Cara di Mineo to największy obóz dla uchodźców w Europie, w którym przebywa ok. 4 tys. osób. Jest oddalony o godzinę jazdy od Katanii, a życie tu płynie z dala od oczu turystów, którzy zamiast wycieczek w głąb wyspy wybierają plaże i miasteczka na wybrzeżu. Ten, kto jednak pojedzie przez wyspę, po drodze zobaczy, jak na polach uwijają się czarnoskórzy robotnicy, a na skrzyżowaniach co kilkanaście kilometrów stoją pochodzące z Afryki prostytutki.

Przed wejściem do obozu w cieniu opancerzonego wozu carabinieri leżą dwa bezpańskie psy. Obok – żołnierz i żołnierka, którzy nie ściągają palców ze spustów karabinów maszynowych.

Ale Cara di Mineo w porównaniu z większością obozów dla uchodźców jawi się bardziej jak hotel, a nie obóz. Migranci oczekujący na decyzję w sprawie azylu zakwaterowani są w budynkach przypominających domki letniskowe – zostały one przed laty opuszczone przez stacjonujących tu amerykańskich żołnierzy.

Rok w podróży do Europy

Statystycznie w dwóch trzecich przypadków lokalna prefektura odmawia przyznania migrantom z Afryki jakiejkolwiek formy międzynarodowej pomocy. Ludzie mówią, że najgorsze jest czekanie.

– Niektórzy są już tutaj i po 20 miesięcy, bez papierów i żadnych perspektyw – mówi mi 32-letni Gambijczyk. Czy zdaje sobie sprawę, że prawdopodobnie nie dostanie azylu? – Tak, wiem, że o to trudno. Ale wtedy pojadę do Niemiec i tam będę się o niego starał.

Nie przyjmuje do wiadomości, że to niemożliwe, bo jeśli zostanie raz odrzucony, już żaden inny kraj UE nie przyzna mu ochrony międzynarodowej. – Za dużo przeszedłem, by teraz wracać. Musieliśmy się przeprawić przez pustynię, na moich oczach z wycieńczenia zmarło 20 osób. Ja nie mam do czego wracać w Gambii – mówi.

Działacze organizacji pozarządowych, którzy pomagają migrantom stanąć na nogi i zapewniają pomoc prawną, mówią, że ich podróż do Europy trwa nierzadko co najmniej rok.

– Jeśli uda im się pokonać pustynię, trafiają do Libii. Tam narażeni są na wiele niebezpieczeństw i spędzają zwykle kilka miesięcy w oczekiwaniu na przeprawę przez morze. Bywają wsadzani do więzień, torturowani – mówi Paola Ottaviano z organizacji Borderline Sicilia, która zajmuje się pomocą prawną dla migrantów. – Gdy Rzym podpisał porozumienie z milicjami libijskimi, straże przybrzeżne zaczęły strzelać do łodzi z migrantami, by odwieść ich od popłynięcia w kierunku Europy. W samych więzieniach zdarza się, że ci, którzy do niedawna byli przemytnikami ludzi, teraz są wartownikami.

– To nie jest tak, że ci ludzie szukają jakiegoś innego, lepszego życia. Oni raczej szukają jakiegokolwiek życia, bo nie mają go u siebie. Wielu po raz pierwszy w życiu dopiero tutaj je trzy posiłki dziennie – mówi Giuseppe di Natalo, dyrektor ośrodka Cara di Mineo. Przyznaje, że jest rozdarty: chciałby pomóc jak największej liczbie osób, ale wie, że Europa nie może przyjmować wszystkich.

Mafia Capitale

Di Natalo jest dyrektorem ośrodka od ubiegłego roku. Wcześniej był menedżerem niewielkiej firmy budowlanej, która wykonywała zlecenia dla sądu włoskiego. Pracę w Cara di Mineo dostał, gdy poprzedni dyrektor powędrował za kraty. Do więzienia trafiła też wówczas burmistrz jednej z miejscowości oraz wysoki urzędnik, który miał pośredniczyć w przekazywaniu łapówek.

Trójka ta stworzyła mechanizm, który funkcjonował przez trzy ostatnie lata. Rocznie na obsługę ośrodka włoski rząd oraz UE dawały 97 mln euro. Dyrektor kradł z publicznej kasy, nie płacił rachunków za prąd, wodę, nie mówiąc o nieprzekazywaniu niewielkiego kieszonkowego migrantom, do czego był zobowiązany.

Z kasy garściami czerpały też firmy zatrudnione przy zleceniach w ośrodku (np. przy dostawie żywności) i powiązane z włoską mafią. Na cały proceder przymykały oko lokalne władze, bo w zamian za zatrudnienie przy obsłudze ośrodka zyskiwały głosy lokalnych pracowników i ich rodzin.

Procederem zawiadywały struktury przestępcze z Rzymu, które miały dojścia do rządu – stąd sprawa znana jest pod nazwą Mafia Capitale. Ich przywódca Salvatore Buzzi został podsłuchany przez policję, gdy mówił, że „dzięki uchodźcom można zarobić więcej niż na narkotykach”.

Podobny mechanizm działał obozie w Kalabrii. Włoska ‚Ndrangheta na fikcyjnej obsłudze ośrodków w Capo Rizzuto miała przez ostatnie lata zarobić 103 mln euro.

Jedną z ważniejszych figur w procederze był miejscowy ksiądz, który za „posługi duszpasterskie” miał przyjmować rocznie 132 tys. euro. W rzeczywistości zajmował się wystawieniem lewych faktur i rozdzielaniem zadań dla firm i osób uczestniczących w oszustwie. Mózg operacji, Leonardo Sacco z ‚Ndranghety, miał wówczas dojścia do ministerstwa spraw wewnętrznych.

O tych konkretnych sytuacjach wiemy, bo zakończyły się aresztowaniami i sprawami karnymi.

Sycylijczycy: Nie przenoście obozów

W Mineo ośrodek nie jest zamknięty, można z niego wyjść i nie wracać maksymalnie przez trzy dni – dopiero wtedy grozi skreślenie z listy jego lokatorów. Zwykle ok. 20-30 proc. umieszczonych w ośrodku opuszcza go i już nie wraca. Poprzednia dyrekcja wykorzystywała ten fakt i na podstawie „martwych dusz” wyłudzała pieniądze.

Do tego migranci wciąż nielegalnie dorabiają i co miesiąc wysyłają pieniądze swoim rodzinom w Afryce. Co jakiś czas udają się do miast, gdzie sprzedają przemycane papierosy, czasem narkotyki, a zdarza się nawet, że wciskają innym migrantom rzekome polisy ubezpieczeniowe. Z ich transportu żyją lokalni mieszkańcy – ośrodek leży bowiem w szczerym polu. – Od każdego pobierają po 5 euro – mówi Lucia Borghi z organizacji Borderline Sicilia.

Paola Ottaviano dodaje: – Migracja stała się przemysłem. Ludzie na Sycylii wręcz boją się, że stracą, jeśli z Afryki przestaną przybywać ludzie, a ONZ przeniesie swoje ośrodki do krajów afrykańskich.

Bo miejscowi też korzystają – na taniej sile roboczej. Afrykańczycy zatrudniani przy zbiorze oliwek lub pomarańczy pracują za ledwie 15 euro dziennie. – Ale i tak nie dostają całej wypłaty. Pracodawca potrafi im odciągnąć pieniądze z wypłaty za transport i zakwaterowanie. Zwykle zostają więc z kilkoma euro dziennie w kieszeni. To nic innego jak nowoczesna forma niewolnictwa – przyznaje Ugo Melchionda z Centrum Studiów i Badań nad Migracją IDOS.

Artykuł publikowany w ramach współpracy medialnej Gazety Wyborczej z EURACTIV.pl
Źródło: Gazeta Wyborcza