Budowa silniejszej Unii. Jaka jest rola Funduszu Odbudowy?

Unijny Fundusz Odbudowy, KPO, Polska, Jan Olbrycht, Mateusz Morawiecki, Polska, Unia Europejska, euro

"Jesteśmy świadkiem radykalnej zmiany w UE", przekonuje Jan Olbrycht, deputowany do Parlamentu Europejskiego z ramienia Platformy Obywatelskiej.

„Jesteśmy świadkiem radykalnej zmiany i ci, którzy nie są zwolennikami silnej Unii, a takie środowiska w Polsce są, prawidłowo to odczytują i bardzo ich to niepokoi”, przekonuje Jan Olbrycht, deputowany do Parlamentu Europejskiego z ramienia Platformy Obywatelskiej.

 

Wywiad jest dostępny także w formie wideo i podcastu na platformach SpotifySoundcloudApple Podcasts i Google Podcasts.

 

Mateusz Kucharczyk: Zajmuje się Pan unijnymi finansami już od wielu lat. W związku z tym, chciałbym zapytać, co jest takiego wyjątkowego w Funduszu Odbudowy, co powoduje, że wyróżnia się on na tle pozostałych unijnych finansów?

Jan Olbrycht: Fundusz Odbudowy ma ogromne znaczenie, ponieważ zmienia charakter funkcjonowania Unii Europejskiej. Wspólnota do tej pory wykonywała zadania wspólne przy pomocy budżetu, który składa się głównie ze składek państw członkowskich. Najpierw uchwala się budżet a z tego wynika składka.

Pandemia bardzo jednak zmieniła reguły gry i państwa członkowskie zmieniły swoje nastawienie. Postanowiły w tej nadzwyczajnej sytuacji wprowadzić element zupełnie inny – wspólne zadłużenie. Proszę sobie wyobrazić – po to, żeby mieć więcej pieniędzy na zwalczanie pandemii, należałoby radykalnie podnieść składkę.

Aby tego uniknąć Unia Europejska postanawia zaciągnąć kredyt i wspólnie go spłacać w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Najpierw decydujemy się na wspólne zadłużenie,  później, żeby je spłacić tworzymy dochody własne – tym samym zmienia się Unia, która zaczyna mieć swój własny przychód i zaczyna być silniejsza na rynkach finansowych.

Fundusz Odbudowy na razie jest tymczasowy, do 2026 r. Działa na innych zasadach, stąd to nadzwyczajne podejście. Na przykład pieniądze, które idą do samorządów czy do przedsiębiorstw to są pieniądze w stu procentach europejskie. W normalnych funduszach trzeba dopłacić część krajową, a w tym Funduszu nie. Jest on inaczej tworzony, inaczej rozliczany, krótszy. Novum pod każdym względem.

Jesteśmy świadkiem radykalnej zmiany i ci, którzy nie są zwolennikami silnej Unii, a takie środowiska w Polsce są, prawidłowo to odczytują i bardzo ich to niepokoi. Mnie odwrotnie, mnie to bardziej cieszy.

A kiedy te pieniądze trafią do poszczególnych państw? Jaka to jest perspektywa – tygodni, miesięcy, kiedy możemy spodziewać się pierwszych wypłat?

To zależy od tego, kiedy państwa członkowskie złożyły odpowiednie plany. Fundusz Odbudowy dla Polski składa się z kilku elementów. Najpierw trzeba było Fundusz zatwierdzić, stąd wielka debata publiczna na temat ratyfikacji. Od tego momentu można było w ogóle rozpocząć dalsze działania.

Państwa członkowskie mogły składać swoje Krajowe Plany Odbudowy już w lutym, marcu, i kwietniu. Polska zrobiła to 30 kwietnia. Od tego momentu są minimum dwa miesiące na opinie Komisji – Polska poprosiła o dodatkowy miesiąc, czyli to już są trzy. Po tych trzech miesiącach KPO jest przekazywany do Rady, która ma na ocenę cztery tygodnie i w tym czasie Komisja musi podpisać umowę z państwem członkowskim na realizację tego planu.

Jeżeli wszystko dobrze pójdzie to, moim zdaniem, pieniądze dla Polski, czyli zaliczka 13 proc. na Krajowy Plan Odbudowy może się pojawić we wrześniu bądź październiku i to na życzenie Polski, ponieważ te państwa, które wcześniej złożyły plany, przypuszczalnie dostaną pieniądze już w lipcu.

Porozumienie budżetowe na lata 2021-2027 łączenie z Funduszem Odbudowy opiewa na 1 bln 800 mld euro. W Polskiej przestrzeni medialnej pojawiają się różne kwoty – tu szczególnie przoduje rząd Mateusza Morawieckiego, który informuje jakoby Polska miała otrzymać 770 mld złotych z unijnego budżetu. Z kolei Polska część Funduszu Odbudowy wynosi 56 mld euro. Skąd biorą się te różnice i w zasadzie, ile tych pieniędzy może Polska otrzymać?

To rzeczywiście trzeba rozszyfrować. Komisja Europejska ma na rynkach finansowych zaciągnąć 750 mld euro, ale to przekłada się na ceny roku 2018. Dziś Komisja mówi nie 750, ale 804 mld euro. Podobnie z rządem polskim, który posługuje się już sumami według cen bieżących, a więc nie cen, które były negocjowane.

Jeżeli chodzi o te słynne 770 mld złotych, to są pieniądze nie te, które Polska otrzyma, tylko które Polska może otrzymać. W związku z tym, 478 mld złotych to jest unijny budżet, dostępny pod warunkiem spełnienia wszystkich wymogów, projektów i tak dalej. Druga część 288 mld złotych to jest Fundusz Odbudowy, który można pozyskać. Część to są granty, a część to kredyty, które można uzyskać, jeżeli rząd Polski o nie poprosi. W związku z tym, w Krajowym Planie Odbudowy 110 mld złotych to granty, a 152 mld to pożyczki.

Podsumowując, 770 mld złotych to pieniądze, które Polska może otrzymać przez najbliższe 9 do 10 lat. Pierwszą część Polska może otrzymać od 2021 do 2026 – jest to Fundusz Odbudowy, który wynosi 288 mld złotych, pod warunkiem, że rząd spełni wszystkie wymogi i poprosi o całość kredytu. Natomiast z budżetu Polska już z dużym prawdopodobieństwem może otrzymać 478 mld złotych. Razem tworzy to 770 mld. Co do budżetu, sumy te są pewniejsze, a co do Funduszu Odbudowy – zależą od spełnienia warunków i od tego, ile Polska zaciągnie kredytu.

Jest to zaskakujące o tyle, że banery które pojawiły się na polskich ulicach głosiły: „Załatwiliśmy 770 mld”. Na początku brakowało tam podpisu, że chodzi o pieniądze europejskie. Natomiast wydaje mi się, że to trzeba bardzo wyraźnie podkreślać, że to są pieniądze, które Polska może otrzymać, jeżeli spełni warunki i o nie poprosi.

Jest Pan w grupie 27 europosłów, którzy mieli możliwość opiniowania Krajowych Planów Odbudowy. Komisji Europejskiej bardzo zależy, aby pieniądze pożyczane na rynkach były inwestowane nie tylko w odbudowę gospodarek po pandemii, ale żeby też przyczyniły się do dokonania skoku cywilizacyjnego, poprzez inwestycje w ekologię czy transformacje cyfrową. Czy zapoznając się z Polskim KPO miałby Pan jakieś uwagi wobec tego, co przygotował rząd Mateusza Morawieckiego?

Minimum 37 proc. musi pójść na kwestie klimatyczne, co nie oznacza, że muszą one iść na czyste działania ekologiczne. Chodzi o to, żeby wprowadzać tego typu inwestycje, które mają skutki klimatyczne, co dotyczy chociażby kwestii przebudowy całego systemu produkcji energii. Dotyczy to także kwestii efektywności energetycznej w budynkach. Chodzi o to, żeby w jakiś sposób oszczędzać energię, ale równocześnie dbać o środowisko systemowo. Komisja zwraca na to uwagę i oczekuje od państw członkowskich, że podejmą konkretne reformy.

Jeśli chodzi o 20 proc. na cyfrowe działania to nie chodzi o to, żeby kupić komputery, ale żeby zmienić gospodarkę na opartą na kwestiach cyfrowych. Są to nadzwyczajne pieniądze, nie wymagające wkładu krajowego i nie mogą służyć, cytując teraz wypowiedzi ważnych polityków europejskich, „do załatania dziur”. To nie są pieniądze na zakup szczepionek, to są pieniądze, które powinny być zainwestowane w sposób sensowny, celowy i przebudowujący zarówno życie gospodarcze, jak i społeczne.

Znamy dwie wersje polskiego planu. Ta pierwsza, moim zdaniem, była dość chaotycznym zbiorem różnych projektów – rząd zaczął zbierać projekty w samorządzie we wrześniu zeszłego roku, ale równocześnie blokował powstanie Funduszu, także wszystkie prace zostały zatrzymane, aż do momentu odblokowania, czyli zniesienia polskiego i węgierskiego veta. Na początku był to dość luźny zestaw i muszę powiedzieć, że zarówno wymogi klimatyczne, jak i cyfrowe absolutnie nie były tam osiągnięte. Dopiero druga wersja, zresztą z bardzo ciekawą i interesująca częścią diagnostyczną, pokazuje w sposób rzetelny, na jakim jesteśmy etapie, w sensie gospodarczym i społecznym.

W dalszym ciągu, z tego co wiem nieoficjalnie, trwają rozmowy pomiędzy Komisją Europejską a rządem polskim na temat reform. Nie na temat zmian organizacyjnych – dotyczą kluczowych reform, w które trzeba włożyć pieniądze i które trzeba zrobić szybko, bo te pieniądze są do wykorzystania do końca 2026 r.

Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy wiedzieli na czym stoimy, ponieważ te reformy muszą być przeprowadzone nie tylko przez rząd. Przykładowo reformy dotyczące energii muszą być przeprowadzone przez podmioty gospodarcze. Reformy dotyczące efektywności energetycznej w budynkach oraz kwestie transportu w miastach i w ogóle mobilności, muszą być przeprowadzone przy pomocy samorządu.

A gdybyśmy spojrzeli szerzej na 27 państw UE – czy wyróżniłby Pan któryś z KPO, który jest ambitny, dobrze zaprojektowany i warto być może czerpać jakieś wzorce z niego? 

To trzeba zawsze porównywać co do skali. Trudno porównywać polski plan z litewskim, estońskim, czy łotewskim. Polski KPO można raczej porównywać z hiszpańskim. Tam wielka dyskusja dotyczy reformy systemu emerytalnego, która ma być przeprowadzona przy pomocy pieniędzy z Krajowego Plany Odbudowy. To jest bardzo poważna reforma.

Gdybym miał popatrzeć na spójność i wewnętrzną organizację, to powiedziałbym, że plan francuski jest bardzo ciekawy, zresztą poważnie negocjowany i konsultowany. Jeżeli chodzi o ambicje to Skandynawowie tutaj absolutnie przodują. W planie duńskim cyfryzacja to nie jest kwestia komputerów, ale przykładowo wprowadzenia ułatwień dla firm, które inwestują w cyfryzację. Wszystkie firmy i podmioty gospodarcze, które pójdą radykalnie w kierunku nowoczesnych, proekologicznych i cyfrowych inwestycji powinny być wspierane, w sensie podatków, ułatwień, infrastruktury itd.

Wiele w Polsce dyskutowało się o roli samorządów w wydawaniu tych pieniędzy. Jaka będzie to rola biorąc pod uwagę, że samorządy bardzo często są w sporze politycznym z administracją rządową? Czy to będzie miało jakiś wpływ na wydanie pieniędzy?

Tak, oczywiście. Dyskusja na temat samorządów jest tak naprawdę dyskusją na temat ustroju państwa, jego systemu organizacyjnego i tego, jak traktujemy samorządy. Cała administracja państwowa składa się z elementu rządowego i samorządowego. Jeżeli traktuje się samorząd jako część struktury państwa, to jest on po pierwsze uczestnikiem przygotowania pewnych planów i ich realizatorem, jest częścią władzy publicznej.

Jednak w Polsce samorząd jest traktowany jako zewnętrzny podmiot. Moim zdaniem, to jest klucz sprawy, ponieważ reszta jest konsekwencją Funduszu Odbudowy. To jest pokazanie prawdziwej intencji, czy traktujemy samorząd jako część władzy publicznej, z którym się przygotowuje i dyskutuje reformy, którzy powiedzą, co należy robić a czego nie, bez względu na kolor polityczny.

Tutaj ten kolor nie może grać roli, a wiemy, że gra. Dotyczy to całego budżetu, jak i Funduszu Odbudowy – Krajowego Planu Odbudowy. Mam nadzieję, że samorząd będzie uczestnikiem, nie tylko rozmów na ten temat, ale w ogóle realizacji planu. Powinien nie tylko go monitorować, a aktywnie współtworzyć. To jest bardzo trudne. Póki co są jednak tendencje, żeby ten samorząd traktować w kategoriach klientelistycznych.

Na pewno rozmawiał Pan ze współpracownikami z PE na temat ewentualnego złego wykorzystania unijnych funduszy, np. w formie tzw. funduszu wyborczego. Czy w PE są takie obawy?

Posłowie z Europejskiej Partii Ludowej, do której nalezę w PE są albo w partiach rządzących, albo w opozycyjnych. W Hiszpanii przykładowo są w opozycji. Muszę przyznać, że nasze krytyczne uwagi są dosyć skromne, w stosunku do tego, co mówi opozycja hiszpańska. Podobnie zresztą nasi koledzy z Portugalii, którzy też są w opozycji i głośno mówią o słabościach planu rządu Antonia Costy.

Nie żyjemy w świecie idealnym – ktoś wygrywa wybory i ma władze, a w tym czasie pojawiają się jakieś fundusze. Wobec czego jasne, że będzie starał się pokazać, że to on jest w rządzie i że to on załatwił te pieniądze, co oczywiście nie do końca jest prawdą, ale brzmi dobrze.

Gorzej, jeżeli partia wykorzystuje unijne środki do wsparcia środowisk, które są jej politycznie bliskie, co się zdarza w Europie i jest to bardzo poważnie krytykowane, a nawet uważane za zagrożenie wydawania europejskich pieniędzy, które powinny być wydawane w sposób transparentny i czytelny, a nie w sposób który jest uzależniony od pewnych elementów politycznych.

Po to też powstał słynny mechanizm powiązania praworządności z finansami, żeby pokazać, że fundusze UE są finansami publicznymi, które nie mogą być wykorzystywane dla celów politycznych. Powinny być tak kontrolowalne, że bez względu na to, kto rządzi i  jakie ma ambicje, pieniądze powinny być społecznie transparentne.

Wywołał Pan temat mechanizmu warunkowości unijnych funduszy. Być może już jesienią Trybunał Sprawiedliwości UE wyda orzeczenie w tej sprawie, które może sporo zmienić w sytuacji Warszawy, ale także Budapesztu. Czy to będzie miało duży wypływ na wydatkowanie środków unijnych?

Nie tylko może zmienić, a już zmieniło. Wiemy dobrze, że sprawy praworządności zgodnie z traktatem miały być respektowane przez art. 7, który w stosunku do Polski i Węgier jest w trakcie procedury. Kończy on się zawsze jednomyślnym postanowieniem Rady i wystarczy jedno państwo, które je blokuje.

W związku z tym, pojawił się mechanizm praworządności, który wskazuje, że jeżeli nie ma zasad przestrzegania państwa prawa, to wtedy pieniądze europejskie, które idą przez inwestycje są zagrożone, tj. niezależność sądów, nieczytelność pewnych przepisów, które pozwolą na korupcje, albo na defraudacje środków europejskich.

Mechanizm wszedł w życie 1 stycznia 2021 – Komisja Europejska jest w tej chwili w trakcie zbierania informacji o sytuacji w poszczególnych państwach członkowskich. Jednak Komisja ku niezadowoleniu PE zobowiązała się, że jeżeli nawet stwierdzi, że w jakimś państwie naruszona jest praworządność, to poczeka z uruchomieniem procedury do wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

Parlament Europejski w tej sprawie wypowiedział się w sposób bardzo negatywny i oczekuje od Komisji podejmowania bardziej zdecydowanych działań wobec wszystkich państw członkowskich, bo ten przepis ma sens, o ile dotyczy wszystkich państw. Ten przepis nie jest pisany pod Polskę i Węgry, przypadki naruszania zasad państwa prawa zdarzają się w też innych państwach członkowskich.

Sam fakt tego mechanizmu jest bardzo istotny, natomiast jeżeli wyrok Trybunał będzie taki, że jest to zgodne z przepisami europejskimi, to wszystko ruszy bardzo szybko. Nie można wykluczyć sytuacji, że wyrok będzie inny i wtedy to będzie musiało doprowadzić do zmiany tego przepisu.

A czy Parlament Europejski pozwie Komisję Europejską do Trybunału Sprawiedliwości UE za te zaniechania dotyczące powiązania funduszy z mechanizmem praworządności? Wspomniał Pan o rezolucji, która kilkanaście dni temu została przegłosowana w Parlamencie.

Ona jest w dużym stopniu osłabiona. Moja grupa była przeciwnikiem tej rezolucji, ponieważ wiemy, że Komisja jest w sytuacji bardzo trudnej i została de facto przez państwa członkowskie nakłoniona do takiej postawy. To nie są pomysły Komisji Europejskiej – premierzy tak postanowili, a Komisja temu się podporządkowała.

Wprawdzie przepisy mówią, że to że ktoś się zwróci do Trybunału nie zawiesza wykonania przepisu. To nie chodzi o to, że prawo tego nie zezwala tylko o to, że Komisja stara się zachować lojalnie wobec uzgodnień premierów. Parlament wzywa Komisję w sposób coraz bardziej radykalny.

W tej chwili wezwał przewodniczącego Parlamentu do wystosowania wezwania do Komisji Europejskiej. Zapewne Komisja Europejska zastanowi się nad tym jak odpowiedzieć na to wyzwanie i będzie to trwało z dwa, trzy miesiące.

Nie za bardzo wierzę w to, żeby Parlament chciał pójść przeciwko Komisji do Trybunału, byłoby to rozwiązanie powodujące konflikt między Parlamentem a Komisją. Nasza grupa polityczna jest w tej sprawie dość sceptyczna, natomiast należy zrobić wszystko, żeby rzeczywiście Trybunał przeprowadził sprawę w trybie przyśpieszonym, bo normalnie tak sprawa trawa dwa lata minimum.

Pierwsze przesłuchanie w tej sprawie odbędzie się w październiku, co by wskazywało na to, że Trybunał chce tą sprawę zakończyć do końca roku. Taki mechanizm jest potrzebny dla wszystkich państw, żeby państwa członkowskie wiedziały o tym, że sprawa jest naprawdę poważna – w szczególności, kiedy w grę wchodzą dodatkowe pieniądze.

Fundusz Odbudowy przyczyni się do tego, że UE i kraje członkowskie będą lepiej przygotowane na ewentualne inne pandemie i tego typu zagrożenia?

Zakładam, że Fundusz Odbudowy i wspólne zadłużenie doprowadzi do nowych dochodów własnych. Po drugie, toczy się już teraz wśród ekonomistów dyskusja, czy tego typu mechanizmu zaciągnięcia dużego długu, czyli silna gra UE na rynkach finansowych, nie należy wprowadzić na stałe.

Szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde wyraźnie powiedziała, że to jest dobry pomysł i należy to przewidzieć jako instrument, który może być stosowany w przyszłości. Na razie mówi się, że jest on nadzwyczajny, wyjątkowy i że zniknie, ale kto wie, czy UE nie zmieni swojego wewnętrznego funkcjonowania w taki sposób, że będzie musiała być przygotowana na różnego rodzaju warianty, chociażby taki, gdzie trzeba zainwestować w badania naukowe, jak w przypadku szczepionek.

Trzeba znaleźć pieniądze na sprzęt medyczny, jednak to są sytuacje nadzwyczajne i żaden budżet złożony ze składek tego nie wytrzyma. Natomiast trzeba go będzie wzmocnić przez dochody własne i, moim zdaniem, również dać możliwość takiego poważnego zadłużania się. Myślę, że to jest poważna nauczka.

Kilka państw do tej pory bardzo się sprzeciwiało wypuszczeniu obligacji europejskich bojąc się, że ci słabsi spowodują, że bogatsi będą musieli za nich zapłacić. Paradoksalnie kilku polskich polityków mówiło, że my będziemy musieli zapłacić za Greków. To brzmi zaskakująco, ale takie obawy były i zostały przezwyciężone. Państwa członkowskie zgodnie i jednomyślnie postanowiły zaciągnąć dług, co znaczy, że zmienił się sposób myślenia o UE.

Jest spore ryzyko, że mogłoby dojść, jeżeli taki mechanizm zostałby powtórzony, do pewnego podziału między bogatszymi państwami starej Unii a krajami, które weszły do Wspólnoty po 2004 r. Nie obawia się Pan, że inny fundusz doprowadziłby do podziału?

Podział już jest i jest coraz bardziej widoczny, szczególnie po wyjściu Wielkiej Brytanii, która była największym państwem spoza strefy euro. Jeżeli popatrzymy dzisiaj na kto dominuje dzisiaj w UE w sensie gospodarczo-finansowym to jest to strefa euro, która stanowi ok. 80-85 proc. PKB. Już za chwile państwa, które nie będą w strefie euro będą na marginesie.

Czy Polska powinna w takim razie przyjąć euro?

Jestem absolutnie przekonany, że tak – pytanie tylko kiedy. To jest decyzja polityczna. Moim zdaniem, UE po wyjściu Wielkiej Brytanii pod tym względem się zmieniła i już dzisiaj widać, że mamy do czynienia z tą pierwszą prędkością, czyli strefą euro, która się rozbudowuje i ma swoje fundusze oraz mechanizmy.

Kto w Polsce mówił o tym, że na początku pandemii pierwsze 450 mld między sobą zaproponowała i przeprowadził strefa euro? Pytanie czy Polska chce na własne życzenie być krajem drugiej prędkości.

Wspólne zadłużenie też powoduje konsekwencje. Krytycy UE w Polsce to zauważają i głośno o tym mówią. Pieniądze z Europejskiego Funduszu Odbudowy tak naprawdę w dużym stopniu będą związane z Europejskim Bankiem Centralnym, czyli ze strefą euro. Zacieśnianie współpracy, budowanie wspólnego zadłużenia i dochodów własnych to jest kwestia, która zmienia UE w sposób zasadniczy.

Pytanie, jak Polska wyobraża sobie funkcjonowanie na przestrzeni kolejnych dziesięciu czy piętnastu lat. Czy chce w związku z tym wejść do strefy euro czy nie. To zaczyna być bardzo poważnym problemem, podobnie jak z prokuraturą europejską, która jest przeznaczona do zwalczania korupcji i wymiany informacji wspólnego zwalczania korupcji.

Do tej pory, jeżeli mamy do czynienia z przestępstwami typu defraudacja, to Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) stwierdza naruszenie i przekazuje sprawę do Prokuratury Krajowej, która ma dalej prowadzić sprawę. A co, jeżeli prokuratura jest kontrolowana politycznie?

Wówczas przekazanie de facto kończy sprawę. Natomiast Prokuratura Europejska, jeżeli chodzi o defraudacje pieniędzy unijnych, wchodzi w to nie tylko informacyjnie, ale też poprzez śledztwo. Polska nie weszła do systemu Prokuratury Europejskiej, co dla nas jest ogromnym zaskoczeniem. Odpowiedź polskiej władzy była taka, że po co mamy wchodzić, jeżeli u nas nie ma przypadków korupcji.

Skoro nie ma przypadków korupcji to dlaczego nie wchodzić? To zaskakujące rozumowanie, ale jest to też przykład tego, że Unia się zacieśnia, chociażby w zakresie wspólnych działań, wspólnych pieniędzy. Pytanie, czy państwo członkowskie chce się do tego przyłączyć i brać w udział w ściślejszej integracji.

Jeżeli hipotetycznie Platforma Obywatelska lub koalicja wyborcza, w ramach której Platforma wróciłaby do władzy, dzisiejsza opozycja opowie się za tym, żeby Polska jak najszybciej przyjęła euro i dołączyła do Europejskiej Prokuratury?

Co do drugiej sprawy jestem przekonany, że tak, a co do pierwszej nawet w tej koalicji, która będzie, będą to bardzo trudne rozmowy. Kwestia strefy euro, to nie tylko sprawy ekonomiczne, ale też polityczne.

Jeżeli ktoś z Platformy mnie zapyta, to moim zdaniem powinniśmy wchodzić do strefy euro, ale w momencie, w którym my będziemy gotowi i strefa euro będzie na to gotowa. Pytaniem jest czy jest wola, aby otwierać pewną drogę wejścia, czy tak jak dzisiaj będziemy mówili, że absolutnie nie.

Wziąłby Pan udział w kampanii promującej wejście Polski do strefy euro?

Oczywiście, że tak. Proszę zwrócić uwagę, że państwa bałtyckie weszły tak zdecydowanie do strefy euro, nie tylko ze względów ekonomicznych, ale również bezpieczeństwa. Bycie we wspólnej strefie walutowej to jest również kwestia wzajemnej odpowiedzialności i zabezpieczenia przed wpływami Rosji.