Jeden z lepszych widoków na andaluzyjską Granadę (ok. 240 tys. mieszkańców) rozciąga się wieczorami z bocznej drogi łączącej ją z mniejszą miejscowością Churriana de la Vega. Na tle ośnieżonych szczytów Sierra Nevada zachodzące słońce „rozpala” płomieniem mury górującej nad miastem Alhambry (ta nazwa po arabsku znaczy „czerwona”). Arabska twierdza, ostatni punkt oporu na rządzonym niegdyś niemal w całości przez muzułmanów Półwyspie Iberyjskim, poddała się oblegającym ją Hiszpanom w 1492 r. Kilka lat później wyznawcom islamu nakazano przejść na chrześcijaństwo lub na zawsze opuścić kraj.

Dziś niemal taki sam widok jak przed wiekami podziwia mieszkający w Churrianie Ali Dinar. Urodził się w Casablance, do Granady przyjechał studiować farmację, ale porzucił biały kitel na rzecz kimona: ma czarny pas w brazylijskim jiu jitsu i prowadzi szkołę sportów walki uważaną za jedną z najlepszych w kraju. Mimo iż jest żarliwym muzułmaninem (podczas miesiąca postu, ramadanu, trenuje ze współwyznawcami w środku nocy, bo w dzień, gdy nie można nic jeść ani pić, zabrakłoby im sił), przyjmuje do szkoły wszystkich, bez względu na wyznanie czy status społeczny. Wśród jego uczniów znaleźli się m.in. policjanci z wydziału antynarkotykowego, synowie amerykańskiego pastora zielonoświątkowców, geje i lesbijki.

– Każdy ma prawo żyć, jak chce – mówi „Wyborczej” Ali Dinar. – Mieszkam w tym kraju kilkanaście lat i zaledwie parę razy słyszałem przykre komentarze na temat mego pochodzenia. Rodzinę w Maroku już tylko odwiedzam, to w Granadzie czuję się u siebie.

W przyszłym roku Ali bierze ślub z rodowitą andaluzyjką.

W Hiszpanii nie ma etnicznych gett

W Hiszpanii mieszka dziś blisko 1,9 mln muzułmanów, to około 3 proc. całej populacji (niemal połowa urodziła się już tutaj). Dominują właśnie Marokańczycy – jest ich 750 tys., czyli aż dziesięciokrotnie więcej niż drugich na liście Pakistańczyków. To zarazem druga – po Rumunach – najliczniejsza mniejszość narodowa na Półwyspie Iberyjskim.

Najwięcej wyznawców islamu mieszka w Katalonii i Andaluzji, ale nigdzie w kraju nie ma owianych złą sławą etnicznych gett znanych z Francji czy Belgii.

Choć w badaniu opinii publicznej przeprowadzonym w 2012 r. przez Obra Social La Caixa (największa fundacja charytatywna w Hiszpanii) niemal co czwarty respondent odpowiedział, że czuje „podejrzliwość” wobec muzułmanów, to, paradoksalnie, niedawny kryzys ekonomiczny nie doprowadził do wzrostu ksenofobii. I żadne ze skrajnie prawicowych ugrupowań nie potrafiło go wykorzystać do zbudowania popularności, tak jak uczyniły to populistyczne partie w innych częściach Europy.

W corocznych sondażach przeprowadzanych na zlecenie trzech ministerstw (pracy, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych) ok. 80 proc. muzułmanów deklaruje, że zaadaptowali się do życia w Hiszpanii i że dobrze czują się w tym kraju. Prawie połowa pracuje fizycznie, w co trzeciej imigranckiej rodzinie rozmawia się w domu po hiszpańsku lub po katalońsku.

To pokłosie polityki otwartych drzwi. W latach 2002-14 w granicach Hiszpanii osiedliło się aż 7,3 mln przybyszów (głównie z Europy i Ameryki Łacińskiej), czyli najwięcej na świecie po Stanach Zjednoczonych, do których w tym samym czasie zjechało ich 13,5 mln.

Ogromny boom budowlany z początków poprzedniej dekady tak napędził całą gospodarkę, że Madryt przeprowadzał abolicje wizowe dla setek tysięcy nielegalnych imigrantów oraz – jako jedyne państwo w Europie – zapewniał darmowy dostęp do edukacji i służby zdrowia nawet tym, którym nie udało się zalegalizować papierów.

Ale ostatecznie Hiszpania znalazła się w gronie europejskich krajów najciężej dotkniętych międzynarodowym kryzysem gospodarczym. Wydatki socjalne radykalnie ścięto, a nisko wykwalifikowani pracownicy budownictwa i usług – tak chętnie tu dotąd sprowadzani – zostali w nowej sytuacji na lodzie.

W 2014 r. bez pracy był co czwarty Hiszpan i co drugi mieszkający tu Marokańczyk.

Dzieciaki śladem narkoprzemytnika „Dzieciaka”

„Dzieciak” (w Polsce wyświetlany pod tytułem „9 mil”) to hiszpański hit kinowy z 2014 r. Tytułowy bohater to młody chłopak z okolic Taryfy, który z żądzy zysku zaczyna przemycać narkotyki z Maroka do ojczyzny na superszybkich motorówkach. Dwa tygodnie przed premierą filmu na własnej łódce został zastrzelony Mohamed Taieb Ahmed – prawdziwy „Dzieciak”, którego życie było luźną inspiracją dla autorów scenariusza.

Ten swego czasu najskuteczniejszy przemytnik w zachodniej części Morza Śródziemnego był zatrzymywany kilkadziesiąt razy (w tym za dźgnięcie nożem hiszpańskiego policjanta oraz za wdanie się w strzelaninę z bawiącym się na dyskotece ochroniarzem króla Maroka), ale zawsze triumfalnie powracał do miejsca urodzenia: El Principe, dzielnicy Ceuty, powszechnie uważanej za najbardziej niebezpieczną w Hiszpanii (dodatkowo rozsławił ją bijący rekordy oglądalności telewizyjny serial kryminalny o tym samym tytule, którego finał wyemitowano w zeszłym roku).

Ceuta i Melilla to dwie zdominowane przez muzułmanów hiszpańskie enklawy na północnym wybrzeżu Maroka. To stąd pochodzi większość hiszpańskich dżihadystów, których, zdaniem ekspertów, pchnęły w ramiona radykałów warunki ekonomiczne. Obydwa miasta ciągną się w ogonie hiszpańskich statystyk: najwyższe bezrobocie, najwyższy dług publiczny, najwięcej przedwcześnie przerywających naukę, najkrótsza oczekiwana długość życia itd. Trzy lata temu w najbiedniejszych kwartałach Melilli w proteście przeciw fatalnym warunkom życia wybuchły zamieszki (na ulicach wyrosły barykady z płonących koszy na śmieci, policję obrzucano koktajlami Mołotowa).

W El Principe bez pracy pozostaje aż 70 proc. mieszkańców dzielnicy, a młodzież podąża śladami swego idola „Dzieciaka” (miał w zwyczaju rozdawać tam przyjaciołom nowe volkswageny) i chętnie bierze udział w przemycie narkotyków.

To tych młodych, źle wykształconych i już skonfliktowanych z prawem chłopców najłatwiej rekrutować wysłannikom al-Kaidy oraz Państwa Islamskiego. Wśród osób aresztowanych w ciągu ostatnich pięciu lat w Hiszpanii pod zarzutem powiązań z islamskimi organizacjami terrorystycznymi najwięcej było mieszkańców Ceuty i Melilli.

Katalonia – żyzny grunt dla dżihadystów

Ale centrum działań dżihadystów przenosi się teraz z enklaw w Afryce Północnej do Katalonii. To tu wychowali się sprawcy niedawnych zamachów w Barcelonie i Cambrils. I to w tym regionie istnieje aż trzy czwarte wszystkich krajowych meczetów prowadzonych przez salafitów – radykałów finansowanych przez państwa Zatoki Perskiej w zamian za promowanie dominującej tam ortodoksyjnej wersji islamu. Ze swoim przekazem docierają do drugiej generacji muzułmanów urodzonych już na Półwyspie Iberyjskim, wchodzących w dorosłość w trakcie kryzysu ekonomicznego i – w przeciwieństwie do swoich rodziców – nie porównujących własnej sytuacji z tą w kraju pochodzenia, tylko hiszpańskich rówieśników o lepszym statusie ekonomicznym.

W ciągu ostatnich pięciu lat policja zatrzymała w Katalonii 77 osób oskarżonych o związki z dżihadystami. Jej uwadze uszli jednak autorzy zeszłotygodniowych zamachów w Barcelonie i Cambrils (w których zginęło 13 osób, a 130 zostało rannych), ponieważ żyli w pirenejskim miasteczku Ripoll oddalonym od znanych służbom ośrodków werbunkowych prowadzonych przez radykałów. Niewykluczone więc, że w tym regionie może istnieć więcej uśpionych, niewzbudzających podejrzeń komórek.

W ostatnich dniach organizacje zrzeszające hiszpańskich muzułmanów wydały oświadczenia potępiające zamachy, zorganizowały modlitwy za ofiary i wezwały wiernych do udziału w manifestacjach przeciwko przemocy (jedna z nich odbyła się w poniedziałkowe popołudnie na barcelońskim Plaça de Catalunya, gdzie 17 sierpnia kierowca białej furgonetki Younes Abouyaaqoub rozpoczął swoją śmiertelną szarżę). Ale na ścianach meczetów w Granadzie, Sewilli i Tarragonie pojawiły się obraźliwe dla wyznawców islamu hasła. Słynną hiszpańską tolerancję czekają więc teraz ciężkie tygodnie próby.

Artykuł publikowany w ramach współpracy medialnej Gazety Wyborczej z EURACTIV.pl
Źródło: Gazeta Wyborcza