„Latający człowiek” tym razem pokonał kanał La Manche

Franky Zapata, fot. Cedric Duretz [Flickr]

Franky Zapata, fot. Cedric Duretz [Flickr]

Francuski konstruktor Franky Zapata na „latającej desce” przeleciał 36 kilometrów i pokonał kanał La Manche.

 

Wiedziałem, że tym razem się uda, że nie wyląduję w wodzie. Kiedy zobaczyłem klify, już wiedziałem, że się uda. Przestałem się spieszyć, chciałem mieć z tego frajdę – mówił dziennikarzom uśmiechnięty Franky Zapata, kiedy wylądował po brytyjskiej stronie kanału La Manche.

„Stwierdziliśmy, że to szaleństwo”

– Z góry jest przepiękny widok, nie czuje się prędkości, kilometry przelatują jeden za drugim. W trakcie lotu myślałem sobie o rodzinie, o kumplach – opowiadał.

Wszystko trwało nieco ponad 20 minut. Pochodzący z Marsylii Francuz wystartował w niedzielę rano z francuskiego Sangatte niedaleko Calais. W połowie lotu zgodnie z planem zatrzymał się na specjalnej platformie, żeby zatankować, po czym natychmiast wyruszył dalej i po kolejnych dziesięciu minutach wylądował po brytyjskiej stronie, w Dover.

– Czy to historyczne dokonanie? Nie wiem, nie mnie o tym decydować. Najważniejsze jest wyzwanie, jakiemu udało się nam sprostać – mnie i mojej ekipie, której bardzo dziękuję, bo to była naprawdę masa roboty – mówił. – Pracowaliśmy po 16 godzin dziennie, w pewnym momencie stwierdziliśmy, że to, co robimy, jest naprawdę szalone – opowiadał.

Już w sobotę w trakcie konferencji prasowej Zapata przyznał, że wierzy, że tym razem mu się uda. – Nauczyliśmy się na błędach, dopracowaliśmy szczegóły, które za pierwszym razem sprawiły nam problem. Teraz mamy znacznie większe szanse – przekonywał. Zaznaczył jednak, że jest w nieco gorszej formie fizycznej niż za pierwszym razem i boi się „drobnych awarii”, które mogą spowolnić lot.

Teraz chciałby „posurfować w chmurach”

Pierwszy raz Zapata spróbował przelecieć nad La Manche 25 lipca. Wtedy się nie udało, po kilkunastu kilometrach spadł do morza po nieudanej próbie zatankowania – nie trafił w przeznaczoną do tego platformę. Nic mu się nie stało i od razu zapowiedział, że spróbuje jeszcze raz.

Flyboard napędzany jest przez pięć gazowych turbin, można nim lecieć na wysokości 15-20 metrów, osiągając prędkość do 190 km na godzinę. 40-letni Francuz od dawna powtarzał, że niebo nie jest niedostępne dla człowieka, że „na flyboardzie jesteś jak ptak”.

Pierwszą wersję flyboarda skonstruował trzy lata temu. – Straciłem przy tym dwa palce wciągnięte przez turbiny, a cała maszyna roztrzaskała się o ścianę mojego warsztatu – wspomina cytowany przez „Guardiana”. – Później niełatwo było przekonać moją żonę, żeby pozwoliła mi znowu się tym zająć – tłumaczy. – Jednak kiedy zobaczyłem, jak to lata, wiedziałem, że tym właśnie chcę się zajmować w życiu, muszę doprowadzić to do końca.

Po udanym przelocie pytany o plany stwierdził, że na razie musi odpocząć, ale kiedyś chciałby  „posurfować w chmurach”.