Analityk OSW: Rosja raczej nie podejmie działań zbrojnych na Białorusi, ale słaby Łukaszenka jest w interesie Kremla [WYWIAD]

Prezydent Rosji Władimir Putin podczas rozmowy z prezydentem Białorusi Alaksandrem Łukaszenką, fot. kremlin.ru [CC BY 4.0]

Prezydent Rosji Władimir Putin podczas rozmowy z prezydentem Białorusi Alaksandrem Łukaszenką, fot. kremlin.ru [CC BY 4.0]

„Na Białorusi obserwujemy obecnie dwa światy: prorządowy i opozycyjny. Żaden z nich nie uzyskuje zdecydowanej przewagi i kontroli nad rozwojem wydarzeń. Sytuacja ta jest bardzo korzystna dla władz. Wiadomo bowiem, że każda rewolucja, która przeciąga się w czasie, traci impet”, mówi w rozmowie z EURACTIV.pl Kamil Kłysiński, analityk z Ośrodka Studiów Wschodnich.

 

Aleksandra Krzysztoszek, EURACTIV.pl: Sytuacja na Białorusi od wyborów prezydenckich z 9 sierpnia wciąż dynamicznie się zmienia. Co się może wydarzyć w najbliższych dniach?

Kamil Kłysiński, Ośrodek Studiów Wschodnich: Obecnie obserwujemy swoistą próbę sił między władzą i opozycją. Możemy już mówić o kryzysie wywołanym konfliktem między obiema tymi stronami.

Strona opozycyjna kontynuuje protesty w stolicy i wielu innych miastach kraju. Głównymi ośrodkami demonstracji są aktualnie Mińsk i Grodno, w przypadku którego władze poszły nawet na pewne ustępstwa, transmitując protesty w państwowej telewizji. Jest to ciekawe zjawisko, nie świadczące jednak o przełomie w stosunkach między władzą a demonstrantami.

Dynamika protestów spada. Ludzie są już zmęczeni, wielu z nich musi przecież chodzić do pracy. Warto również zauważyć, że manifestacje mają dość specyficzną formę. To “rewolucja” z przerwami na sen i posiłki, z wielką dbałością o porządek. Demonstracje są pokojowe, ich uczestnicy unikają siłowych, radykalnych działań. Nie próbują atakować budynków rządowych, usiłując wyzwolić więźniów. Unikają wszelkiej przemocy.

Władze od kilku dni podejmują jednak kontrofensywę, próbując odzyskać kontrolę nad mediami państwowymi, które częściowo również przyłączyły się do strajków, a także nad państwowymi zakładami przemysłowymi, gdzie zastrasza się strajkujących bądź przygotowujących się do strajku robotników.

Działania te okazują się w dużym stopniu skuteczne, gdyż jak dotąd w żadnym zakładzie nie doszło do strajku generalnego i zatrzymania produkcji. Funkcjonują również, choć w okrojonej formie, państwowe media, wsparte prawdopodobnie przez dziennikarzy z Rosji, wynajętych na kontrakty w celu zastąpienia tych redaktorów, którzy odeszli. W ten sposób wypełnia się powstałą lukę.

Obserwujemy zatem obecnie dwa światy: prorządowy i opozycyjny. Żaden z tych światów nie uzyskuje zdecydowanej przewagi i kontroli nad rozwojem wydarzeń. Sytuacja ta jest bardzo korzystna dla władz. Wiadomo bowiem, że każda rewolucja, która przeciąga się w czasie, traci impet. Protestujący nie składają jednak broni, zapowiadają kolejne demonstracje, w tym ogromną manifestację dorównującą liczebnością tej z poprzedniej niedzieli w Mińsku.

Czy możliwy jest scenariusz, w którym oddziały KGB i OMON masowo przejdą na stronę protestujących? Czy raczej pozostaną lojalne wobec władz?

Raczej pozostaną one wierne władzy. Jak dotąd miało miejsce jedynie kilkanaście przypadków odejścia ze służby przez milicjantów, ale byli to zwykli milicjanci, głównie dzielnicowi lub młodsi oficerowie. Najważniejsze dla utrzymania porządku służby, w tym OMON, wojska wewnętrzne czy KGB, wydają się w pełni lojalne i nie widać wśród nich żadnych przejawów oporu.

Część funkcjonariuszy może, rzecz jasna, być przerażona skalą przemocy stosowanej przez siły porządkowe tuż po wyborach, ale nie widzą sensu w przechodzeniu na stronę demonstrantów.

Nie wiedzą nawet, z kim mieliby rozmawiać i kim są ci demonstranci. Jaką polityczną siłę stanowią. Wśród protestujących brakuje jednego, silnego politycznego przywództwa, które dałoby perspektywę tym ludziom, którzy tak wiele przecież ryzykowali, przyłączając się do protestów.

Ponadto służby boją się odpowiedzialności za popełnione czyny. Widząc powszechny gniew wśród społeczeństwa, czują, że pozostanie przy Łukaszence jest dla nich i ich rodzin gwarancją bezpieczeństwa.

Czy lojalność zachowają także białoruscy dyplomaci? W ostatnich dniach rezygnację z funkcji złożył ambasador Białorusi w Bratysławie Ihar Laszczenia, który wcześniej otwarcie poparł protestujących.

Podobne przypadki są nieliczne. Nie obserwujemy rozpadu białoruskiego aparatu dyplomatycznego. Łukaszenka, odnawiając po wyborach skład rządu, nie dokonał zmian wśród ministrów. Nie wymienił także szefa resortu dyplomacji Uładzimira Makieja. Prezydent zdaje sobie sprawę, jak ważna w obecnej sytuacji jest spójność aparatu dyplomatycznego.

Jestem przekonany, że wielu spośród białoruskich dyplomatów jest niezadowolonych z tego, co dzieje się w ostatnich dwóch tygodniach. Przede wszystkim mam tutaj na myśli dyplomatów odpowiadających za dialog z Zachodem, obecnie już tylko fikcyjny.

Większość nie odważyła się jednak na odejście ze służby. Z pewnością rozważają oni wszystkie potencjalne możliwości, ale nie widzą po stronie demonstrujących wystarczającej siły, która mogłaby im zagwarantować ochronę przed konsekwencjami zmiany frontu, a może i kontynuowania kariery.

Najwięcej jak dotąd zaryzykował Pawieł Łatuszka, ambasador Białorusi we Francji i Hiszpanii, a wcześniej także w Polsce, były minister kultury, zwolniony niedawno ze stanowiska dyrektora Narodowego Teatru Akademickiego im. Janki Kupały (najstarszego teatru państwowego na Białorusi – red.).

W sposób jednoznaczny poparł on protesty, a nawet dołączył do Rady Koordynacyjnej, mającej zarządzać działaniami opozycji. Już teraz spotykają go za to represje: jego dom w ostatnim czasie został oblany czerwoną farbą, a on sam otrzymuje telefony z pogróżkami.

Myślę, że podobne sytuacje skutecznie zniechęcają dyplomatów, którzy chcieliby przejść na stronę opozycji.

Okoliczności wyjazdu Swiatłany Cichanouskiej na Litwę do tej pory owiane są tajemnicą. Minister spraw zagranicznych Litwy Linas Linkievičius poinformował, że przed przekroczeniem granicy była ona przetrzymywana przez białoruskie służby. Niewiele wiadomo również o okolicznościach nagrania, co do którego podejrzewa się, że powstało w budynku Centralnej Komisji Wyborczej pod presją KGB. Co Pan sądzi o tych wydarzeniach?

Obecnie mamy już nie tyle podejrzenia, ile wręcz pewność, że Cichanouska była zmuszona przez KGB do wyjazdu z Białorusi. Operacja wywozu opozycjonistki została przeprowadzona od początku do końca pod ścisłą kontrolą KGB. Możliwe nawet, że to samochód należący do służb odwiózł Cichanouską na granicę z Litwą.

Swiatłana Cichanouska została złamana. Poddano ją presji, szantażując ją, że jeszcze długo nie zobaczy swoich przebywających na Litwie dzieci. Decyzja o wyjeździe jest zrozumiała: każda matka myśli przede wszystkim o swoich dzieciach.

Poza tym służby mogły zagrozić Cichanouskiej ostrzejszym traktowaniem w więzieniu jej męża, gdyby nie zgodziła się na ich żądania. Władze liczyły, że zmuszając ją do wyjazdu dzień po wyborach, w obliczu pełnych brutalności wydarzeń na ulicach białoruskich miast i masowego sprzeciwu obywateli, zniechęcą część zwolenników opozycyjnej kandydatki.

Oczekiwania te nie spełniły się, gdyż protesty mają głębszą istotę, a Cichanouska jest tylko jego symbolem.

Jak odniósłby się Pan do ostatnich zarzutów o próbę ingerencji w sprawy Białorusi kierowanych przez prezydenta pod adresem Polski i Litwy oraz Sojuszu Północnoatlantyckiego? Czy działania te – również przerzut wojsk białoruskich na zachodnią granicę – mogą być inspirowane przez Rosję?

Z jednej strony oddaje to trudny stan psychiczny Łukaszenki, który jest zaskoczony rozwojem wydarzeń. Nie spodziewał się bowiem takiej skali demonstracji. Jest jednocześnie bardzo zdeterminowany, wręcz ogarnięty obsesją utrzymania władzy. By analizować postępowanie Łukaszenki, konieczne jest zrozumienie psychiki dyktatora, który czuje się zagrożony.

Białoruski prezydent będzie, rzecz jasna, bronił się do końca, prowadząc jednocześnie świadomą grę propagandową – w dodatku przy rosyjskim wsparciu, co widzimy już wyraźnie. Propaganda ta polega na obarczeniu Zachodu odpowiedzialnością za wydarzenia na Białorusi, oskarżenie o ingerencję w wewnętrzne sprawy Białorusi, podżeganie do demonstracji, jak również groźby militarne.

W tym aspekcie zarzuty kierowane są przede wszystkim pod adresem Polski i Litwy, jako dwóch najaktywniejszych politycznych sąsiadów Białorusi, należących zarówno do Unii Europejskiej, jak i do NATO. Łotwa pozostaje na drugim planie, jako kraj prowadzący dotychczas łagodniejszą politykę wobec Mińska.

Łukaszenka posługuje się również stereotypami historycznymi, sugerując, że Polska i Litwa chcą odbudować swoje wpływy na Białorusi poprzez ingerencję w sprawy tego państwa.

Jest to gra propagandowa, mająca w zamyśle wywołać strach u mniej świadomych politycznie Białorusinów, których jest sporo i u których Łukaszenka ma na ogół wysokie poparcie. Celem jest stworzenie wrażenia oblężonej twierdzy, której białoruski prezydent musi bronić. W tych działaniach popiera go Rosja, gdyż z oczywistych względów jest to w jej interesach.

Jakie może być stanowisko Rosji w kwestii sytuacji na Białorusi i co Moskwa będzie chciała zyskać na konflikcie między białoruskimi władzami a społeczeństwem?

Rosja ma wielki interes w utrzymaniu dominacji na Białorusi, a nawet jej poszerzeniu. Kreml rozpatruje Białoruś jako strefę swoich wyłącznych wpływów, co wynika z rosyjskiej koncepcji polityki zagranicznej – utrzymywaniu wpływów w najbliższym sąsiedztwie.

Przejawem owej polityki jest koncepcja państwa związkowego Rosji i Białorusi, a także jej członkostwo w Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) czy Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Rosja nie wyobraża sobie, by Białoruś mogła dystansować się od Moskwy i odchodzić w kierunku Zachodu. Rosyjskie władze życzą sobie, by Białoruś pozostawała krajem ściśle współpracującym z Rosją i godzącym się na ściślejszą integrację obu państw.

Łukaszenka jak dotąd opierał się przed taką integracją, czyniąc rosyjskie działania w tym kierunku bezskutecznymi. Rosja niejednokrotnie usiłowała skłonić zachodniego sąsiada do zmiany stanowiska, stosując presję energetyczną, na przykład poprzez zablokowanie dostaw ropy naftowej, co można było zaobserwować na początku tego roku.

Rosyjskie władze mają nadzieję, że wybory z 9 sierpnia zmiękczą opór Białorusi. Moskwa już wcześniej liczyła, że po wyborach będą miały miejsce masowe represje przeciwko licznym fałszerstwom oraz że Alaksandr Łukaszenka zastosuje brutalne represje wobec przeciwników demonstracji.

To, co się stało, zaskoczyło jednak wszystkich. Zarówno skala protestów, jak też działania władz, mają charakter bezprecedensowy. Rosja musi więc zadać sobie pytanie, jak długo popierać Łukaszenkę i w jaki sposób to zrobić, by nie stracić wpływów na Białorusi w przypadku zmiany władzy.

Na chwilę obecną władze na Kremlu stawiają jednak na scenariusz utrzymania władzy przez Łukaszenkę. Władimir Putin otwarcie solidaryzuje się z białoruskim prezydentem, udzielając mu politycznego i dyplomatycznego wsparcia. Mińsk i Moskwa zachowują wspólną linię polityczną.

Jest to linia antyzachodnia, a celem polityki pozostaje obrona Białorusi przed wpływami Zachodu. Wsparcie militarne na razie prawdopodobnie nie jest rozważane – to raczej retoryka Łukaszenki, obliczona na zastraszenie białoruskiego społeczeństwa.

Czyli nie było rozmów między Putinem a Łukaszenką o możliwości rosyjskiej interwencji zbrojnej na Białorusi?

Konsultacje w tej kwestii oczywiście mogły i wciąż mogą mieć miejsce. Obaj przywódcy od kilku dni pozostają w kontakcie telefonicznym i niewykluczone, że temat ewentualnej interwencji wojskowej został poruszony.

Nie jest to jednak zbyt prawdopodobny scenariusz. Rosja zdaje sobie sprawę, że podjęcie działań zbrojnych wiązałoby się z ogromnym ryzykiem, a także możliwością kompromitacji na obszarze poradzieckim. Wydaje się, że Moskwa wyciągnęła wnioski z doświadczeń ukraińskich i obecnie zachowuje większą ostrożność w działaniach militarnych.

Interwencja zbrojna na Białorusi jest zatem raczej ostatecznym scenariuszem. Na razie do utrzymania wpływów w tym kraju wystarczy Rosji wsparcie polityczne i dyplomatyczne. Takie podejście ma swój cel. Możemy się zatem spodziewać trudnych negocjacji rosyjsko-białoruskich dotyczących dalszej integracji, jakie będą miały miejsce być może już jesienią tego roku.

Jak ocenia Pan reakcję społeczności międzynarodowej zwłaszcza Unii Europejskiej i NATO, a także deklarację wystosowaną przez przywódców Polski i państw bałtyckich? Czy jest to adekwatna odpowiedź na działania białoruskich władz?

Wydaje mi się, że reakcja społeczności międzynarodowej na obecnym etapie jest wystarczająca. W środę (19 sierpnia – red.) Unia Europejska zapowiedziała sankcje wizowe, co jest niezbędną odpowiedzią na brutalne działania władz wobec obywateli.

Działania te wymagają potępienia i odpowiedniej kary. Zapowiedź wprowadzenia sankcji jest zatem słusznym krokiem. Pojawiła się również zapowiedź wsparcia społeczeństwa obywatelskiego, jak również ostrzeżenia w stronę Kremla, by władze rosyjskie nie ingerowały w wewnętrzne sprawy Białorusi, także za pomocą środków militarnych. To odpowiedź stosowna do okoliczności.