Wybiórcze podejście do zobowiązań międzynarodowych zaszkodzi Polsce w przyszłości – prof. Artur Nowak-Far

Polska, unia europejska, komisja europejska, praworządność, pandemia, COVID19, TSUE, SN, KPO, krajowy plan odbudowy, morawiecki, PiS

Na zdjęciu premier Mateusz Morawiecki. / Foto via flickr (CC BY-NC-ND 2.0) [Kancelaria Premiera]

Niestosowanie się do zobowiązań międzynarodowych, czy to w przypadku Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego czy Turowa, jest sygnałem dla wszystkich naszych partnerów międzynarodowych. Oni mogą to interpretować tak, że Polska po prostu nie respektuje prawa międzynarodowego. W przyszłości w istotnej dla naszego kraju sprawie, nasi partnerzy mogą z tego powodu również ociągać się z wykonaniem jakiegoś wyroku, który będzie „nie po ich myśli” w sporze z Warszawą, podkreśla w rozmowie z EURACTIV.pl prof. dr hab. Artur Nowak-Far z Instytutu Prawa Szkoły Głównej Handlowej.

 

 

Mateusz Kucharczyk, EURACTIV.pl: Komisja Europejska działa praworządnie w sprawie Krajowego Planu Odbudowy?

Prof. dr hab. Artur Nowak-Far*: Tak, Komisja Europejska ma podstawę prawną do obecnego procedowania polskiego KPO i tłumaczenia Warszawy jakoby było inaczej – w moim przekonaniu – niestety nie mają uzasadnienia.

Na początku roku w aktach prawnych dotyczących KPO znalazł się zapis mówiący o tym, że wydatkowanie unijnych środków musi odbywać się z poszanowaniem zasad praworządności.

Te zostały zdefiniowane przez sam polski rząd fundamentalnie – bo przecież skierował on do organu powołanego do kontroli zgodności ustaw z konstytucją pytanie, na które ewentualna odpowiedź ma podważyć zasadniczą regułę pierwszeństwa stosowania prawa unijnego nad krajowym – także w odniesieniu do wydawania unijnych pieniędzy.

Niedawno unijny komisarz Paolo Gentiloni przyznał, że wstrzymanie procedowania KPO jest spowodowane właśnie kwestionowaniem prymatu prawa unijnego nad krajowym – Bruksela może przedłużać zatwierdzanie poszczególnych planów.

Także w wypadku uzasadnionych wątpliwości – a te jak wiemy Komisja Europejska – zgłasza od kilku lat w sprawie reform sądowniczych realizowanych przez rząd mamy do czynienia z naruszeniem zasady praworządności, co potwierdziło orzecznictwo TSUE.

Rząd w Warszawie twierdzi jednak inaczej. Wiceszef MSZ Marcin Przydacz odniósł się w środę (29 września) do ewentualnego „zamrożenia” środków dla Polski z Funduszu Odbudowy. Powiedział, że „nie ma prawnych podstaw, by zamrażać środki dla Polski z Funduszu Odbudowy; jeśli miałoby tak być, to by znaczyło, że Unia Europejska nie do końca działa praworządnie”, podkreślił. 

Zwróćmy uwagę, że żadne środki nie zostały jeszcze Polsce przyznane, a zatem mówienie o zamrażaniu jest nie do końca precyzyjne.

Natomiast, aby owe środki otrzymać należy spełnić ściśle określone zasady. Nie tylko te związane z progami wyznaczonymi przez KE w obszarach takich jak ekologia czy transformacja cyfrowa (zgodnie z wymogami Komisji każdy kraj ma przeznaczyć co najmniej 37 proc. z puli środków na te cele – red.), ale także tymi dotyczącymi praworządności.

Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją, w której polski KPO ma poważną wadę „kontekstową” – tę dotyczącą przestrzegania zasady pierwszeństwa prawa unijnego, co – z punktu widzenia prawa UE – jest także elementem praworządności.

Z jednej strony rząd w Warszawie deklaruje chęć wykorzystania środków, z drugiej jednak to wadliwy (ze względu na obecność w nim osób, których prawomocność jest podważana przez sądownictwo międzynarodowe) Trybunał Konstytucyjny ma orzekać w kluczowej dla unijnego systemu prawnego sprawie, wywołanej przez premiera, o bezwzględnej wyższości prawa krajowego nad unijnym.

To z punktu widzenia Brukseli jest niedopuszczalne, ponieważ łamie unijne traktaty.

Dlatego rząd rozważa – jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, który powołuje się na anonimowego urzędnika – pozwanie Komisji Europejskiej za bezczynność w sprawie Krajowego Planu Odbudowy. Jak interpretować taki sygnał ?

Wydaje mi się, że wypowiedzi „anonimowego urzędnika” nie warto w ogóle komentować. Natomiast prawem każdego podmiotu jest udanie się do sądu w sprawie żywo go interesującej. A tak jest w przypadku rządu i KPO. Inna sprawa jakie są szanse na wygraną. Moim zdaniem w tym przypadku są one mizerne.

A rozważane możliwości – jak sugeruje „DGP” – przygotowania katalogu spraw wymagających jednomyślności, które Polska mogłaby blokować w ramach retorsji. Np. kwestii spraw podatkowych, którymi zajmuje się Rada do spraw ekonomicznych i finansowych (Ecofin)?

Państwo członkowskie UE może stosować obstrukcje, ale w moim przekonaniu należy zwrócić uwagę na ryzyko jakie niesie to ze sobą. Z jednej strony są koszty polityczne, tj. wyizolowanie państwa na arenie unijnej, które będzie mieć konsekwencje w kolejnych sprawach, być może ważniejszych z punktu widzenia Warszawy.

A zatem ewentualne straszenie retorsjami wobec KE może być w tym przypadku mało opłacalne. Bo chwilowy sukces w postaci zablokowania jakiegoś unijnego ustalenia, odbije się czkawką w przyszłości.

Wartość funduszy z KPO jest przy tym tak duża, że trudno byłoby znaleźć taki obszar „przeszkadzania”, który by to jakoś – nawet w wypaczonym rozumieniu – „równoważył”.

Do sprawy KPO dochodzi kwestia kopalni Turów. Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że Polska nie zamknie kopalni. Nie tylko nie wdroży środków tymczasowych i niezaprzestanie wydobycia węgla brunatnego w kopalni, ale pojawiają się głosy, by nie płacić zasądzonej kary w wysokości 500 tys. euro dziennie. Jakie to może mieć konsekwencje?

W sprawie Turowa rząd Polski pokazuje swój bardzo kontrowersyjny stosunek do prawa i międzynarodowych zobowiązań. Zwróćmy uwagę, że sprawa nie jest rozstrzygnięta ostatecznie, a mówimy o zastosowaniu się do środków tymczasowych.

Politycy obozu rządzącego mogą oczywiście opowiadać, co chcą w mediach w sprawie wątpliwej ich zdaniem podstawy prawnej zastosowania środków tymczasowych. Przypomnę jednak, że jest ona ujęta w unijnych traktatach.

Jednak konsekwencje w tej sprawie mogą być znaczące – znowu – w o wiele istotniejszych dla Polski sprawach w przyszłości. Ponieważ niestosowanie się do zobowiązań międzynarodowych, czy to w przypadku Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, Turowa, czy decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie skargi 32 Afgańczyków koczujących w Usnarzu Górnym – dopuszczenia do nich prawników, jest sygnałem dla naszych partnerów międzynarodowych – o czym już wspomniałem.

Mówi to wiele niedobrego o tym, jak Polska postrzega obowiązek respektowania prawa, w tym prawa międzynarodowego. I pół biedy, gdybyśmy byli USA lub Chinami. Wtedy moglibyśmy pogodzić się z nadszarpniętą reputacją.

Ale w przypadku kraju takiego jak nasz może to oznaczać, że w istotnej dla nas sprawie w przyszłości, nasi partnerzy odmówią wykonania jakiegoś wyroku, który będzie „nie po ich myśli” w sporze z Warszawą. Bo nieszanowanie prawa międzynarodowego jest odbierane jako nieszanowanie tych państw, które swoich zobowiązań dotrzymują. Kto go nie szanuje, tego inni też nie szanują.