Pandemia uderzyła w unijnych tłumaczy. Europosłowie muszą mówić po angielsku

Parlament Europejski, miejsca europosłów, źródło PE

Parlament Europejski, miejsca europosłów, źródło PE

Pandemia koronawirusa drastycznie zmniejszyła liczbę ustnych tłumaczeń w Brukseli. Wiele umów z tłumaczami zewnętrznymi zostało anulowanych, a eurodeputowani i inni unijni urzędnicy mają problemy z komunikacją.

 

Kilka tygodni temu portugalska europosłanka Sandra Pereira zabrała głos na posiedzeniu komisji ds. przemysłu w Parlamencie Europejskim. Swoje przemówienie w języku angielskim zaczęła od stwierdzenia, że przykro jej, że na sali nie ma tłumaczy z portugalskiego, wobec czego nie może przemawiać w swoim ojczystym języku.

Europejczycy chcą więcej kompetencji dla UE na polu walki z koronawirusem

Obywatele państw członkowskich UE są niezadowoleni z braku solidarności między krajami w trakcie obecnego kryzysu.

Europosłowie muszą mówić po angielsku

Podobna sytuacja miała miejsce na posiedzeniu komisji spraw zagranicznych. Przewodniczący David McAllister zaapelował do swoich kolegów, by „mówili w języku ojczystym tylko wtedy, gdy jest dostępne tłumaczenie”. Jednego z europosłów musiał później poprosić, by „mówił po angielsku, ponieważ nie ma już tłumaczy”.

Jak podaje portal Politico Europe, unijne instytucje to jeden z największych pracodawców dla tłumaczy w Europie. Łącznie w Brukseli pracuje ok. 4 tys. tłumaczy. Większość z nich jest zatrudniona w trzech głównych instytucjach: Parlamencie Europejskim, Komisji Europejskiej i Radzie Europejskiej.

Jednak teraz z powodu drastycznego ograniczenia liczby fizycznych spotkań, zamknięcia granic i konieczności przestrzegania rygorystycznych zasad dystansu społecznego wielu z nich jest bez pracy.

Koronawirus: Jakie lekcje płyną dla Europy z kryzysów ostatniej dekady?

„Czy Trójkąt Weimarski jako format łączący trzech dużych członków UE – Polskę, Francję i Niemcy – może odegrać istotną rolę w zarządzaniu koronakryzysem?” pyta Martin Koopmann.

Polscy europosłowie zostali bez tłumacza

Parlament Europejski twierdzi, że udało mu się zapewnić tłumaczenie ustne we wszystkich 24 językach Unii na potrzeby sesji plenarnych – pomimo początkowych kłopotów z tłumaczeniem z języka gaelickiego szkockiego i maltańskiego, jako że tłumacze zewnętrzni z tych języków nie mogli podróżować do Brukseli.

Dużo gorzej jest jednak na posiedzeniach komisji. Z powodu konieczności przestrzegania dystansu społecznego w jednej kabinie może teraz pracować tylko jeden tłumacz, a nie – jak do tej pory – dwóch czy trzech. Liczba dostępnych języków zmniejszyła się przez to do ośmiu na salę.

Jak mówi w rozmowie z „Wyborczą” Andrzej Halicki, europarlamentarzysta Koalicji Obywatelskiej, podczas większości komisji język polski nie jest dostępny.

– Chyba że, tak jak wczoraj na komisji LIBE, prezentowany jest raport dotyczący Polski – wyjaśnia. Sam Halicki od początku pandemii przebywa w Polsce, w pracach europarlamentu bierze udział zdalnie.

Niektórzy z tłumaczy stracili pracę po prostu dlatego, że wiele spotkań w Brukseli zostało odwołanych. Komisja Europejska, która do tej pory organizowała 40-50 fizycznych spotkań dziennie, w tej chwili organizuje ich ok. pięciu.

Podobnie jest w Radzie Europejskiej, gdzie wiele spotkań zostało „przełożonych” do internetu bez zapewnienia tłumaczenia. Unijni tłumacze nie byli obecni nawet podczas ostatniej wideokonferencji najważniejszych unijnych przywódców: francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona i niemieckiej kanclerz Angeli Merkel.

Koronawirus w państwach Unii Europejskiej. Podsumowanie w liczbach

Na bieżąco aktualizowana krzywa zachorowań we wszystkich państwach Unii Europejskiej.

„Mówimy o solidarności, ale odmawiamy jej innym”

Spośród 4 tys. tłumaczy w Brukseli tylko 800 jest na etacie i ma stabilne zatrudnienie. Pozostałe 3,2 tys. to tłumacze zewnętrzni, z których tylko 1,2 tys. ma stałe umowy. Zgodnie z unijnymi przepisami z umów długoterminowych można zrezygnować z 60-dniowym wyprzedzeniem, dlatego wykonywali swoją pracę w marcu i kwietniu. Ale umowy z maja zostały już anulowane. Pozostałe 2 tys. tłumaczy to freelancerzy zatrudniani przy okazji różnych wydarzeń. Ci są w najgorszej sytuacji.

Niemiecka polityk Terry Reintke z partii Zielonych zaapelowała  o pomoc dla tłumaczy do przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Davida Sassolego. „Tłumacze ustni gwarantują wielojęzyczność Unii i są niezbędni dla ciągłości pracy instytucji” – napisała w liście, który podpisało również kilku innych europarlamentarzystów.

Inna niemiecka europosłanka Alexandra Geese sama pracowała wcześniej jako tłumaczka w Brukseli. Jak mówi w rozmowie z Politico, wielu z jej byłych współpracowników „nie jest objętych żadnym rodzajem zabezpieczenia społecznego w żadnym kraju”.

– Unia powinna się wstydzić. Cały czas mówimy o potrzebie solidarności, ale sami odmawiamy jej innym – twierdzi.

W zeszłym miesiącu tłumacze freelancerzy wzięli udział w spotkaniu online z przedstawicielami unijnych instytucji, na którym omawiali problemy swojej branży. Podobne spotkanie planowane jest na koniec maja. „Rozwiązujemy problemy poprzez dialog społeczny – czytamy w o oświadczeniu wydanym po spotkaniu 24 kwietnia. – Nie mamy wątpliwości, że poradzimy sobie i z tym problemem, tak jak zawsze bywało w historii Unii Europejskiej”.