewnym punktem zwrotnym, jeśli chodzi o poczucie tożsamości Ukraińców. Fakt, że atak nastąpił ze strony sąsiada, wymusił proces szybkiego dojrzewania ukraińskiego patriotyzmu”, mówi Krzysztof Nieczypor z Ośrodka Studiów Wschodnich w naszym specjalnym wywiadzie z okazji 30-lecia niepodległości Ukrainy.

 

Aleksandra Krzysztoszek, EURACTIV.pl: Mer Kijowa Witalij Kliczko mówił ostatnio w jednym z wywiadów, że zazdrości Polsce tego, że tyle osiągnęła pod względem politycznym i gospodarczym. Droga, jaką przeszła Ukraina przez te 30 lat była bardziej wyboista i prowadziła przez choćby pomarańczową rewolucję czy majdan, ale nie udało się zwalczyć wielu problemów, takich jak korupcja czy inflacja. Gdzie popełniono błąd i za co można jednak pochwalić Ukrainę, jeśli chodzi o te 30 lat?

Krzysztof Nieczypor, OSW: Ukraina uzyskała niepodległość w 1991 r, i był to pierwszy raz w historii, kiedy faktycznie doszło do stworzenia pełnoprawnego i uznanego przez społeczność międzynarodową podmiotu politycznego o nazwie Ukraina. Ukraińskim elitom intelektualnym i politycznym ze względu na różne okoliczności historyczne nie udało się aż do końca XX wieku stworzyć państwa ukraińskiego.

Ukraina jest zatem młodym państwem, które uczy się funkcjonować w ramach własnych instytucji państwowych i w środowisku międzynarodowym. Można to nazwać „eksperymentem na żywym organizmie”. Ukraińcy przez setki lat nie mieli osobnego państwa, a więc i pamięci instytucjonalnej, która jest bardzo ważna, gdy mówimy o rozwoju państwa i gospodarki, formowaniu się relacji społecznych w ramach tego państwa, o bezpieczeństwie w środowisku międzynarodowym. Tego wszystkiego Ukraińcy musieli uczyć się sami w ciągu ostatnich trzech dekad.

Jeśli dokonujemy bilansu ukraińskiej niepodległości, musimy mieć na uwadze, że swoją własną i niezależną państwowość Ukraina budowała od zera. Oczywiście, państwo ukraińskie powstało w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego, a zatem posiadało bagaż doświadczeń związanych z przynależnością do ZSRR. Były to jednak raczej negatywne doświadczenia. Jeśli mówimy o standardach demokratycznych, o tym, co definiuje świat zachodni – tego Ukraina musiała uczyć od początku.

Należy jednak przyznać, że przez wiele lat Ukraina rozwijała się w sposób znacznie wolniejszy od swoich sąsiadów. Na początku lat 90. Ukraina posiadała znacznie wyższy PKB niż Polska, bardziej rozwiniętą gospodarkę, znacznie większy potencjał przemysłu, zwłaszcza ciężkiego, a także znacznie większe możliwości tranzytu surowców energetycznych. Ów potencjał był „dobrym startem” dla młodego państwa.

Obecnie jednak Polskę i Ukrainę dzieli ogromna różnica pod względem potencjału gospodarczego. Ukraińcy nie byli w stanie wykorzystać swojego „pakietu początkowego”, który szybko został zawłaszczony przez grupy oligarchiczne. To również kwestia wyboru cywilizacyjnego. Dopiero częściowo w 2004 r., a tak naprawdę w pełni w 2014 r. elity polityczne Ukrainy przyjęły jednoznacznie proeuropejski kurs polityczny i osiągają względy konsensus społeczny w tej sprawie. Wcześniej zaś, z małą przerwą po pomarańczowej rewolucji, Ukraina prowadziła politykę równowagi, utrzymania bilansu pomiędzy Wschodem a Zachodem nie ważąc się na wybranie jednoznacznego kierunku.

Dziś za sojuszem z Rosją w ramach Unii Celnej opowiada się ok. 20 proc. Ukraińców. Ponad 50 proc. widzi w przyszłości Ukrainę w Unii Europejskiej, a około połowy społeczeństwa w NATO. Taki zwrot widzimy jednak dopiero od kilku lat. Wcześniej Ukraina nie potrafiła wykorzystać swojego terytorium i pozycjonowała się na peryferiach – czy to świata zachodniego, czy to Federacji Rosyjskiej.

Wspomina Pan o Euromajdanie jako o takim czynniku, który pobudził proeuropejskie zapędy Ukraińców, a także postawy patriotyczne. Czy można w pewnym sensie powiedzieć przewrotnie, że wojna w Donbasie i aneksja Krymu paradoksalnie wyszły Ukrainie na dobre?

Nie podjąłbym się takiej oceny konfliktu w Donbasie jako czegoś pozytywnego. Do dnia dzisiejszego zginęło w nim 13 tys. osób. Może nie sam konflikt, ale agresja rosyjska była jednak pewnym punktem zwrotnym, jeśli chodzi o poczucie tożsamości wśród Ukraińców. Atak nastąpił bowiem ze strony sąsiada, bliskiego państwa. Fakt ten wymusił proces szybkiego dojrzewania patriotyzmu wśród Ukraińców i potrzebę ich samoidentyfikacji.

Jeszcze do 2014 r. wiele osób uważało się za Ukraińców, ale z silnym poczuciem więzi z Rosjanami. To uległo wyraźnej zmianie po aneksji Krymu i wybuchu wojny w Donbasie. Dziś większość Ukraińców nie utożsamia się już z Federacją Rosyjską. Zaczęli oni doceniać Ukrainę jako niepodległy podmiot o własnej kulturze i historii.

Atak na Ukrainę był z tego punktu widzenia ogromnym błędem Kremla i samego prezydenta Rosji Władimira Putina. Można wprawdzie oceniać, że Putin jest wybitnym taktykiem, zwłaszcza jeśli chodzi o osiąganie celów krótkoterminowych, takich jak aneksja Półwyspu Krymskiego. W wymiarze strategicznym Federacja Rosyjska poniosła jednak olbrzymią klęskę. Konflikt we wschodniej części ukraińskiego państwa będzie w przyszłości opisywany w podręcznikach do historii jako moment, w którym Ukraina mentalnie oderwała się od Rosji.

Putin mówi w swoich przemówieniach o wspólnej spuściźnie historycznej, o więzi która łączy Rosjan i Ukraińców. Myślę jednak, że proces powszechnego budzenia się świadomości narodowej wśród Ukraińców uszedł jego uwadze, co sprawia, że jego przekonania o wspólnocie narodów ukraińskiego i rosyjskiego są dawno nieaktualne.

Wobec obecnego prezydenta, Wołodymyra Zełenskiego, mimo całkowitego braku w jego przypadku politycznego doświadczenia Ukraińcy od początku żywili bardzo wysokie oczekiwania. Jednak od jakiegoś czasu poparcie dla niego wyraźnie spada. Czy można powiedzieć, że ludzie zawiedli się na Zełenskim?

Mam wrażenie, że Zełenski był postacią, która uosabiała i dalej uosabia marzenia Ukraińców związane z szybkim rozwojem społeczno-gospodarczym. Ukraińcy zawarli w osobie polityka-aktora nadzieję na polepszenie swojego losu.

Gdy Zełenski obejmował fotel prezydenta, był pełen determinacji do szybkiej poprawy sytuacji na Ukrainie. Miał nadzieję, że uda się w krótkim czasie rozwiązać wszystkie trapiące Ukrainę problemy. Mówił, że w ciągu roku rozwiąże konflikt na wschodzie Ukrainy, zlikwiduje korupcję, że polepszy się sytuacja gospodarcza, że Ukraina stanie się członkiem NATO. Uważał, że wystarczy mu jedna kadencja do realizacji wszystkich tych postulatów.

Mentalność Wołodymyra Zełenskiego doskonale wpisuje się w oczekiwania Ukraińców, którzy też są niecierpliwi, chcieliby natychmiastowej poprawy sytuacji, nastania dobrobytu, osiągnięcia poziomu gospodarczego na poziomie ich oczekiwań oraz wstąpienia do Unii Europejskich i NATO. Zarówno sam prezydent, jak i Ukraińcy zetknęli się jednak z twardą i trudną rzeczywistością. Sam Zełenski jako osoba bez doświadczenia w polityce, musiał się uczyć wszystkiego na własnych błędach.

Jest on eksperymentem, na jaki sobie pozwolili Ukraińcy, oczekujący szybkiej odmiany swojego losu i rozczarowanych dotychczasowymi elitami. Wszyscy ci, którzy byli już wcześniej, Petro Poroszenko, Julia Tymoszenko, Arsenij Jaceniuk – to była „zdarta płyta”, ograne i dawno niepopularne twarze. Nie doprowadzili oni do zmian, których oczekiwali Ukraińcy. Tę nadzieję na zmianę pokładano właśnie w Zełenskim.

Dziś rzeczywiście w sondażach Zełenski regularnie traci, ale pamiętajmy, że wciąż ma najwyższe poparcie. Gdyby wybory prezydenckie odbyły się w najbliższym czasie, i tak by je wygrał. Spadek notowań to zresztą typowe zjawisko w przypadku ukraińskich prezydentów. Poroszenko, Janukowycz, Juszczenko, a wcześniej też Kuczma po objęciu stanowiska głowy państwa dość szybko tracili poparcie. Niemal zawsze po pół roku prezydentury więcej Ukraińców była niezadowolona z działań prezydenta niż zadowolona. Co jednak ich różni od obecnego lokatora budynku przy ul. Bankowej w Kijowie, to właśnie to, że Zełenski traci, ale wciąż utrzymuje się jako lider popularności wśród ukraińskich polityków.

Jednym z zarzutów wobec Zełenskiego jest to, że wbrew obietnicom nie zakończył dotychczas konfliktu z Rosją. Prezydent odniósł się ostatnio do tych zarzutów w wywiadzie dla stacji telewizyjnej Dom. Powiedział, że on bardzo chciałby zakończyć wojnę w Donbasie, ale dużo zależy od prezydenta Rosji Władimira Putina.

Czy w sytuacji, w której realizacja porozumień mińskich utknęła w martwym punkcie z powodu różnej ich interpretacji przez strony ukraińską i rosyjską, w ogóle możliwy jest krok do przodu w kierunku uregulowania statusu Donbasu i docelowo też zakończenia konfliktu?

Gdy Zełenski ogłosił swój start w wyborach, czyli na przełomie 2018 i 2019 r., podczas pierwszej rozmowy z dziennikarzami powiedział, że wystarczy jedno spotkanie z Władimirem Putinem. Spodziewał się, że w krótkim czasie takie spotkanie uda się zaaranżować, co pozwoli zakończyć konflikt jeszcze w 2019 r. Później realizację tej zapowiedzi przedłużono o  kolejny rok.

Tymczasem wojna dalej trwa, a od momentu, kiedy w lipcu 2020 r. przestało obowiązywać zawieszenie broni, Zełenski chyba rozumie już, jakim człowiekiem jest Władimir Putin i jakie cele realizuje. Zdał sobie sprawę, że Ukrainę i Rosję dzielą cele strategiczne, które nie mogą zostać zrealizowane za pomocą jednego spotkania. To różnice, które wymagają rezygnacji przez jedną ze stron ze swoich celów. Ze strony Rosji celem tym jest polityczne podporządkowanie Ukrainy. Cele Kijowa są zgoła przeciwne. Aby udało się zakończyć wojnę, jedna ze stron musiałaby ustąpić.

Zełenski zdaje się zrozumiał, że na ten moment konflikt jest nierozwiązywalny. Teraz administracja ukraińskiego prezydenta, ale przede wszystkim on sam, w sposób zdecydowanie bardziej wyważony wypowiada się na temat wojny w Donbasie i okupacji Półwyspu Krymskiego. Ukraińcy muszą czekać na taki rozwój wydarzeń, który pozwoli na to, że Federacja Rosyjska zrezygnuje ze swoich celów podporządkowania Ukrainy. Elity polityczne w Kijowie zdają sobie sprawę, że mniej zależy w kwestii Krymu i Donbasu od nich, a więcej od decyzji podejmowanych na Kremlu.

We wspomnianym już wywiadzie dla telewizji Dom Zełenski wyraził też przekonanie, że Krym zawsze będzie ukraiński, a mieszkańcy, którzy uważają, że terytorium to jest rosyjskie, dla dobra własnego i własnych dzieci powinni raczej sami szukać sobie miejsca w Rosji. Słowa te spotkały się z wyjątkowo ostrą krytyką. Czy takie postawienie sprawy dzieli naród?

Jeśli chodzi o mieszkańców Donbasu, którzy identyfikują się jako część „ruskiego miru”, to rzeczywiście mogli oni odebrać te wypowiedzi jako kontrowersyjne, można powiedzieć że nawet obraźliwe. Mam jednak wrażenie, że Zełenski nie powiedział nic, co nie byłoby odzwierciedleniem rzeczywistości.

Trudno oczekiwać bowiem, aby w warunkach trwającego konfliktu ludzie identyfikujący się z Rosją byli lojalnymi obywatelami państwa ukraińskiego. Ani Republika Ługańska, ani Republika Doniecka nie zostały zresztą uznane przez Rosję jako niezależne podmioty. Federacja Rosyjska na arenie międzynarodowej wciąż utrzymuje, że Donbas należy do Ukrainy. Stąd też wymóg lojalności wobec państwa ukraińskiego sformułowany przez jego głowę wydaje się zatem najzupełniej logicznym. Zgodnie z obowiązującymi na całym świecie zasadami Zełenski stwierdził jedynie, że oczekuje, że mieszkańcy de iure ukraińskiego Donbasu, będą lojalnymi mieszkańcami państwa, którego terytorium zamieszkują.

Wypowiedź Zełenskiego była jednak adresowana do osób, które z przyczyny toczącego się konfliktu były zmuszone do opuszczenia swojego miejsca zamieszkania. Ponad 1,5 mln osób wyjechało z Zagłębia Donieckiego po wybuchu konfliktu. To osoby, które obawiały się o własne życie, ponieważ opowiadały się za państwem ukraińskim. Słowa miały więc na celu dodanie im otuchy i zapewnić ich, że on sam jako prezydent kraju nie zapomni o nich i będzie dążył do tego żeby Donbas pozostał częścią Ukrainy, a te osoby mogły bezpiecznie wrócić do miejsca swojego zamieszkania.

Jednym z kluczowych zadań, jakie stoją obecnie przed ukraińskimi władzami, jeśli chodzi o reformę i demokratyzację kraju, jest deoligarchizacja. Czy w kraju, w którym praktycznie wszystkie większe przedsięwzięcia, łącznie z kanałami telewizyjnymi, należą do oligarchów, deoligarchizacja jest praktycznie możliwa?

Jest to zadanie niezwykle trudne, zważywszy, że oligarchowie dzierżą w swoich rękach strategiczne gałęzie gospodarki, przede wszystkim branżę energetyczną, ale również medialną. Pierwszy z tych sektorów decyduje o kondycji gospodarczej państwa, drugi ma zaś istotny wpływ na kształtowanie się poglądów mieszkańców Ukrainy.

Pomysłem, jaki wydaje się realizować Zełenski, jest stworzenie na Ukrainie sytuacji, gdzie kraj ten zamieszkują nie oligarchowie, lecz po prostu bogaci biznesmeni. Taką właśnie zmianę stara się wprowadzić prezydent, w pewien sposób „legalizując” osoby posiadające duże wpływy w kluczowych obszarach ukraińskiej gospodarki.

Za tą nomenklaturową zmianą stoi jednak również cel demonopolizacji ukraińskiej gospodarki. Chodzi o to, aby odebrać oligarchom ich decydujący wpływ w poszczególnych gałęziach gospodarki umożliwiając funkcjonowanie praw rynku i w konsekwencji rozwój państwa. Dziś główną blokadą rozwoju gospodarczego Ukrainy jest właśnie monopolizacja poszczególnych obszarów gospodarki przez poszczególne podmioty, podporządkowane najbogatszym mieszkańcom kraju.

Temat deoligarchizacji obecny był w kampaniach przed praktycznie każdymi wyborami prezydenckimi. Jak dotąd żaden prezydent nie zdołał jednak spełnić swoich obietnic w tym zakresie. Ukraińska korupcja związana z oligarchami prędzej czy później obejmowała swoimi mackami także i polityków, którzy obiecywali zmiany systemu.

Czy Zełenski będzie tym prezydentem, który będzie w stanie dokonać deligarchizacji Ukrainy? Trudno powiedzieć, ale osobiście jestem sceptyczny. Nie wydaje mi się, żeby miał na tyle determinacji w tej kwestii, ale przede wszystkim zaplecza politycznego w instytucjach państwowych. Administracja Zełenskiego wciąż boryka się z niedoborem osób niezależnych, które mogą zajmować wysokie stanowiska państwowe.

Obecny premier Ukrainy Denys Szmyhal jest osobą związaną z Rinatem Achmetowem, najbogatszym Ukraińcem. Podobnie jest z kilkoma innymi osobami obejmującymi prominentne stanowiska, w tym ministerstwo energetyki. Taki stan rzeczy wynika z braku politycznego zaplecza u Zełenskiego, braku współpracowników, którzy mogliby podjąć się pracy na tak wysokich stanowiskach.

Próba stworzenia takiego niezależnego gabinetu została podjęta na samym początku, kiedy został powołany rząd Ołeksija Honczaruka. Była to grupa młodych aktywistów z organizacji pozarządowych.Rząd ten przetrwał jednak zaledwie kilka miesięcy i został rozwiązany właśnie ze względu na brak politycznego doświadczenia u jego członków. Z takim rządem niemożliwe stało się podejmowanie szybkich i skutecznych decyzji, które miały doprowadzić do kluczowych dla Ukrainy reform.

W efekcie Zełenski zmuszony był sięgnąć po kadry związane z ukraińskim biznesem, w którym decydującą rolę grają oligarchowie. Już samo to, że kluczowe stanowiska rządowe zajmują osoby powiązane z oligarchami, daje powody, by wątpić w spełnienie obietnic dotyczących deoligarchizacji.

Kluczowym celem Ukrainy w polityce zagranicznej, o którym Pan już wspomniał, jest z kolei akcesja do NATO. Sojusz wydaje się jednak umyślnie odwlekać tę sprawę. Brakuje zdecydowanych deklaracji ze strony Brukseli, a konkluzje ostatniego szczytu z czerwca też są dość rozmyte. Kijów domaga się przynajmniej przedstawienia Planu Działań na rzecz Członkostwa (Membership Action Plan), ale trudno spodziewać się, by w najbliższym czasie ukraińskim władzom przyznano taką „mapę drogową” ku członkostwu w NATO. Czy Pańskim zdaniem NATO daje Ukrainie złudne nadzieje?

Potencjalne członkostwo Ukrainy w Sojuszu Północnoatlantyckim jest w dużej mierze decyzją polityczną, podejmowaną przez kraje członkowskie NATO. Rzeczywiście wśród ukraińskich elit politycznych, ale również obywateli, daje się zaobserwować rosnące rozczarowanie wywołane brakiem jasnych deklaracji związanych z członkostwem, a także choćby przybliżonej daty przyjęcia Ukrainy do Sojuszu.

Poczucie zawodu w ukraińskim społeczeństwie jest coraz większe. Wydaje się, że także sam Wołodymyr Zełenski przyczynia się do umacniania tego rozczarowania, gdyż sam rozbudza wśród Ukraińców nadzieje związane z wizją członkostwa w NATO. Robi to już przez sam fakt usilnego domagania się tego członkostwa, bez głębszej refleksji, czy jest to cel w ogóle możliwy do zrealizowania. Rozbudzając oczekiwania, Zełenski ryzykuje, że jeśli nie zostaną one spełnione, Ukraińcy będą się czuli oszukani, zmanipulowani obietnicami ze strony Zachodu. A nie zostaną one spełnione właśnie z przyczyn politycznych, mówiąc wprost: braku zgody niektórych państw Sojuszu, obawiających się geopolitycznych konsekwencji tej decyzji.

Rozczarowanie wśród ukraińskiego społeczeństwa rośnie i będzie rosło, bo NATO nie jest gotowe do przyjęcia w swoje szeregi Ukrainy. Część krajów Sojuszu nie postrzega bowiem Ukrainy jako rzeczywistego, niezależnego gracza w środowisku międzynarodowym. Część krajów zachodnich wydaje się traktować Ukrainę jako obszar rosyjskiej strefy wpływów. Zgoda Zachodu na przyjęcie Ukrainy do NATO byłaby zatem naruszeniem tej niepisanej umowy. Jest to oczywiście niesprawiedliwe postawienie sprawy i obraźliwe dla mieszkańców Ukrainy.

Na szczycie w Bukareszcie (w 2008 r. – red.) państwa NATO złożyły Ukrainie obietnicę, że w przyszłości zostanie ona przyjęta do Sojuszu. Od tamtej pory nie poczyniono jednak decydujących kroków w kierunku realizacji tej deklaracji. Ukraińcy słusznie zauważają, że w przypadku takich krajów, jak choćby Czarnogóra i inne kraje bałkańskie, które zostały przyjęte do Sojuszu Północnoatlantyckiego, mimo niespełnienia takich kryteriów jak skuteczny system antykorupcyjny czy nieuwikłanie w konflikty, drzwi do Sojuszu zostały otwarte.

Na Bałkanach również dochodziło do eskalacji konfliktów tlących się tam od czasów wojny w byłej Jugosławii, a mimo to poszczególne państwa bałkańskie przystąpiły do NATO. W Sojuszu są też takie kraje, jak Rumunia czy Bułgaria, które zostały przyjęte mimo poziomu korupcji podobnego lub nawet wyższego w momencie akcesji niż dziś na Ukrainie. Kijów ma więc wrażenie stosowania podwójnych standardów, nie traktowania Ukrainy na równi z innymi państwami.

Taki stan rzeczy świadczy źle nie tyle o samej Ukrainie, ile o kondycji struktur zachodnich, które tracą swoją wiarygodność. Państwa zachodnie zdają się postrzegać politykę jako rozgrywkę między krajami, które mogą więcej od innych. Mamy tu więc do czynienia z przedmiotowym traktowaniem Ukrainy. Ukraińcy to dostrzegają i tendencja ta będzie miała negatywny wpływ na ukraińskie aspiracji w dziedzinie euroatlantyckiej integracji.

W niedzielę Wołodymyr Zełenski spotkał się w Kijowie z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, a już za tydzień odwiedzi w Białym Domu amerykańskiego prezydenta Joego Bidena.

Można jednak odnieść wrażenie, że rządy Niemiec i Stanów Zjednoczonych w ostatnich miesiącach zawiodły Ukrainę, zarówno jeśli chodzi o brak jasnych deklaracji w sprawie przyjęcia do NATO, jak i umowę ws. Nord Stream 2. Czego więc i czy czegokolwiek poza ogólnymi deklaracjami wsparcia należy spodziewać się po spotkaniu Zełenskiego z Bidenem?

Osobiście nie spodziewam się po spotkaniu Zełenskiego z Bidenem żadnych przełomowych decyzji ani umów. Samo spotkanie jest dosyć problematyczne. Zełenski domagał się rozmowy z Bidenem praktycznie od początku tego roku. Dawał przy tym do zrozumienia, że Stany Zjednoczone powinny wziąć większą odpowiedzialność za zakończenie wojny w Donbasie.

Ukraiński prezydent chciał dołączenia USA do formatu normandzkiego lub jakiegoś innego formatu negocjacyjnego, jaki mógłby zostać stworzony dla rozwiązania konfliktu na wschodzie Ukrainy. Miał nadzieję, że Waszyngton bardziej aktywnie włączy się w negocjacje w tej sprawie.

Dało się wyczuć w tych oczekiwaniach pewną nutę roszczeniowości ze strony ukraińskiej głowy państwa. Zełenski powiedział w wywiadzie, że pierwszym pytaniem, jakie na spotkaniu bilateralnym zadałby swojemu amerykańskiego odpowiednikowi, byłoby to pytanie, dlaczego Ukraina nie została jeszcze przyjęta do NATO.

Ta roszczeniowa postawa wobec Stanów Zjednoczonych, zarówno jeśli chodzi o zaangażowanie w negocjacje, jak i ukraińskie członkostwo w NATO, nie została chyba dobrze odebrana w Białym Domu. Joe Biden długo zwlekał najpierw z rozmową telefoniczną z Zełenskim, potem z wyznaczeniem daty spotkania z Zełenskim w Waszyngtonie.

Ostatecznie uzgodniony termin, czyli końcówka sierpnia, również jest pewnym sygnałem wysłanym przez administrację Bidena do władz w Kijowie i Zełenskiego personalnie. To bowiem termin wakacyjny, gdy duża część amerykańskiej elity politycznej, osób, które mogłyby się spotkać z prezydentem Ukrainy, jest nieobecna w Waszyngtonie.

Amerykańska administracja zgodziła się więc spotkać z Zełenskim, ale jednocześnie wysłała Ukrainie wiadomość, że taka postawa prezydenta i jego wypowiedzi, wiążące się z powinnościami USA wobec Kijowa, nie będą akceptowane. Nie bez znaczenia pozostaje też rola, jaką Wołodymyr Zełenski odegrał w wydarzeniach poprzedzających impeachment Donalda Trumpa (Trump prosił Ukrainę o pomoc w znalezieniu dowodów przeciwko Bidenowi w związku z pracą jego syna Huntera dla ukraińskiej spółki energetycznej – red.).

W jaki sposób Ukraina może zaangażować Zachód w kwestię konfliktu w Donbasie? Widzimy już dzisiaj, że format normandzki zawodzi, a Rosja raczej nie zgodzi się na postulat Ukrainy co do rozszerzenia go o Stany Zjednoczone czy Wielką Brytanię. Platforma Krymska to póki co spora niewiadoma. Co więc może zrobić Ukraina, aby ponownie zwrócić uwagę państw UE i NATO na kwestię konfliktu we wschodniej części kraju?

To, co pozostaje Ukrainie i co zresztą robi Kijów, to utrzymywanie sprawy konfliktu w Donbasie oraz aneksji Krymu w agendzie międzynarodowej, czyli tworzenie takich formatów, jak nowa Platforma Krymska i stałe przypominanie społeczności międzynarodowej o kwestiach Donbasu i Krymu. Chodzi o to, by wciąż zwracać na nie uwagę nie tylko europejskich przywódców, ale również samych europejskich społeczeństw.

Sam fakt dołączenia Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych do procesu negocjacyjnego niewiele zmieni. Francja i Niemcy angażują się w format normandzki na tyle, na ile jest to zgodne z ich własną polityką zagraniczną. Trzeba pamiętać, że prezydent Francji Emmanuel Macron jeszcze niedawno postulował stworzenie wspólnego europejskiego obszaru bezpieczeństwa wespół z Federacją Rosyjską, m.in. w celu walki z międzynarodowym terroryzmem. Idea ta rozmija się z ukraińskimi celami, do których należy izolowanie Rosji na arenie międzynarodowej.

Niemcy pozostają z kolei zaangażowane w duże projekty gospodarcze i handlowe z Rosją, takie jak Nord Stream 2, a przedstawiciele niemieckiego biznesu domagają się wręcz zniesienia sankcji gospodarczych i umożliwienia szerszej współpracy z rosyjskimi podmiotami. Interesy te uniemożliwiają wywarcie na Moskwę takiej presji, która zmusiłaby ją do wyjścia z Donbasu i zwrotu Ukrainie Krymu.

Widać zatem, i również Kijów raczej zdaje sobie z tego sprawę, że ewentualne rozwiązanie konfliktu możliwe będzie jedynie w sytuacji zajścia gruntownych zmian w samej Rosji: zmiany być może nie tylko samych władz na Kremlu, ale również zmiany systemu autorytarnego na demokratyczny. Dopiero taka zmiana stworzyłaby nowe możliwości dialogu, który z kolei mógłby doprowadzić do wycofania się Rosji z Donbasu i deokupacji Półwyspu Krymskiego.