Likwidacja „dżungli” zaczęła się 24 października 2016 r. Ponad 7 tys. migrantów ewakuowano do ponad 300 ośrodków (CAO) na obszarze całej Francji. Liczba może być myląca, bo w oficjalnych statystykach nie bierze się pod uwagę ani mieszkańców „dżungli”, którzy opuścili ją na wiadomość o zbliżającej się operacji policyjnej, ani tych, którzy wprawdzie dali się przewieźć do CAO, ale po paru dniach stamtąd uciekli.

Wyjątkowa zgoda na azyl we Francji

Konieczne jest jeszcze jedno uzupełnienie danych liczbowych. Wśród ewakuowanych było ponad 1 tys. osób uznanych za „nieletnich bez opieki”. Ta kategoria migrantów miała specjalne prawa wynikające z porozumienia zawartego między Francją i Wielką Brytanią oraz Irlandią. Na tej podstawie 515 nieletnich skierowano do tych krajów. Jednakże wielu członków tej grupy uciekło, zanim zdołano ustalić, kim są i jaka jest ich sytuacja.

95 proc. rozwiezionych po Francji przybyszów to mężczyźni, wśród nich 60 proc. to Sudańczycy, 25 proc. Afgańczycy, 5 proc. Erytrejczycy, i po 4 proc. Pakistańczycy i Etiopczycy.

Wszyscy, którzy znaleźli się w CAO, mieli możliwość złożenia podania o azyl we Francji. Władze odstąpiły od formalnie obowiązującej w UE zasady, że takie podanie można składać w pierwszym kraju członkowskim Unii, do jakiego się trafiło.

Francuzi teoretycznie mogli odesłać ponad 60 proc. koczujących pod Calais do pierwszego kraju UE, w którym się znaleźli. Przyjęto jednak wszystkie wnioski o azyl. 42 proc. z nich zaopiniowano pozytywnie, nadając dawnym migrantom z „dżungli” status uchodźcy. Na decyzję czeka jeszcze 46 proc. wnioskodawców. Na razie tylko w 7 proc. przypadków zapadła już decyzja odmowna.

Błądzący migranci

Operację można więc uznać za udaną, co nie znaczy, że okolice Calais pozbyły się problemu.

Przez kilka miesięcy po ewakuacji panował tam spokój. Wiosną 2017 r. znowu zaczęli napływać migranci. Ocenia się, że błądzi tam obecnie co najmniej 700 przybyszów. Między obecną sytuacją a tą sprzed roku jest jednak kilka ważnych różnic. Władze robią wszystko, żeby nie powstało tam nowe obozowisko.

Dlatego czasownik „błądzić” chyba najtrafniej oddaje sytuację tych migrantów, którzy przebywają tam teraz. Policja toleruje kilka osób żyjących pod mostem albo w pojedynczym namiocie, gdzieś „w plenerze”. Natomiast systematycznie i stanowczo interweniuje, kiedy pojawia się cokolwiek, co może przypominać zalążek większego obozu. Wtedy konfiskuje wszystko, co mogłoby temu służyć – namioty, plandeki, koce.

Działania władz wywołują protesty stowarzyszeń, które niosą pomoc migrantom. Aktywiści twierdzą, że takie akcje bardzo im utrudniają i tak niełatwą pracę w tym środowisku. Czasami wręcz oskarżają policję o „prześladowanie” i „molestowanie” podopiecznych.

Oprócz policji i organizacji humanitarnych w terenie działa też aktywnie Urząd ds. Imigracji i Integracji. Jego ekipy starają się namówić migrantów do zgody na przewiezienie do dwóch pobliskich ośrodków, w których mogą liczyć na czasowe zakwaterowanie, przeanalizowanie ich sytuacji i ewentualną pomoc w załatwieniu formalności koniecznych do uzyskania pozwolenia na pobyt.

Rosnąca presja

Zmieniła się struktura krajów pochodzenia migrantów. Nie dominują już Sudańczycy, tylko przybysze z Erytrei, Etiopii i Afganistanu. Prefekt departamentu Nord-Pas-de-Calais Fabien Sudry ocenia, że jest ich do 15 razy mniej niż rok temu o tej samej porze. Według innych źródeł jest ich jeszcze mniej – ok. 500.

Dane miejscowej prokuratury mogą świadczyć, że jest ich jednak więcej. Każdego dnia odnotowuje się ok. 750 prób wdarcia się do portu w Calais, z planem przedostania się do ciężarówki lub na prom zmierzający do Wielkiej Brytanii. Nadal jest to liczba blisko czterokrotnie niższa od tej, jaką notowano przed ewakuacją „dżungli”. Wszystko wskazuje zatem na to, że choć presja migracyjna na rejon Calais jest wyraźnie mniejsza niż rok temu, to jednak znów powoli rośnie.

Artykuł publikowany w ramach współpracy medialnej Gazety Wyborczej z EURACTIV.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza