Jan Zygmuntowski: Jak osiągnąć suwerenność cyfrową Unii Europejskiej?

Nowa unijna agencja ds. cyberbezpieczeństwa znajdzie się w Rumunii, a nie w Polsce, źródło: Flickr/École polytechnique, fot. J.Barande

Nowa unijna agencja ds. cyberbezpieczeństwa znajdzie się w Rumunii, a nie w Polsce, źródło: Flickr/École polytechnique, fot. J.Barande

“Musimy ustalić wspólne standardy, które będą chronione w całej UE i zapobiegną niszczeniu europejskich wartości” – mówi Jan Zygmuntowski, ekonomista z Fundacji Instrat i Akademii Leona Koźmińskiego.

 

 

Wojciech Łobodziński, EURACTIV.pl: Jak krótko opisałby Pan związki Unii Europejskiej z rynkiem cyfrowym? Czy Dyrektywa o usługach cyfrowych (DSA) i Dyrektywa o rynkach cyfrowych (DMA) są nowymi elementami w tej relacji, czy były już od dawna oczekiwane w unijnym prawodawstwie?

Jan Zygmuntowski: Dwadzieścia lat temu Unia Europejska wprowadziła dyrektywę o handlu elektronicznym. To była pierwsza przełomowa regulacja dotycząca przestrzeni cyfrowej, ale od tego czasu internet i szeroko pojęta gospodarka cyfrowa przeszły wielką rewolucję.

Struktury rynkowe, zachowania biznesowe, podatność użytkowników na zagrożenia zmieniły się radykalnie. Zmieniliśmy się także my jako obywatele. Na początku XXI w. rynki cyfrowe były w dużym stopniu podzielone i postrzegane przez pryzmat bańki internetowej. Wszyscy uważali, że internet nie jest częścią gospodarki i nie może być sektorem strategicznym.

Sześć lat temu w Unii powstał jednolity rynek cyfrowy. W końcu uznano, że istnieje też cyfrowa część gospodarki. Od tej chwili wprowadzono Ogólne rozporządzenie o ochronie danych (GDPR). Z upływem czasu rosło przekonanie, że dyskusja nie toczy się tak naprawdę na temat wprowadzania biznesu do przestrzeni cyfrowej. A ze względu na to, że istnieje tak mało regulacji w tej sferze, która funkcjonuje jak kapitalistyczna wolnorynkowa utopia, zaczęły w niej dominować interesy wielkich korporacji.

Mogliśmy zauważyć, że postanowienia GDPR nie są łatwe do wyegzekwowania. Myśleliśmy, że dzięki nim władza wróci w ręce obywateli, ale tak się nie stało. Władza ciągle należy do wielkich korporacji. Widzieliśmy niszczenie innowacyjności, niszczenie konkurencyjności oraz brak autonomii strategicznej i suwerenności cyfrowej państw członkowskich UE. Szczególnie w ciągu ostatnich dwóch lat oczekiwano wprowadzenia jakiegoś rodzaju regulacji, ale od czasu dyrektywy o handlu elektronicznym nie przedstawiono zbyt wielu kompleksowych rozwiązań.

Cyfrowi giganci kontra prawa pracownicze. W Google powstanie związek zawodowy

Alphabet Workers Union – tak nazywa się pierwszy związek zawodowy, powołany przez pracowników Google w USA.

Co po wprowadzeniu proponowanych teraz przez UE rozwiązań zmieni się z perspektywy zwykłego człowieka a co z perspektywy platform internetowych?

Dyrektywa dotycząca usług cyfrowych jest niezbędnym krokiem, który bazuje na GDPR. Pomoże naszemu ustawodawstwu i środowisku dostosować się do rzeczywistości gospodarki cyfrowej.

Na pewno z punktu widzenia zwykłego człowieka oznacza to, że postanowienia GDPR będą wykonywane sprawniej. Potrzebujemy więcej odpowiedzialności w zakresie zarządzania treściami, fake newsami, toksyczną mową nienawiści, itd.

Styczeń 2021 r. pokazał nam, co może się stać, jeśli zostawimy kontrolę w rękach korporacji. Zakładamy, że DSA i DSM pozwolą nam rywalizować na dużo bardziej sprawiedliwych warunkach i wyrównać szanse dla różnych podmiotów.

Możemy mieć przynajmniej nadzieję, że skończy się wyniszczanie konkurencji. Platformy cyfrowe, szczególnie wielkie koncerny, wchłonęły fragmenty przestrzeni publicznej – od komunikacji do opieki zdrowotnej – zwłaszcza w czasie pandemii COVID-19.

Chcemy, by podejście tzw. kapitalizmu nadzoru było wyparte przez model, który zabroni pewnych rzeczy i wymusi otwarcie usług na innowacje. Musimy ustalić wspólne standardy, które będą chronione w całej UE i zapobiegną niszczeniu europejskich wartości.

Z punktu widzenia największych platform cyfrowych, tzw. Big Tech, Wielkiej Czwórki [Google, Apple, Facebook, Amazon – red.] jest to pewnego rodzaju przeszkoda. Od dawna szybko się rozwijają i łamią wiele zasad, dlatego nałożenie na nie ograniczeń będzie dla nas ochroną. Możemy mieć nadzieję, że platformy zaczną traktować poważnie odpowiedzialność za swoje działania.

Potrzebujemy transparentności, która dopuści większą odpowiedzialność. Większe ograniczenia dla wielkich graczy, którzy bardzo często są monopolistami, oznaczają w rzeczywistości mniej przeszkód oraz silniejszą konkurencję dla reszty. Jeśli spojrzymy na to w kategoriach geopolitycznych i geograficznych, większość z tych firm pochodzi z państw trzecich, a nie z Unii Europejskiej.

USA: Biały Dom ma nową rzeczniczkę prasową. Kim jest Jen Psaki?

Jen Psaki była niegdyś ulubionym celem rosyjskiej propagandy.

Co kryje się za koncepcją suwerenności cyfrowej?

Na pewno jest to chwytliwe, ale puste hasło, które można wypełnić własnymi pomysłami. Jeśli spróbowalibyśmy sprowadzić je do najprostszych kwestii, to suwerenność cyfrowa byłaby zdolnością wpływania różnie ze sobą powiązanych podmiotów na rozwój technologii cyfrowych zgodnie z ich własnymi potrzebami i planami.

Osoba, która decyduje o tym, jak rozwijać i jak wykorzystywać technologie jest suwerenem w przestrzeni cyfrowej. Lawrence Lessig [profesor nauk prawnych – red.] powiedział kiedyś, że kod jest wersją prawa w technologii informacyjno-komunikacyjnej. To właśnie zaczyna kształtować gospodarkę, społeczeństwo i wybory poszczególnych podmiotów. W tym przypadku kod jest prawem, a ktokolwiek pisze ten kod faktycznie tworzy nową strukturę prawną.

Po tym, co stało się z kontami Donalda Trumpa pojawił się w Polsce pomysł, że można regulować albo lepiej egzekwować wolność słowa z wykorzystaniem sądów 24-godzinnych. Możliwość odwołania się od każdej decyzji platformy internetowej to pomysł rządzącego obozu konserwatystów.

Z pewnością koncepcja odwoływania się od zakazów jest dobra w społeczeństwie demokratycznym. Potrzebujemy drogi odwoławczej w przypadku każdej decyzji, która wymaga podporządkowania.

Tak rozumiemy praworządność, a platformy bez wątpienia łamią te zasady. Byli suwerenami, którzy mówili, że nie można zakwestionować ich decyzji i że są one ostateczne. Wprowadzając drogę odwoławczą odpowiadamy im, że my jako obywatele wierzymy, że zgodnie z naszą suwerennością cyfrową muszą podporządkować się prawu.

Kryzys zaufania i brak przejrzystości. Jaka jest przyszłość cyfrowej debaty publicznej?

Jakie granice ma dziś wolność słowa w internecie? Czy istnieje alternatywa wobec „fejsokracji”?

Z drugiej strony wprowadzenie takiego mechanizmu tylko dla jednego kraju przez platformę, która ma dwa czy trzy miliardy użytkowników jest dość trudne. Istnieje duża różnica w sile negocjacyjnej między krajem członkowskim z mniej niż 40 milionami mieszkańców a silnym blokiem obejmującym prawie pół miliarda osób w przypadku podejmowania prób uzgodnienia reguł, które całkowicie zmienią zasady społeczności danej platformy.

Jeśli chodzi o suwerenność cyfrową i kształtowanie technologii uważam, że można wyegzekwować wiele podstawowych standardów, takich jak prawo pracy, na poziomie państwowym.

Ale jeśli chcemy w znaczny sposób przekształcić całą strukturę dzisiejszego internetu potrzebujemy wprowadzenia tych regulacji na poziomie europejskim i efektu brukselskiego, który wpłynąłby na te platformy i na nowo uformował internet.

W propozycjach złożonych w ramach konsultacji społecznych przez Fundację Instrat zaproponowaliście Państwo przyjęcie bardziej złożonego podejścia, a w nim włączenie platform transakcyjnych do infrastruktury publicznej, zalecenie pełnej interoperacyjności i wprowadzenie nowego europejskiego organu regulacyjnego dla jednolitego rynku cyfrowego. Jakie braki w obecnej propozycji chcą Państwo uzupełnić?

Nasze propozycje otworzyły przestrzeń, w której wiele think-tanków, takich jak nasz, pomyślało: “najwyższy czas naprawdę zastanowić się, jakiej gospodarki cyfrowej chcemy”.

Od tego momentu pojawiła się złagodzona wersja projektu ustawy. Dlatego powstaje pytanie, czy Komisja Europejska potrafi opracować regulacje, które przysłużą się interesowi publicznemu. Ta propozycja jest nadal dobra, ale trochę rozczarowuje.

Jako Fundacja Instrat zdecydowanie oczekujemy, że Komisja stanie na wysokości zadania i wysłucha głosów ekspertów. Wiele rzeczy całkowicie pominięto.

Na przykład środki zaradcze dostosowane do potrzeb platform, które nie są ogólnym zestawem zasad, ale dają możliwość zwrócenia się na przykład do Google’a czy Facebooka i powiedzenia “widzieliśmy, że robicie coś, co szkodzi bezpieczeństwu ludzi i rynkowi, musicie to zmienić”.

USA wprowadzą nowe cła na produkty z UE. Jest nadzieja na polepszenie relacji?

USA ustanawia nowe cła na produkty europejskie. W tle możliwe nowe rozdanie w amerykańskiej polityce zagranicznej.

Znikła interoperacyjność. Chodzi o postrzeganie platform internetowych jako infrastruktury publicznej. Jedną z kluczowych cech rynków cyfrowych jest ich otwartość i dostępność – cechy, które znamy z przeszłości.

Dominacja interoperacyjnych standardów i protokołów sprawiła, że była to potężna przestrzeń, która otwierała wiele możliwości. Znaczenie interoperacyjności w protokołach i standardach było na początku bardzo dobrze rozumiane.

Cały internet, HTTP, standardowe strony internetowe, maile, protokoły mailowe – wszystko to umożliwiło powstanie platform i stron internetowych oraz usług mailowych pierwszej generacji. Po dwudziestu latach jedynym problemem był spam albo stosowanie silniejszych mechanizmów uwierzytelniania na stronach internetowych.

Ale to naprawdę małe problemy w porównaniu z tym, co dzieje się od kilku lat w związku z powstaniem zamkniętych platform.

Mamy tendencję do budowania naturalnych monopoli. Jednak to nie jedyny sektor, w którym istnieją. Należą do nich także rynki energii, operatorzy systemów przesyłowych czy tradycyjna telekomunikacja.

Wiemy już, jak działają naturalne monopole i regulowaliśmy je w Unii Europejskiej w zdecydowany sposób. Musimy spróbować przejrzeć te rozwiązania, które już znamy i wdrożyć je na rynku cyfrowym.

Ujmując to w prosty sposób – z Facebooka zabieramy całą bazę danych użytkowników, ich telefony, wszystkie dane osobiste. Zakładamy na ich podstawie oddzielną firmę bez integracji pionowej. Powstaje w ten sposób wysoce regulowana, państwowa lub należąca do UE organizacja.

Potem nakłada się na nią obowiązek używania API, żeby inne serwisy, takie jak Facebook, mogły dalej działać. To dość poważna ingerencja w rynek, ale widzieliśmy już taką w przypadku telekomunikacji i rynku energii. Interoperacyjność pozwoli na bezpieczne kontrolowanie tego, co dzieje się w tej infrastrukturze, nada jej cechy użyteczności publicznej i wprowadzi przejrzystość standardów.

Janusz Reiter o USA: To nie jest konflikt społeczny. To konflikt kulturowy [WYWIAD]

„Załamanie się wiary w przywódcze możliwości Ameryki sprawi, że na świecie będzie jeszcze więcej chaosu” – mówi Janusz Reiter.

Spójrzmy na to, co Facebook zrobił z WhatsUpem. Po pierwsze kupili go, potem przenieśli dane osobiste jego użytkowników do głównych wyszukiwarek, więc całkowicie zlekceważyli GDPR. Zmieniają politykę prywatności, aby móc włączyć do WhatsUpa funkcje rezerwacji, płatności, własną walutę.

W zasadzie teraz wszystko będzie można zrobić w tej jednej aplikacji. Nie wydaje mi się więc, że obecna koncepcja DSA czy DSM jest wystarczająco kompleksowa i mocna, by powstrzymać wielkich graczy technologicznych przed tworzeniem jeszcze silniejszych ekosystemów, a tego właśnie powinny dotyczyć te regulacje.

Czy widzi Pan kogoś, kto na scenie politycznej reprezentuje Pańskie poglądy?

Patrząc na tę wersję DSA i DSM pokładam trochę mniej nadziei w Margrethe Vesager. Była postrzegana jako orędowniczka konkurencyjności, ale teraz wydaje się, że jej pomysły się rozmyły. Może poddała się zbyt wielu wpływom albo była zbyt otwarta na słuchanie tego, co mówi rynek.

Nieoczekiwanie w lepszym świetle widzę Thierry’ego Bretona. Myślałem, że będzie głosem europejskich koncernów technologicznych. Obawiałem się, że takie podejście nie przysłuży się najlepiej społeczeństwu. W rzeczywistości służy ono średniej wielkości przedsiębiorstwom działającym w Europie, które chcą się zwiększyć swój zasięg lub zostać europejskimi gigantami. Nie potrzebujemy tego. Musimy wprowadzać innowacje i tworzyć dobre warunki dla zwykłych obywateli.

Za kluczowych twórców zmian uważam przede wszystkim ekspertów, organizacje pozarządowe, które prowadzą narracyjną wojnę z wielkimi technologiami, takie jak Europejska koalicja na rzecz praw cyfrowych (EDRI), Instrat, Horyzont Europa czy Panoptykon.

Nie jesteśmy politykami, ale wchodzimy na scenę polityczną i opowiadamy się za pewnymi rzeczami. Muszę przyznać, że w środowisku akademickim widzę wiele osób, które interesują się gospodarką, prawem konkurencji czy prawami konstytucyjnymi.

Nie jestem pewien, czy są politycy, którzy aktywnie działają w tym zakresie, mają długoterminową wizję i naprawdę rozumieją połączenie bycia pro-innowacyjnym i pro-technologicznym, przy jednoczesnym zrozumieniu, że musimy od nowa zbudować gospodarkę cyfrową w Europie.

Trzeba zastanowić się, jaką gospodarkę cyfrową chcielibyśmy mieć w Europie za dziesięć lat, a następnie przemyśleć, jakie kroki należałoby podjąć, aby tak się stało. Jak zarządzać danymi jako dobrem wspólnym, jak kształtować ekosystem, który jest otwarty i interoperacyjny.