Brudziński: Polska wzorem dla innych państw UE w pomocy zagranicznej – FEJK MIESIĄCA

Pandemia sprawiła, że zagranicznej pomocy trzeba dziś w wielu miejscach na świecie, źródło: Flickr/DVIDSHUB, fot. Staff Sgt. Wayne Gray (CC BY 2.0)

Pandemia sprawiła, że zagranicznej pomocy trzeba dziś w wielu miejscach na świecie, źródło: Flickr/DVIDSHUB, fot. Staff Sgt. Wayne Gray (CC BY 2.0)

Według europosła i wiceprezesa PiS Joachima Brudzińskiego Polska może służyć innym państwom członkowskim Unii Europejskie za „wzór” udzielania pomocy dla „ofiar konfliktów wojennych”. Tyle, że wcale tak nie jest.

 

 

Stwierdzenie Joachima Brudzińskiego padło w ubiegłym tygodniu podczas debaty w Parlamencie Europejskim. Dotyczyło ono sytuacji migracyjnej na zewnętrznych granicach Unii Europejskiej.

Polska „wzorem” pomocy zagranicznej dla innych?

Europoseł PiS tradycyjnie skrytykował – jak to ujął – „politykę tzw. otwartych drzwi stosowaną przez niektóre państwa europejskie z Niemcami na czele”. Wskazał, że jest ona przyczyną trudnej sytuacji humanitarnej w ośrodkach uchodźczych w Afryce Północnej czy na szlakach migracyjnych w Afryce Zachodniej, Azji Mniejszej i Bliskim Wschodzie.

Przekonywał też, że potrzeba w tej kwestii nie tylko solidarnej współpracy między państwami członkowskimi UE, ale także z partnerami zewnętrznymi, czyli państwami, z których uchodźcy pochodzą lub tranzytowymi.

Nie ukrywał też, że będzie to wymagać ze strony UE dużych nakładów finansowych nie tylko na bieżącą pomoc humanitarną, ale także na tzw. pomoc rozwojową, czyli nacelowaną na długofalową poprawę sytuacji, a nie tylko zapewniającą zaspokojenie bieżących podstawowych potrzeb, a więc opartą o wodę, żywność, leki czy schronienie.

„Wzorem może być mój kraj, Polska, która od lat kieruje olbrzymie środki i wsparcie dla mieszkańców i ofiar konfliktów wojennych, na przykład w Syrii” – powiedział Brudziński. Kłopot w tym, że choć nasz kraj rzeczywiście wspiera syryjskich uchodźców m.in. w Libanie, to ciężko uznać, że w kwestii pomocy rozwojowej jesteśmy dla kogokolwiek w UE „wzorem”.

Polska w kwestii pomocy rozwojowej ostatnia w OECD

Polska zajmuje bowiem wśród 29 krajów tworzących w ramach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Komitet Współpracy Rozwojowej (DAC) ostatnie miejsce (ex aequo ze Słowacją) pod względem wydatków na pomoc rozwojową w odniesieniu do Dochodu Narodowego Brutto (DNI).

Według najświeższego dostępnego zestawienia (za 2019 r.) Polska wydała na pomoc rozwojową (definiowaną według ODA – Official Development Assistance – czyli standardu OECD) tylko 0,12 proc. DNB. To co prawda więcej niż w latach 2010-2015, kiedy było to między 0,08 proc. a 0,1 proc. DNB, ale jednocześnie mniej w 2016 r., gdy było to 0,15 proc. DNB.

Od czterech lat polskie nakłady na zagraniczną pomoc rozwojową (ujęte w odniesieniu do DNB) systematycznie spadają. A w przypadku wielu państw europejskich – rosną lub utrzymują się na stałym poziomie. W przypadku liderującego w tym rankingu Luksemburga z 0,95 proc. w 2015 r. do 1,05 proc. w 2019 r., w przypadku Niemiec z 0,52 proc. do 0,7 proc., a w przypadku Francji z 0,37 proc do 0,44 proc.

Choć oczywiście są też spadki. W przypadku Szwecji z 1,4 proc. w 2015 r. do 0,99 proc. w 2019 r. (co i tak daje Szwecji w rankingu DAC trzecie miejsce za Luksemburgiem i Norwegią), a w przypadku Danii z 0,85 proc. do 0,71 proc. Wielka Brytania zaś od 2013 r. pozostaje na niezmiennym poziomie 0,7 proc. DNB przeznaczanego na zagraniczną pomoc rozwojową.

Polsce daleko do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii czy Włoch

Trudno więc wskazywać na Polskę jako na „wzór” do naśladowania przez inne państwa członkowskie UE lub ze Wspólnotą bardzo blisko współpracujące (jak Norwegia czy po brexicie Wielka Brytania). To raczej my powinniśmy brać przykład z innych europejskich krajów, które przeznaczają na zagraniczną pomoc o wiele więcej środków.

Bo w zestawieniu pokazującym bezwzględne sumy wydane na pomoc rozwojową Polska też nie wypada najlepiej. Na 29 krajów zrzeszonych w DAC nie zajmuje co prawda ostatniej pozycji, ale niezbyt wysokie 20. miejsce.

W 2019 r. nasze wydatki na pomoc rozwojową wyniosły (to jeszcze dane wstępne) – 669 mln dolarów. To więcej niż Grecja, Portugalia, Czechy, Węgry czy Słowenia, ale DNB tych krajów jest od polskiego mniejsze. Biorąc pod uwagę ten dodatkowy czynnik, wszystkie powyższe kraje już Polskę wyprzedzają.

Lider tego zestawienia – USA – wydał w 2019 r. prawie 33,9 mld dolarów na pomoc rozwojową, Niemcy wydały 23,7 mld, Wielka Brytania – 19,3 mld, a Francja – prawie 12 mld.

Choć Polska zwiększyła te wydatki istotnie – w 2015 r. było to 441 mln dolarów – to wciąż nawet nie zbliża się do pozycji lidera, a tym bardziej „wzoru”, bo USA, Niemcy, Francja, Wielka Brytania czy Włochy także te wydatki w ostatnich czterech lat zwiększyły.

Będzie więcej polskiej pomocy rozwojowej

Polski rząd ogłosił co prawda kilka dni temu „Wieloletni program współpracy rozwojowej na lata 2021–2030. Solidarność dla rozwoju”, który zakłada zwiększenie wydatków na ten cel do 0,33 proc. DNB. Jednak nawet wtedy będziemy co najwyżej zbliżać się do średniej dla państw OECD. O ile one też nie postanowią swoich wydatków jeszcze zwiększyć.

No i wciąż będzie nam sporo brakować do ustanowionego przez ONZ już 1970 r. celu, jakim jest przeznaczanie przez państwa wysokorozwinięte (a tak można określić członków OECD) wydatków na poziomie 0,7 proc. swojego DNB na pomoc rozwojową.

Trudno też uznać, że Polska kieruje pomoc rozwojową w szczególności do Syryjczyków, czy to w samej Syrii, czy też w obozach dla uchodźców lub innych schronieniach w Turcji czy Libanie.

Projekty realizujemy bowiem przede wszystkich w graniczących z nami krajach środkowoeuropejskich – na Ukrainie i Białorusi. W pierwszym z tych krajów (według danych polskiego MSZ) zrealizowano w 2019 r. projekty wycenione na 303,5 mln złotych, w drugim zaś 150,3 mln złotych.

Pomoc dla uchodźców w Turcji w ramach unijnego instrumentu

Na trzecim miejscu znalazła się Turcja (gdzie ze sporą część środków wykorzystały rzeczywiście organizacje wspierające syryjskich uchodźców), ale mowa o całościowej kwocie 51,6 mln złotych, z której prawie 40 mln to polska składka do Unijnego Instrumentu Pomocy Uchodźcom w Turcji.

Tyle, że w ramach owego instrumentu (będącego elementem unijno-tureckiej umowy migracyjnej) stolice zgodziły się, że oprą go o środki z budżetu UE i składki państw członkowskich. Nikt tu więc niczego dobrowolnie nie przeznaczał, ale był to obowiązek państw członkowskich. Polska co najwyżej mu się nie sprzeciwiła.

W czerwcu 2018 r., gdy instrument rozszerzano o dodatkowe 3 mld euro, państwa członkowskie uzgodniły, że 2 mld euro będą środkami budżetowymi, a 1 mld – dodatkowymi, czyli składkowymi. I wysokość owej składki zależała od… DNB danego kraju, a nie jego dobrej czy złej woli.

Tak jest zresztą z większością naszej pomocy zagranicznej. Sam MSZ przyznaje, że jej 71 proc. to składki na ten cel do różnych organizacji międzynarodowych, których Polska jest członkiem (UE, ONZ czy regionalnych banków rozwojowych), a tylko 29 proc. to środki, które kierujemy bezpośrednio do wybranych krajów na świecie.

Polska wspiera syryjskich uchodźców w Libanie

Wśród krajów, do których kierowana jest polska pomoc rozwojowa, na 12. miejscu znajduje się też Liban. W 2019 r. przeznaczono na ten kraj kwotę 8,5 mln złotych. Część tych środków także trafiła do syryjskich uchodźców, których w Libanie jest co najmniej kilkaset tysięcy.

Pomaga im tam (m.in. właśnie dzięki pomocy polskiego rządu, choć nie tylko) fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, które zapewnia Syryjczykom opiekę medyczną i środki na opłatę schronienia, bo w Libanie nie ma dużych oficjalnych obozów dla uchodźców. Są albo małe, półlegalne obozowiska, albo ludzie wynajmują mieszkania, na wpół ukończone domy, garaże, magazyny lub zasiedlają pustostany.

To bez wątpienia bardzo potrzebna i dobrze zorganizowana pomoc, dzięki której udało się wesprzeć ponad 20 tys. uchodźców z Syrii. Ale potrzeby są ogromne, a w regionie działają też organizacje z wielu krajów europejskich.

Według MSZ, a wiceminister Paweł Jabłoński mówił o tym w czerwcu ubiegłego roku na konferencji „Supporting the future of Syria and the region” od 2017 r. do połowy 2020 r. Polska przeznaczyła na pomoc dla regionu Bliskiego Wschodu 30,8 mln euro.

Polska przeznacza na pomoc dla Syryjczyków coraz mniej

Większość tych środków zapewne trafiła do syryjskich uchodźców w różnych bliskowschodnich krajach, choć wspieramy na Bliskim Wschodzie także organizacje działające w Autonomii Palestyńskiej oraz finansujemy projekty w Libanie skierowane nie tylko do syryjskich uchodźców, ale także do samych Libańczyków (jak wsparcie prowadzonej przez PCPM przychodni w prowincji Akkar czy zakup karetki dla pogotowia w jednej z miejscowości).

Ale kwota o jakiej mówi MSZ jest o wiele mniejsza niż kwoty przeznaczane na pomoc Syryjczykom przez wiele krajów Europy Zachodniej. W 2019 r. (według danych MSZ) na wsparcie dla mieszkańców Syrii przeznaczono 13,3 mln złotych – 7,3 mln na projekty rozwojowe oraz 5 mln na pomoc humanitarną.

To jednak o wiele mniej niż jeszcze kilka lat temu – w 2016 r. było to 74,2 mln złotych, w 2017 r. prawie 38 mln złotych, a w 2018 r. prawie 26 mln złotych. I było to przede wszystkim o wiele mniej niż w przypadku wskazywanych palcem przez Joachima Brudzińskiego Niemiec, które – tylko na pomoc dla Syrii – przeznaczyły w 2019 r. (według danych OECD) prawie 880 mln dolarów.

Choć więc Polska robi w kwestii pomocy zagranicznej (rozwojowej czy humanitarnej) coraz więcej, a wiele polskich projektów w bardzo udany sposób od wielu lat wspiera społeczności w różnych częściach świata, także na Bliskim Wschodzie, to jednak wciąż trudno wskazywać nasz kraj za wzór dla innych państw członkowskich UE, które przeznaczają na te cele tyle samo środków co my lub zdecydowanie więcej.

 

„Projekt współfinansowany przez Unię Europejską w ramach programu dotacji Parlamentu Europejskiego w dziedzinie komunikacji. Parlament Europejski nie uczestniczył w przygotowaniu materiałów; podane informacje nie są dla niego wiążące i nie ponosi on żadnej odpowiedzialności za informacje i stanowiska wyrażone w ramach projektu, za które zgodnie z mającymi zastosowanie przepisami odpowiedzialni są wyłącznie autorzy, osoby udzielające wywiadów, wydawcy lub nadawcy programu. Parlament Europejski nie może być również pociągany do odpowiedzialności za pośrednie lub bezpośrednie szkody mogące wynikać z realizacji projektu”.