Demokracja deliberatywna: Bardziej produktywna metoda “depolaryzacji” kontrowersyjnych kwestii? [WYWIAD]

obywatele, Bruksela, CoFoE, parlament, demokracja deliberatywna, populizm-parlament europejski, komisja, rada, pluralizm, media,

Wciąż możemy pokazać, że unijne instytucje słuchają obywateli, twierdzi Jonathan Moskovic, doradca przewodniczącej francuskojęzycznego parlamentu w Brukseli Magali Plovie. / Foto via unsplash [M ACCELERATOR @m_accelerator]

Kiedy usłyszałem, że w UE rozpoczęto program oparty na demokracji deliberatywnej, byłem podekscytowany i optymistycznie nastawiony do tego pomysłu, Jednak odniosłem wrażenie, że Konferencja ws. przyszłości Europy przypomina raczej inicjatywę PR-ową, mówi Jonathan Moskovic.

 

Wciąż nie jest za późno, by przekonać obywateli, że instytucje rzeczywiście interesuje ich zdanie, twierdzi w rozmowie z EURACTIV Jonathan Moskovic, doradca ds. innowacji demokratycznych przewodniczącej francuskojęzycznego parlamentu w Brukseli Magali Plovie.

 

Od kilku tygodni EURACTIV.pl opisuje wydarzenia związane z Konferencją w sprawie przyszłości Europy. Nasze teksty można odnaleźć w specjalnie dedykowanej sekcji „Przyszłość UE”.

 

Eleonora Vasquez, EURACTIV.com: Czym jest demokracja deliberatywna i dlaczego jest to innowacyjny koncept?

Jonathan Moskovic: Mogę to wyjaśnić na przykładzie mojego doświadczenia z Dublina, gdzie w 2012 r. obserwowałem irlandzkie Zgromadzenie Obywatelskie. Irlandia przeżywała kryzys finansowy, ale też polityczny z powodu braku konsensusu między partiami politycznymi, co do polaryzujących społeczeństwo kwestii, takich jak małżeństwa osób tej samej płci czy aborcja.

Kraj stał w miejscu przez polityczny impas, więc postanowiono losowo wybrać 66 obywateli i wyznaczyć 33 polityków, którzy mieli przedyskutować te dzielące ludzi kwestie i na podstawie dyskusji opracować stosowne rekomendacje. Grupa polityków i obywateli pracowała nad nimi przez półtora roku, spotykając się na jeden weekend w miesiącu.

Co ciekawe, kiedy ja obserwowałem proces deliberacji na temat małżeństw osób tej samej płci, w którym Irlandczycy słuchali siebie nawzajem i debatowali z politykami, w ten sam weekend w Paryżu miały miejsce brutalne protesty przeciwko małżeństwom osób tej samej płci.

Dlaczego uważa Pan ten zbieg okoliczności za ciekawy?

Można by pomyśleć, że Irlandia jest mniej postępowym krajem niż Francja. Pod tym względem tak nie było. Odkryłem wtedy, że demokracja deliberatywna jest bardziej produktywną metodą “depolaryzacji” kontrowersyjnych kwestii.

Demokracja deliberatywna jest sposobem na powrót do podstawowych zasad demokracji, według których wolni i równi obywatele i ich przedstawiciele wspólnie podejmują decyzje akceptowalne dla wszystkich. Partie polityczne rywalizują ze sobą, ale ich rywalizacja nie przybliża do znalezienia właściwych rozwiązań trapiących ludzi problemów; obywatele mogą działać znacznie lepiej. 

Innym przykładem skutecznego działania demokracji deliberatywnej jest pewne wydarzenie w Belgii, które miało miejsce 10 lat temu. Przez 541 dni kraj funkcjonował bez rządu, dzięki czemu powstała seria inicjatyw obywatelskich, taki jak na przykład oddolne zorganizowane G1000.

Wybraliśmy losowo tysiąc obywateli z zastosowaniem prób warstwowych (płeć, wiek, położenie geograficzne i inne kryteria) i zebraliśmy ich, aby dyskutowali ze sobą. Debatowali na trzy różne tematy, które zaproponowano wcześniej za pośrednictwem platformy internetowej. Kolejnych 32 obywateli pracowało nad rozwinięciem tych propozycji. Niestety żadna instytucja państwowa nie podjęła wtedy w odpowiedzi jakichkolwiek kroków.

Zostań jednym z Młodych Liderów Europy! Redakcja EURACTIV.pl ogłasza nabór do projektu Young European Leaders for the Future of Europe

Czy parlament Brukseli prowadzi obecnie eksperymenty z demokracją deliberatywną?

Jesteśmy pierwszym parlamentem na świecie, który zmienił swój regulamin wewnętrzny, aby zinstytucjonalizować komisje mieszane złożone z losowo wybranych obywateli oraz posłów. Kiedy obywatele chcą przedyskutować jakiś konkretny temat, wysyłają do parlamentu petycję podpisaną przez co najmniej 1 tys. osób. Następnie konferencja przewodniczących decyduje o powołaniu komisji mieszanej.

Aby wybrać uczestniczących w komisjach obywateli, wysyłamy 10 tys. listów do mieszkańców Brukseli, którzy ukończyli 16 lat. Nasz wybór uwzględnia, oczywiście, kryteria warstwowe, aby zapewnić zróżnicowaną reprezentację, swoisty obraz Brukseli.

Następnie przeprowadzamy trzy etapy dyskusji. W pierwszym etapie, informacyjnym, eksperci przedstawiają temat wszystkim uczestnikom – zarówno obywatelom, jak i deputowanym. W drugim etapie deliberacji obywatele i posłowie dyskutują w wydzielonych grupach z pomocą moderatorów. W trakcie ostatniego etapu dokonują ostatecznego sformułowania rekomendacji i głosowania.

Na wszystkich etapach posłowie i obywatele debatują jako równi sobie. 9 miesięcy po zakończeniu trzeciego etapu odbywa się wspólne spotkanie deputowanych, obywateli i przedstawicieli rządu, na którym dyskutuje się na temat realizacji zaleceń.

Politycy muszą wyjaśnić w przypadku każdej rekomendacji, co zrobili, co planują zrobić lub dlaczego nie przewidzieli pewnych form realizacji rekomendacji.

Opisana struktura G1000 i obrad w parlamencie Brukseli jest bardzo podobna do struktury CoFoE.

Tak, ale są także pewne istotne różnice. Politycznym przesłaniem G1000 było to, że obywatele w ramach deliberacji mogą ostatecznie osiągnąć porozumienie znacznie łatwiej niż partie polityczne w parlamencie. Nie spodziewaliśmy się, że unijne instytucje pójdą za tym przykładem.

Jeśli instytucje UE mają nadzieję zachować swoją wiarygodność, to CoFoE musi zadbać, by każde zalecenie, opracowane na podstawie wyników dyskusji, doczekało się z ich strony jakiejś odpowiedzi. Mam wrażenie, że nadal nie ma konkretnego pomysłu na to, w jaki sposób zalecenia będą realizowane.

Ponadto, platforma online jest rdzeniem projektu CoFoE. Jest to problem, ponieważ platformy online powinny wspierać konferencje odbywające się na żywo, a nie na odwrót.

Dlaczego?

Wiemy, że obywatele, którzy uczestniczą w debatach internetowych, już interesują się polityką. Demokracja deliberatywna ma na celu zaangażowanie tych ludzi, którzy czują się pozostawieni sami sobie i są wrogo nastawieni do polityki. Bardziej interesujące mogłoby być wykorzystanie platformy online do dyskusji na temat agendy czterech obszarów paneli tematycznych.

Na przykład, platforma G1000 nie zbierała opinii, ale wspierała proces dyskusyjny poprzez ustalanie porządku obrad. Podobnie jest z brukselską platformą “democratie. Brussels”, poprzez którą obywatele mogą składać petycje. Kwestie, jakie poruszają owe petycje, mogą potem trafić do porządku obrad komitetu deliberacyjnego.

Belgijska prowincja eksperymentuje z demokracją. Czy wynajdzie antidotum na populizm?

W Belgii znaleziono rozwiązanie, które ocali demokrację?

Komitet Regionów nakreślił szeroki zakres tematów, które zostały włączone do paneli tematycznych. Panele tematyczne odzwierciedlają obszary omawiane na platformie internetowej.

Zamiast tego trzeba było zapytać opinię publiczną: “O czym chcielibyście dyskutować?”. Przy tak szerokim zakresie tematycznym istnieje ryzyko, że zalecenia będą bardzo powierzchowne. Gdyby platforma została wykorzystana do zaprojektowania agendy paneli, prawdopodobnie nie doszłoby do takiej sytuacji.

Zaleca więc Pan, aby nie wybierać tematów zbyt szerokich ani zbyt szczegółowych.

Tak. Ta równowaga musi być ustalona wspólnie z obywatelami. Nie konsultując się z nimi w sprawie porządku obrad, CoFoE ryzykuje również pominięcie ważnych spraw, które naprawdę dotyczą “zwykłych ludzi”.

Wróćmy do pierwszej różnicy, na którą zwrócił Pan uwagę. Co ma Pan na myśli, mówiąc o “odpowiedziach”?

Kiedy usłyszałem, że na poziomie UE rozpoczęto program oparty na demokracji deliberatywnej, muszę przyznać, że byłem podekscytowany i optymistycznie nastawiony do tego pomysłu.

Jednak po zagłębieniu się w szczegóły projektu odniosłem wrażenie, że CoFoE przypomina raczej inicjatywę PR-ową, która ma pokazać, że UE słucha swoich obywateli, niż promować autentyczne procesy deliberatywne.

Kiedy przyjrzymy się, jak przygotowano CoFoE, więcej energii zainwestowano w spór, kto ma zostać przewodniczącym CoFoE, niż w najważniejsze zadanie: zaprojektowanie procesu zgodnie ze standardami dobrych praktyk OECD w zakresie partycypacji obywatelskiej.

Aby lepiej wyjaśnić, o czym mówię, wrócę do kwestii odpowiedzi ze strony instytucji. Unijne instytucje nadal nie uściśliły, jak mają zamiar realizować zalecenia, powstałe w ramach CoFoE. Ogólnie rzecz biorąc, ma być tak, że eurodeputowani omówią je z delegatami, a przewodniczący Komisji, Rady i Parlamentu dokonają ich oceny.

To nie wystarczy, aby można było mówić o prawdziwej demokracji deliberatywnej. Przed rozpoczęciem debat należy określić standardy dotyczące tego, co stanie się z wnioskami, wysuniętymi z konsultacji.

Nie możemy prosić obywateli, aby spędzali wolne weekendy na obradach, jeśli ich propozycje zostaną zlekceważone lub pominięte z przyczyn strategicznych. Ryzykujemy niepowodzeniem programu i jeszcze większym niż dotychczas wyobcowaniem jego uczestników. Badania w tej dziedzinie pokazują, że jeśli nie ma pomysłu na ich realizację, lepiej nie korzystać z tego rodzaju narzędzi.

Co zrobiliście w parlamencie Brukseli, aby uniknąć braku odpowiedzi ze strony instytucji?

Postanowiliśmy być całkowicie transparentni wobec obywateli, dajemy im wszystkie dostępne nam informacje i nie mówimy im, o czym mogą rozmawiać, a jakich kwestii mają nie poruszać, bo byłoby to sprzeczne z ideą demokracji deliberatywnej.

We wstępie do każdej rekomendacji określamy, jaki szczebel rządu jest uprawniony do jej realizacji. Jeśli zalecenia obywateli dotyczą szczebla federalnego Belgii, to ten ostatni powinien podjąć działania w ich zakresie.

Czy podobną metodę można zastosować w UE?

Oczywiście. Jeśli UE nie ma kompetencji, by zająć się danym zaleceniem, do akcji muszą wkroczyć państwa członkowskie.

Co z relacjami między uczestnikami a politykami? Czy można mówić o dobrej współpracy?

Ideą demokracji deliberatywnej jest odbudowa zaufania między obywatelami a systemem politycznym. Jak wskazuje sporządzony raport ewaluacyjny, dzięki temu, że za sprawą naszych komitetów deliberacyjnych brukselscy posłowie stali się bardziej dostępni dla obywateli, 85 proc. obywateli, którzy brali udział w dyskusjach, czuje się “bliżej” posłów. Ale jeśli system zostanie zbudowany na podstawie przeciwstawiania sobie obywateli i posłów, tego typu działania nie przyczynią się do odbudowania zaufania społecznego.

Podjęliśmy dwa ważne kroki, aby uniknąć napięć między posłami a obywatelami: po pierwsze postanowiliśmy przeszkolić posłów w kwestii konstruktywnego uczestnictwa w obradach, a po drugie zastosowaliśmy proporcję 1 posła na 3 obywateli, aby ograniczyć możliwość zdominowania debaty przez deputowanych.

Obawiam się, że na sesji plenarnej CoFoE obywatele będą zupełnie niewidoczni, ponieważ będą mieli mniejszy udział niż europosłowie w procesie opracowywania zaleceń. Niebezpieczeństwo wynikające z braku współkonstruowania wyników przez posłów i obywateli polega na tym, że parlamentarzyści, którzy nie uczestniczyli w panelach, będą postrzegać wyniki debat jako bezprawne i podważające ich autorytet.

Należy też zdecydowanie unikać podejścia, że “nie możemy nic z tym zrobić, ponieważ podjęcie decyzji należy do państw członkowskich”. Nie powinniśmy pozwolić, aby traktat lizboński stał się tak wąski, żeby obywatele zaczęli czuć, że zabrakło dla nich w nim miejsca.

Jest to typowa odpowiedź ze strony Komisji.  

Tak. Mam wrażenie, że eksperyment z demokracją deliberatywną zakończy się wybraniem przez instytucje jednego, dwóch lub trzech głównych zaleceń, które będą zbieżne z ich własną wizją, tylko po to, żeby pokazać, że Unia słucha obywateli.

To nie jest sposób, w jaki powinniśmy pojmować partycypację obywateli w procesach politycznych. W przeciwnym razie UE zinstrumentalizuje demokrację deliberatywną. Nie chodzi tu o rzucenie obywatelom kości. Chodzi o realną zmianę systemową.

A więc nie tylko posłowie PE, ale także wiceprzewodnicząca Komisji, pani Dubravka Šuica, która śledzi przebieg konferencji, powinna uczestniczyć i dyskutować z obywatelami podczas każdej sesji, aby czuli się równi?

Jest to doskonała propozycja, za którą dziesięć lat temu opowiedziała się Irlandia, włączając członków egzekutywy do konwentu konstytucyjnego.

Uważam jednak, że lepiej jest opowiedzieć się za współpracą między obywatelami a parlamentarzystami, jak to robimy w Brukseli, a następnie zaprosić władzę wykonawczą do zajęcia stanowiska zarówno w ostatnim dniu panelu, jak i podczas podsumowania całej akcji.

Jeśli chodzi o spotkania podsumowujące, to trzeba zorganizować dzień, w trakcie którego wszyscy uczestnicy CoFoE będą mogli dokonać ewaluacji stopnia rzeczywistego wdrożenia zaleceń.

Jednym z problemów, z jakimi boryka się CoFoE, jest słabe nagłośnienie medialne wydarzenia. Dlaczego tak mało mówi się o tym wydarzeniu?

Dla mediów bardziej interesujące jest mówienie o konfrontacjach między politykami lub spolaryzowanych debatach niż o współpracy w celu znalezienia rozwiązania problemów. Kontrowersje są zazwyczaj bardziej atrakcyjne z punktu widzenia mediów.

Jak już wspomniałem, kiedy byłem w Irlandii, media poświęcały akurat wiele uwagi kwestii małżeństw homoseksualnych i debatom na temat aborcji. Mówiono wtedy jednak głównie o referendum, które miało pokazać społeczne podziały, a nie współpracę na rzecz rozwiązania tych kwestii.

Jeśli chodzi o słabe nagłośnienie, to nie jest to raczej wina CoFoE. Główny problem polega na tym, że demokracja deliberatywna podważa obecną rolę mediów w naszym społeczeństwie.

Jakieś sugestie dla unijnych instytucji w związku z CoFoE?

W tych niepewnych czasach, gdy zmagamy się z kryzysem klimatycznym i pandemią COVID-19, można by sądzić, że w obliczu poważnych problemów partycypacja obywatelska może mieć jedynie charakter pomocniczy lub kosmetyczny. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie.

Bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy zaangażowania obywateli w tworzeniu długoterminowej wizji społeczeństwa. Konferencja w sprawie przyszłości Europy może przejść do historii i stać się pierwszą na świecie platformą, która zaangażuje obywateli do ambitnego działania, z uwzględnieniem sprawiedliwości społecznej.

Ale może też pozostać w pamięci jako konferencja, gdzie zignorowano opracowane zalecenia i zmarnowano inicjatywę, w której obywatele pokładali nadzieję i której poświęcili czas.

Uczyńmy Konferencję o przyszłości Europy zbyt wielką, aby ją zlekceważono

Europejczycy muszą być bardziej skuteczni w domaganiu się lepszej Unii Europejskiej.