Francuski analityk: Grupa Wyszehradzka musi przedstawić swoją wizję Europy

DISCLAIMER: Stwierdzenia i opinie zawarte w tym artykule odzwierciedlają poglądy autora i nie przedstawiają stanowiska redakcji EURACTIV.pl

Mateusz Morawiecki i Viktor Orban, fot. Krystian Maj KPRM

Mateusz Morawiecki i Viktor Orban, fot. Krystian Maj KPRM

Z szefem brukselskiego oddziału Fundacji im. Roberta Schumana Ericiem Mauricem EURACTIV rozmawia na temat różnic między „starą” i „nową” Europą, niezrozumienia wzajemnych potrzeb i debacie na temat przyszłości UE.

 

EURACTIV: 15 lat temu grupa dziesięciu państw, w tym kraje Grupy Wyszehradzkiej, przystąpiły do Unii Europejskiej. Jakie nadzieje w nowych członkach UE pokładały państwa tzw. starej Europy?

Eric Maurice: Spodziewały się przede wszystkim reunifikacji Europy i rozszerzenia strefy wolności słowa, przemieszczania się i innych swobód, które zapewnia Unia Europejska. Równocześnie jednak Europa Zachodnia obawiała się o społeczne skutki rozszerzenia. Nie znaliśmy za dobrze historii, mentalności czy nawet oczekiwań populacji państw, które przyjmowaliśmy w 2004 r.

Kiedy więc państwa Europy Zachodniej i Wschodniej zaczęły ze sobą nie tylko rozmawiać, ale i podejmować wspólne inicjatywy, uświadomiliśmy sobie jak wysoki jest poziom niezrozumienia. I takie odczucie dominowało po obu stronach. Być może my – prowadząc politykę otwartości – oczekiwaliśmy, że nowi członkowie zaakceptują nie tylko unijne prawo, ale również będą podzielali naszą wizję UE. Okazało się jednak, że państwa „nowej” Europy nie wpasowują się dokładnie we wzór, który wymarzyły sobie państwa Europy Zachodniej.

Grupa Wyszehradzka: Od wzorcowych demokracji do autorytaryzmu?

W tym roku państwa Grupy Wyszehradzkiej świętują 30-lecie upadku komunizmu. Polska i Węgry nie mają jednak wielu powodów do zadowolenia, ciążą nad nimi bowiem unijne procedury dotyczące nieprzestrzegania zasad praworządności. W dodatku ostatnie dane dotyczące stanu demokracji na świecie …

Różnice uwidoczniły się również na tle podejścia do wojny w Iraku. Francja i Niemcy opowiedziały się przeciwko niej, ale większość Europy – zwłaszcza wschodnia część kontynentu – poszła za Amerykanami. To pokazuje, że nawet przed rozszerzeniem nasze wizje UE nie były takie same. Nie przemyśleliśmy wtedy różnic w podejściu do geopolityki czy polityki społecznej – po prostu zajmowanie się tymi kwestiami nie pasowało do beztroski końca lat 90. Optymizm zakończył się jednak z dniem reunifikacji. Od tego czasu rozpoczął się dla Europy nowy etap. Wtedy jednak w ten sposób nie myśleliśmy.

Czy kiedyś będziemy mogli powiedzieć, że jako Europa rzeczywiście jesteśmy zjednoczeni?

Będzie to trudne, biorąc pod uwagę, jak dużą rolę odgrywa przekonanie o pochodzeniu z tzw. bloku wschodniego. A fakt, że wszystkie te państwa weszły do UE w tym samym czasie wzmocniło przekonanie, że tworzą one jeden blok. Nie wiem, czy takie rozumienie nie jest odpowiedzialne za utrwalanie – przynajmniej mentalnie – podziału na Wschód i Zachód.

Ale musimy pamiętać, że to nie jedyny podział w Europie. Są i inne, np. na Północ i Południe, na duże państwa i małe państwa.

Wyszehrad jest częścią tego “bloku wschodniego” i akcentuje swoje odmienne stanowisko, zwłaszcza w sprawie migracji. Co po tym kryzysie myślą o nas na Zachodzie?

Państwa wyszehradzkie mają swoje podejście do kwestii migracji, ale inne państwa UE powoli zaczynają zbliżać się do ich stanowiska. Chodzi o to, że ochrona granic jest dziś priorytetem dla większej ilości państw niż to było w 2015 r., kiedy musieliśmy jakoś radzić sobie z falą migrantów. Obecnie kryzys jest dużo mniejszy, wobec czego Unia może skupić się na długoterminowych rozwiązaniach dotyczących granic. Nie oznacza to jednak, że wszystkie państwa w ten sam sposób podchodzą do tego problemu.

Nasuwa się również pytanie co zrobić z osobami starającymi się o azyl. Przecież brak rozwiązania w tej kwestii powoduje, że nadal nie mamy szerszego porozumienia unijnego ws. migracji. Kwestia azylantów wciąż jest kością niezgody między państwami wyszehradzkimi a instytucjami unijnymi. Ale jeżeli popatrzymy na ubiegłoroczny czerwcowy szczyt UE, gdzie kwestia migracji była szeroko dyskutowana, to zobaczymy, że odmienne zdanie od mainstreamu wyrażały w tej kwestii przede wszystkim Włochy.

Czy Francja może znaleźć wspólny język z Grupą Wyszehradzką?

Od lata 2015 r. francuskie spojrzenie na Grupę Wyszehradzką ewoluowało – od braku zainteresowania w stronę silniejszych kontaktów dwustronnych. Katalizatorem tych zmian nie zawsze były jednak przyjemne okazje.
 

Przez lata relacje Paryża z Wyszehradzką Czwórką (V4) dotyczyły głównie skutków konkurencji gospodarczej …

W następstwie kryzysu migracyjnego mieliśmy do czynienia z erupcją ruchów eurosceptycznych. Szczególnie mocno dostrzegalne jest to w państwach V4. Jakie Pana zdaniem są przyczyny tych zmian?

Po pierwsze, prawdopodobnie istotna jest tu różnica między oczekiwaniami w momencie rozszerzenia a dzisiejszą rzeczywistością. Możliwe też, że państwom tym trudno się pogodzić, że ich głos nie waży tyle, ile same by chciały.

Po drugie, Unia Europejska była uważana głównie za projekt gospodarczy, ponieważ komponent bezpieczeństwa zapewniało NATO. Potem jednak był traktat z Maastricht, który uwypuklił polityczną rolę Wspólnoty. Na przykład Czechom – ale również Brytyjczykom – trudno tę rolę zaakceptować, ponieważ implikuje ona przekazanie części suwerenności państwowej w ręce unijnych instytucji. Prawdopodobnie nie o to chodziło w 2004 r. państwom, które wówczas do UE przystępowały. To po drugie.

A po trzecie, nastał kryzys i Unia musiała podejmować nieraz trudne decyzje. Potem mieliśmy brexit i ludzie zaczęli się zastanawiać nad sensem Unii i nad tym, w którym kierunku powinna zmierzać. I nie były to pytania bezzasadne.

No właśnie. Po referendum brexitowym rozpoczęła sie debata na temat reformy UE. Czy padły już jakieś konkrety?

Pierwszym miarodajnym wskaźnikiem będzie unijny szczyt 9 maja. Mamy jednak pewne postępy w dziedzinie obronności, bezpieczeństwa, czy ochrony granic. Ogólnounijna dyskusja prawdopodobnie doprowadzi do jakiegoś przemodelowania unijnych traktatów, choć na razie nikt nie chce tego tematu podjąć. Tylko nieliczne państwa są na to gotowe, ponieważ wynikiem byłaby debata, w jaki sposób powinny być dzielone kompetencje między instytucjami a państwami członkowskimi. I oczywiście między samymi państwami występują różnice. Nie ma dziś jednej odpowiedzi na temat kierunku UE, ale wszyscy zdają sobie sprawę, że musimy tu wypracować jakiś modus operandi. Jednak w obliczu brexitu i negocjacji budżetowych trudno tę dyskusję konstruktywnie prowadzić.

Eurosceptycyzm na Węgrzech i w Polsce: podobne melodie, inna orkiestra

Mimo że w Polsce w ostatnich dniach możemy zaobserwować prounijne sygnały wysyłane przez Prawo i Sprawiedliwość, partie rządzące w Polsce i na Węgrzech nie zmieniły swojego nastawienia do UE. Trudno się temu dziwić – Viktor Orbán i Jarosław Kaczyński – …

Na przykład państwa Wyszehradzkiej Czwórki promują silniejszą rolę państw narodowych w UE. Czy jest to zadanie możliwe do zrealizowania?

To zależy, co kryje się pod postulatem silniejszej roli państw narodowych. Nie powinno być tak, że rozumiemy go tylko jako brak konieczności przestrzegania decyzji, które zapadają w Brukseli. Czy chodzi o dodanie mechanizmów konsultacyjnych do procesu legislacyjnego, czy może po prostu chodzi o to, aby każde państwo mogło robić to, na co ma ochotę? Mam wrażenie, że niektóre rządy jedynie chcą odzyskać tę swobodę.

Poza tym trzeba byćkonsekwentnym – nie można mówić, że jest się przeciw Europie wielu prędkości ze względu na swoje zapóźnienia, a równocześnie akceptować tylko niektóre decyzje wspólnotowe. Albo mamy różne prędkości, różne grupy i wtedy każda z nich ma swoje prawa i obowiązki, albo automatycznie odrzucamy Europę wielu prędkości i zarazem zasadę, że każdy może robić to, na co ma ochotę.

Czyli państwa wyszehradzkie nie przedstawiły jasno swojej wizji UE?

Na razie mówią, że chcą mieć więcej władzy, ale nie powiedziały do czego, miałaby im ona służyć. Wiemy na przykład, że polityka socjalna będzie jednym z najważniejszych tematów w nadchodzących latach. Muszą się więc określić, czy nadal chcą korzystać z niskich kosztów pracy albo dotychczasowych warunków dla pracowników delegowanych, czy chcą dogonić kraje lepiej rozwinięte, czy może chcą podnosić płacę minimalną albo wprowadzać kolejne programy socjalne.

Myślę jednak, że nie tylko kraje Wyszehradzkiej Czwórki mają problem z określeniem swojego wkładu do dyskusji o przyszłości UE. Niemcy są tu najlepszym przykładem. Nie wiemy czego chcą, ale nie wiemy też co jest celem Hiszpanii czy Włoch. Macron przynajmniej swoją wizję przedstawił. Może mieć rację, może się mylić, ale jego propozycje generują dyskusję. I oto w tym wszystkim chodzi.

E-mobilność: Jak Grupa Wyszehradzka radzi sobie na tle Europy?

W dziedzinie e-mobilności państwom Europy Środkowej nieco jeszcze brakuje do średniej unijnej. Nie chcą jednak dłużej pozostawać w tyle – stawiają na produkcję baterii do samochodów elektrycznych i marzą o wielkich inwestycjach rodzimego przemysłu.
 

Kiedy rozniosła się wieść, że w 2019 …

Uważa Pan, że przyszłość UE jest w rękach Francji i Niemiec? Czy to właśnie on będą głosem przyszłości Unii?

Obecnie jest tak, że dopóki Niemcy i Francja się w jakimś punkcie nie zgadzają, to UE nie może podjąć ostatecznej decyzji. Bez ich zgody nic nie można postanowić. Ale pojawiają się inne grupy, jak V4 właśnie czy blok państw skandynawskich, które patrzą na wiele spraw inaczej, a to z kolei utrudnia proces podejmowania decyzji.

Poza tym, wypracowanie konsensusu między Paryżem i Berlinem staje się coraz trudniejsze, a sytuacja między nimi też nieustannie się zmienia. Przez lata widzieliśmy Francję pozbawioną energii do działania. Teraz to Niemcy dotknął marazm – nie bez powodu propozycje Macrona spotkały się w Berlinie z jednoznacznym „nie”.

Tak więc francusko-niemiecka lokomotywa jest dla UE niezbędna, ale na pewno nie wystarczy. I to jest chyba największe wyzwanie dla Europy – znaleźć nowy silnik rozwoju, w którym kluczową rolę odgrywałyby nie tylko Niemcy i Francja, ale i inne państwa.

 

Eric Maurice jest szefem brukselskiego oddziału Fundacji im. Roberta Schumana. W przeszłości był redaktorem naczelnym EUObserver.