Rewolucja moralna w Rumunii

Protesty w Rumunii // Źródło: Adevarul.ro

W Rumunii od tygodnia trwają wielotysięczne protesty. Ludzie na początku protestowali przeciwko złagodzeniu prawa karnego częściowo dekryminalizującego korupcję. Politycy, wystraszeni 300-tysięcznym tłumem na ulicach Bukaresztu, wycofali się z planów. Ludzie jednak wrócili na ulice uznając, że zmiana decyzji rządu to tylko propagandowa zagrywka. “Tak naprawdę istnieje w Rumunii ponadpartyjne porozumienie we wspieraniu korupcji” — tłumaczy politolog Octavian Milewski w rozmowie o trwającym w Rumunii zwrocie demokratycznym i o sytuacji politycznej w kraju.

 

EurActiv.pl: Tysiące Rumunów protestuje na ulicach już od tygodnia. Na początku demonstrowali przeciw rządowemu dekretowi dekryminalizującemu konflikty interesu, zaniedbania służbowe, nadużycia władzy i korupcję. Rząd z dekretu wycofał się w niedzielę, mimo to protesty trwają. Czy obserwujemy właśnie drugą rewolucję demokratyczną w Rumunii?

Octavian Milewski: Tak, z pewnością. To rewolucja demokratyczna i obywatelska. W Rumunii po 1989 r. taka masowa mobilizacja obywatelska jest rzeczą bezprecedensową. To świadectwo tego, jak bardzo zmieniło się rumuńskie społeczeństwo i jak europejskie się stało. To ruch protestu, który zmobilizował wszystkie części społeczeństwa. Przenika granice partyjne, regionalne, etniczne, wiekowe, religijne i ekonomiczne. Jest to też jednocześnie protest pokojowy, wyzwalający w protestujących to, co w nich najlepsze, najbardziej barwne i kreatywne.

Do chwili obecnej nie było żadnej organizacji, która byłaby w stanie zmobilizować takie liczby Rumunów przy takiej intensywności protestu. To świadczy o osiągniętej przez rumuńskie społeczeństwo obywatelskiej dojrzałości. Dla kraju, który dotychczas był postrzegany jako zapóźniony w kwestiach obywatelskich, to faktycznie jest moralna rewolucja.

Kontrowersyjne propozycje rządowe uwzględniały też uwolnienie 2,5 tys. więźniów z krótkimi wyrokami. Amnestia objęłaby m.in. partyjnych oligarchów i przestępców, spośród których najważniejszy jest Liviu Dragnea, de facto rządzący krajem. Nie mógł zostać premierem po grudniowych wyborach ze względu na 2-letni wyrok w zawieszeniu z kwietnia 2016 r. Jak taki zamach na praworządność, nawet jeśli niedoprowadzony do końca, jest w ogóle możliwy w demokratycznym państwie, które  od 10 lat jest członkiem Unii Europejskiej?

Wszystko zaczęło się w 1989-90 r., kiedy Rumunia została przejęta przez byłych komunistów i aparatczyków z Securitate [służby bezpieczeństwa]. Kluczowe pozycje w państwie są do dziś zdominowane przez takie osoby. Stabilna modernizacja i europeizacja zmniejszyły moc tej oligarchii. Walka z korupcją weszła na nowy poziom jakości w ostatnich latach dzięki, m.in., członkostwu w UE, NATO i strategicznemu partnerstwu z USA. Jeżeli chodzi o odrzucenie wartości demokratycznych, to do pewnego stopnia byliśmy świadkami podobnego zjawiska na Węgrzech, ale tam, niestety, ta oligarchia była bardziej skuteczna.

Największa partia w Rumunii — Partia Socjaldemokratyczna, czyli PSD — ma w swoich szeregach najwięcej polityków zasłaniających się immunitetem parlamentarnym. Ale należy przy tym podkreślić, że PSD nie jest w tym osamotniona. Tak naprawdę istnieje ponadpartyjne porozumienie we wspieraniu korupcji. Partie polityczne stały się najmniej godnymi zaufania aktorami na scenie politycznej kraju.

Niesławny już dekret uwzględniał dekryminalizację korupcji poniżej progu 200 tys. lei (ok. 200 tys. zł, 45 tys. euro) – dlaczego właśnie 200 tys.?

Próg ten nie został wybrany przypadkowo. Bardzo ważni politycy i urzędnicy byli skazani za przestępstwa właśnie poniżej tej kwoty. Wśród nich jest wspomniany już przywódca PSD Liviu Dragnea, a także inni prominentni politycy. Jeżeli dekret wejdzie w życie, ten przepis zdekryminalizuje właśnie te sprawy, które w ciągu ostatnich 4-5 lat wyróżniły Rumunię na tle UE w kwestii walki z korupcją.

Premier Sorin Grindeanu odwołał dekret w niedzielę. To musi być ogromne rozczarowanie dla Liviu Dragnei, który najprawdopodobniej zasadzał się na przejęcie stanowiska premiera.

Premier Grindeanu to marionetka. Urzęduje od paru tygodni, ale jego decyzje wymagają zatwierdzenia ze strony Dragenei.

Niedzielne deklaracje mogą być jednak fałszywe. Rząd też może odraczać wycofywanie dekretów. Spodziewane jest, że politycy mogą zdecydować się na odwołanie dekretów i dymisję ministra sprawiedliwości. Konieczna też będzie debata w parlamencie, by nadać sprawie legitymizacji, której zabrakło wcześniej.

Sytuacja się jednak komplikuje, jako że protestujący stawiają nowe żądania. Teraz chcą rezygnacji całego rządu i przyspieszonych wyborów.

Prezydent Rumunii Klaus Iohannis oraz rzecznik praw obywatelskich Victor Ciorbea zaskarżyli nowe prawo przed trybunałem konstytucyjnym. Skrytykowała je także wpływowa Cerkiew. Scena polityczna wydaje się więc radykalnie podzielona.

Powinniśmy rozróżnić te trzy strony. Iohannis był po stronie protestujących i działań antykorupcyjnych od samego początku. To on wręcz rozpoczął kampanię zmierzającą do zakazu przyjmowania dekretów bez wcześniejszej debaty i wykorzystał okazję już przy pierwszym spotkaniu rządu, by przedyskutować oba dekrety. Rozpoczął też dyskusję na temat przeprowadzenia referendum ws. zmian w kodeksie karnym wprowadzanym przez te dekrety, co natychmiast podchwyciła ulica. Następnie postawił sprawę przed Trybunałem, w czym wsparł go prokurator krajowy, który sam zaskarżył dekrety na gruncie proceduralnym.

Jeżeli chodzi o rzecznika, to jego biuro wahało się co najmniej przez cztery dni protestów. W tym czasie protestujący nie mieli wielkich nadziei co do Ciorbei. Wydaje się jednak, że zdrowy rozsądek i rozumienie prawa przezwyciężyły jego wątpliwości. Wbił kolejny gwóźdź do rządowej trumny.

Poparcie Cerkwi Prawosławnej dla protestujących jest nie tylko nieoczekiwane, ale także wbrew jej wcześniejszemu wspieraniu struktur państwowych i otrzymywaniu od nich wsparcia. Jesteśmy więc świadkami kolejnego symbolicznego przełomu: Rumuńska Cerkiew Prawosławna zajęła proobywatelskie stanowisko wbrew aroganckiemu państwu.

Jaka jest faktyczna siła Cerkwi w Rumunii?

Rumuńska Cerkiew Prawosławna jest jedną z instytucji, której ludzie najbardziej ufają, obok armii. Cerkwi ufa co najmniej dwie trzecie Rumunów. Jej przyłączenie się do protestów może być największą niespodzianką w obecnej sytuacji. Wydaje się, że nawet konserwatywna Cerkiew jest w stanie dokonywać rewolucyjnych przełomów.

Paradoksalnie, Cerkiew sama mierzy się z poważną sprawą korupcyjną, dotyczącą jednego z jej głównych arcybiskupów z Konstancy.

A czy podziały na górze odzwierciedlają polaryzację społeczeństwa?

Mają wręcz przeciwny efekt. Te podziały doprowadziły do tego, że rumuńskie społeczeństwo jest obecnie najmniej spolaryzowane od czasu obalenia komunizmu.

Obecny rząd złamał umowę społeczną z obywatelami mniej niż tydzień po rozpoczęciu protestów. Stracił legitymizację zdobytą po tym, jak w wyborach PSD zdobyło 49 proc. głosów. Normalnie PSD i koalicyjny ALDE [Sojusz Liberałów i Demokratów] miałyby dowolnie wiele czasu na implementację swojego programu politycznego, który zdobył im takie poparcie. W obecnej sytuacji ciężko przewidywać, jak zareaguje takie zranione zwierzę. Ale bazując na nastrojach w Rumunii, ciężko sobie wyobrazić kogoś, kto miałby impertynencję, aby rzucać wyzwanie mocy milionów zaktywizowanych obywateli.

Równolegle do sprawy wytoczonej przez prezydenta, toczy się sprawa wytoczona przez prokuratora krajowego. Tymczasem rząd krytykuje nadmierne kompetencje prokuratury, twierdząc, że kraj stał się „republiką prokuratorów”. Czy może to być początek szerszego ataku na sądownictwo, którego byliśmy świadkami także w kilku innych państwach Zachodu?

To właśnie ma miejsce. Rządząca koalicja nie kryje swojego podziwu dla modeli miękkiego autorytaryzmu, które wprowadzono w ostatnich latach na Węgrzech czy w Polsce. Niezawisłe sądownictwo jest dla nich anatemą, więc usiłują je kontrolować i manipulować. Przewodniczący Senatu Călin Popescu-Tăriceanu, druga osoba w hierarchii rumuńskiego państwa, wyraził w sobotę swój podziw dla modelu niezawisłego sądownictwa stworzonego przez polskie Prawo i Sprawiedliwość. Należy zauważyć, że Popescu-Tăriceanu także jest na liście osób, którym grozi więzienie za sprawy korupcyjne. Jego wybór jest racjonalny i opiera się na ocenie, że „wszystko jest lepsze niż więzienie za korupcję”.

Jego zachowanie może być ekstrapolowane na wielu z tych, którzy sprzeciwiają się głosowi ulicy, ale nie tylko jemu. W 2016 r. szefowa Narodowej Dyrekcji Antykorupcyjnej (DNA) Laura Codruța Kövesi została uznana przez międzynarodowe media za najbardziej wpływową osobę w Rumunii. To ona i dziesiątki prokuratorów zadały bardzo dotkliwe ciosy skorumpowanym. Przez ostatnie dwa lata ona wraz z DNA byli celami ataków, mających na celu zdyskredytowanie tej instytucji. DNA im się oparło i teraz odgrywa centralną rolę w protestach.

Demokracja jest dzisiaj atakowana w wielu częściach świata. Ludzie wybierają przywódców wzywających do wprowadzania „nieliberalnej demokracji”. Dlaczego to właśnie Rumunom udało się oprzeć niedemokratycznym impulsom? Dlaczego w Rumunii nikt nie wzywa do Romexitu czy do zbliżenia z Rosją, jak na prawie całej reszcie zachodniego świata?

Obecnie Rumunia skupia się na jednej rzeczy: walce z korupcją. To korupcja postrzegana jest jako zguba całego narodu, która powstrzymała udany rozwój Rumunii po 2007 r. Korupcja w różnej formie utrzymuje kraj w tyle UE. Mimo to, Rumuni wiedzą, że Rumunia nigdy nie była tak bezpieczna i zamożna jak dziś. To wszystko dzięki Unii Europejskiej i NATO, współpracy z USA – dzięki zachodnim wartościom.

Nowym projektem narodowym powoli stawało się stworzenie wydajnego państwa na wzór zachodni. Rumuni chcą być „Wschodem Zachodu”. Jak długo pomysły nieliberalnej demokracji kojarzą się z „wschodnością” i „sułtanistycznymi” reżimami, jak w np. Rosji, Rumuni z pewnością się im sprzeciwią.

Główną cechą demokracji nieliberalnej jest wypaczenie legalistyczno-biurokratycznych procesów rządów. To właśnie temu sprzeciwiają się teraz Rumuni. Nieliberalna agenda w Rumunii nie ma szans na sukces. Jedyna partia, która przyznawała się do niej otwarcie w kampanii wyborczej, otrzymała ok. 2,5 proc. głosów.

Nie oznacza to, że różnym frakcjom w partiach rządzących te pomysły się nie podobają. Ale byłoby samobójstwem politycznym sprzymierzać się z Orbánem czy Putinem. Taka jest rzeczywistość.

Jak udowodnili protestujący, partie polityczne są jakieś dwie dekady do tyłu za społeczeństwem, jednak nawet te gniazda korupcji i manipulacji nie śmiałyby otwarcie sprzeciwiać się osiągnięciom ostatnich 10-15 lat.

„Jesteśmy zdeterminowani, by wykorzystać naszą władzę, którą otrzymaliśmy od obywateli w sposób zgodny z prawem i konstytucją” – powiedział Liviu Dragnea. Tak bronił swoich dekretów. Używanie demokratycznych instytucji do wprowadzania niedemokratycznego prawa wydaje się być coraz powszechniejszym trendem w Europie…

Ośmielam się optymistycznie stwierdzić, że Rumunia jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ostatecznie jest to sprawa tożsamości. Wycofywanie się demokracji jest możliwe tylko jeżeli obywatele na to pozwolą. Aktywne media i społeczeństwo obywatelskie są w stanie zdziałać cuda. Rumunia się sprzeciwiła właśnie dzięki nim, ale także dzięki dekadom rozwoju społecznego, którego niewielu dostrzegało. Czego Dragnea nie chce zrozumieć to to, że dwie dekady demokratyzacji Rumunii przyniosły efekty. Można wygrać wybory z absolutną większością, ale można też całkowicie stracić legitymizację w dwa miesiące. W Rumunii stało się to nawet szybciej. Może to jest lekcja, którą Rumunia może zaoferować reszcie UE.

Dekrety zostały skrytykowane przez Fransa Timmermansa z Komisji Europejskiej, a także dyplomatów z USA, Francji, Niemiec, Kanady i Holandii. Jak postrzegane są te zachowania – czy wpływają na polityków rumuńskich czy też są odbierane jako zewnętrzne ataki na rumuńską suwerenność?

Nie jest sekretem fakt, że sukcesy w walce z korupcją Rumunia osiągnęła także dzięki zewnętrznym źródłom. Państwa unijne ogromnie się temu przysłużyły, pilnując jakości walki z korupcją i utrzymywania praworządności. Mechanizm Współpracy i Weryfikacji (MCV) był najbardziej skutecznym poakcesyjnym narzędziem weryfikującym i konsolidującym proces europeizacji Rumunii. W równej mierze kluczową rolę odgrywała ambasada Stanów Zjednoczonych. W kryzysach, jak np. w 2012 r., była de facto mechanizmem blokującym zsuwanie się Rumunii w stronę demokracji nieliberalnej. Każda z tych ambasad zasługuje więc na nieformalny status „zewnętrznego czempiona” walczącego z pogarszaniem się prawa Rumunii.

Walka z korupcją w Rumunii ma przed sobą jeszcze długą drogę. Jednak jej dotychczasowe sukcesy są również zasługą międzynarodowych partnerów, którzy mieli odwagę stawiać warunki, by osiągnąć zamierzone rezultaty. Rumunia jest przykładem, że takie zewnętrzne naciski mogą działać, jeżeli są wywierane w sposób spójny i zorganizowany.

 

Rozmawiała Karolina Zbytniewska.

 

Octavian Milewski jest rumuńsko-polskim politologiem, specjalizującym się w obszarze Europy Środkowo-Wschodniej. Jest także korespondentem RFI Romania w Polsce.