„El Pais”

Rząd hiszpański i kataloński pospieszyły się z ogłoszeniem zwycięstwa po wczorajszym haniebnym dniu. Katalończycy zostali zmuszeni przeżywać go z winy ksenofobicznej buty premiera Carlesa Puigdemonta stowarzyszonej z siłami antysystemowymi oraz wskutek całkowitej nieudolności premiera Mariano Rajoya, który nie potrafił zaradzić kryzysowi. (…)

To była klęska naszego kraju, jego interesów i praw, Katalończyków i wszystkich pozostałych, klęska naszej demokracji i zasad współżycia, które sami sobie zafundowaliśmy 40 lat temu.

Nie jesteśmy symetrystami we wskazywaniu winnych tego monumentalnego zniszczenia demokracji, której odbudowanie zajmie nam lata. To premier Puigdemont i szefowa parlamentu Carme Forcadell uruchomili proces, który musiał doprowadzić do zderzenia między sobą Katalończyków oraz zderzenia Katalonii z resztą Hiszpanii. Zachowali się nie jak przywódcy wszystkich obywateli, lecz przywódcy stronnictwa, bezwstydnie okazując swoje sekciarstwo. Pogwałcili konstytucję, statut Katalonii, ducha i literę prawa karnego.

Ale nawet ich jawnie przestępcze i zuchwałe postępowanie nie może usprawiedliwić bierności i ignorancji premiera Mariano Rajoya, politycznej niemoty, jego tchórzliwego chowania się za aparatem administracyjnym i wymiarem sprawiedliwości. (…)

Być może teraz będzie musiał zrobić to, czego nigdy nie chciał, tzn. spróbować zmienić konstytucję, wprowadzić zasady federalizmu i poszukać zgody, która zasypie podziały między Hiszpanami. Kryzys nie wziął się z populizmu fioletowych leninistów i ludzi, którzy napadają na instytucje demokracji, żeby je wysadzić w powietrze, lecz z niezdolności partii tradycyjnych i konstytucyjnych do wspólnego rozwiązania kwestii wagi państwowej (…)

Premier Hiszpanii nie ma co utyskiwać, że był zmuszony zrobić to, czego nie chciał. Musi wyjaśnić Hiszpanom, jeśli jest w stanie, do czego zmierza i co jest skłonny uczynić, żeby kraj i jego 17 autonomicznych regionów miały przed sobą przyszłość współżycia w demokracji i pokoju.

„La Vanguardia”

Enric Juliana:

1 października to kilka lekcji. Pierwsza: Partia Ludowa wysłała sygnał swoim wyborcom i wszystkim Hiszpanom, że władza twardo stłumi katalońskie żądania. Ale coś poszło nie tak jak trzeba. W dobie cyfrowej obraz policyjnych represji ma wielką siłę rozpalania emocji. Partia Ludowa przegrała w Katalonii oraz prawdopodobnie na arenie międzynarodowej.

Druga: referendum się nie powiodło, choć doszło do głosowania. Nie ma sposobu, żeby wiarygodnie i niezależnie potwierdzić jego wyniki. Użytek, jaki z tego zrobi rząd Katalonii, to bardzo delikatna sprawa. Jednostronna deklaracja niepodległości będzie poważnym błędem.

Trzecia: Katalonia stała się sprawą międzynarodową.

Czwarta: polityka hiszpańska jest w stanie napięcia. Stanowisko socjalistów jest kluczowe. Wczoraj ich przywódca krytykował represje rządu Rajoya, ale w kwestii zasadniczej poparł rząd.

Jordi Juan:

Przywódcy Katalonii mogą teraz rozpisać nowe wybory. Jeśli je wygrają, przyszły rząd zacznie negocjować uzyskanie niepodległości. Żeby temu zapobiec, rząd Hiszpanii musiałby całkowicie zrewidować swoje stanowisko, czego na razie nie chce i nie potrafi uczynić. Trzeba poszukać innych sposobów niż nasyłanie sędziów i policji na Katalonię. Chodziłoby o referendum z innym pytaniem niż: „czy jesteś za, czy przeciw niepodległości?”, zorganizowane w całej Hiszpanii. Albo o zmianę konstytucji Hiszpanii. Tak czy owak, cokolwiek się zdarzy, musi zostać przeprowadzone w lokalach wyborczych. Innej drogi nie ma.

Artykuł publikowany w ramach współpracy medialnej Gazety Wyborczej z EURACTIV.pl
Źródło: Gazeta Wyborcza