Drugi dzień wyborów w Norwegii: Kampanię zdominowały przyszłość ropy i nierówności ekonomiczne

Jonas Gahr Støre, Partia Pracy, Norwegia

Jonas Gahr Støre, szef norweskiej Partii Pracy / Zdjęcie: Flickr, CC BY-ND 2.0 [Arbeiderpartiet]

Wczoraj i dziś (12-13 września) Norwegowie wybierają nowy parlament. Wszystko wskazuje na to, że po dwóch kadencjach władzę stracą konserwatyści, a rządy ponownie przejmie lewicowa koalicja na czele z Partią Pracy. Kampanię wyborczą zdominowała tematyka przyszłości ropy naftowej i różnic w poziomie zamożności.

 

 

Koalicja pod przewodnictwem Partii Konserwatywnej (Høyre) rządzi Norwegią od 2013 r., gdy ugrupowanie to odsunęło od władzy Partię Pracy (Ap). Obie partie powstały jeszcze w latach 80. XIX wieku, a po II wojnie światowej tylko dwukrotnie (w latach 1972-1973 i 1997-2000) zdarzyło się, by żadna z nich nie znajdowała się w rządzie.

Od początku tego stulecia Norwegia miała tylko trzech premierów: Jensa Stoltenberga z Partii Pracy, Kjella Magne Bondevika z Chrześcijańskiej Partii Ludowej (KrF) i obecną premier Ernę Solberg.

Teraz zapowiada się, że konserwatyści ponownie przekażą pałeczkę laburzystom i ich lewicowej koalicji. Według stanu na czwartek (9 września) Partia Pracy może liczyć na ok. 24 proc. poparcia, co daje jej 5 pkt proc. przewagi nad Høyre.

Norweska gazeta rzuca wyzwanie rosyjskiej cenzurze

Gazeta była w ostatnich latach kilkukrotnie atakowana przez Kreml.

Troje kandydatów na premiera

W przypadku zwycięstwa Partii Pracy i utworzenia przez nią rządu premierem prawdopodobnie zostanie 61-letni Jonas Gahr Støre. To polityk z 8-letnim doświadczeniem w roli ministra: w latach 2005-2013 kierował resortem spraw zagranicznych, a następnie zdrowia w rządzie Jensa Stoltenberga. W swoim CV może zapisać funkcję dyrektora wykonawczego WHO. Przewodnictwo w partii objął w 2014 r. w związku z nominacją Stoltenberga (który do tamtego czasu kierował ugrupowaniem) na sekretarza generalnego NATO.

Choć sam pochodzi z zamożnej rodziny, to w tegorocznej kampanii zwrócił się, jak przystało na laburzystę, ku klasie pracującej. Argumentując, że po ośmiu latach rządów konserwatystów przyszła „kolej na zwykłych ludzi”, obiecał ulgi podatkowe dla osób o niskim i średnim dochodzie i podwyżki podatków dla najbogatszych.

Støre jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem na premiera, co jednak nie znaczy, że jego potencjalni koalicjanci bez żadnych dyskusji zgodzą się na jego przywództwo. Zdaniem agencji Reutera czekają go trudne negocjacje w tej sprawie.

Gabinet konserwatystów oznaczałby z kolei najpewniej kolejną kadencję 60-letniej Erny Solberg, która sprawowała funkcję szefowej rządu nieprzerwanie w dwóch ostatnich kadencjach, czyli od 2013 r. Wcześniej, w latach 2001-2005, była ministrem samorządu terytorialnego i rozwoju regionalnego w rządzie Kjella Magne Bondevika, gdzie za sprawą prowadzonej przez nią twardej polityki media okrzyknęły ją „żelazną Erną” (nor. „Jern-Erna”). Jest szefową Partii Konserwatywnej od 2004 r.

Na przestrzeni 8-letnich rządów Solberg obniżyła podatki, zwiększyła wydobycie ropy i dążyła do usprawnienia administracji publicznej. W ostatnim czasie podniosła też jednak państwowe wydatki, a to w związku z pandemią COVID-19. Jej reputacja ucierpiała na skutek wpadki, jaką zaliczyła w kwietniu. Policja ukarała ją grzywną za złamanie epidemicznych restrykcji, a konkretnie dozwolonego limitu uczestników na jej przyjęciu urodzinowym. Spadek poparcia dla Høyre spowodowany jest także wzrostem bezrobocia w wyniku lockdownu.

Trzecim potencjalnym kandydatem do stanowiska szefa rządu jest 42-letni Trygve Slagsvold Vedum z eurosceptycznej i agrarnej Partii Centrum (Sp). Mimo stosunkowo młodego wieku on również ma już doświadczenie w rządzie, choć zdecydowanie krótsze niż pozostali kandydaci. W latach 2012-2013 pełnił funkcję ministra rolnictwa i żywności w rządzie Stoltenberga. Partii Centrum przewodzi od 2014 r.

Popularność zdobył sobie dzięki rzeczowej, zrównoważonej polityce i obietnicy większych wydatków na obszary wiejskie. Na stanowisko premiera miałby szanse w przypadku ponownego wejścia w koalicję z laburzystami, ale w przypadku wygranych wyborów Støre zapewne nie będzie skłonny oddać przewodnictwa w rządzie.

10 lat od od tragedii, która wstrząsnęła Europą, Norwegia wciąż nie radzi sobie z ekstremizmem

Dekadę po narodowej tragedii w Norwegii ożywia się dyskusja na temat walki z prawicowym radykalizmem.

Główne motywy kampanii: ropa, klimat, dobrobyt

Tegoroczna kampania w dużej mierze skupiła się na polityce klimatycznej, zwłaszcza w kontekście wydobycia ropy naftowej i gazu na Morzu Norweskim. Norwegia jest największym producentem ropy w Europie Zachodniej. Eksport ropy i gazu stanowi 40 proc. całkowitej wartości norweskiego eksportu zapewnia temu krajowi 160 tys. miejsc pracy oraz dobrobyt socjalny.

Støre zapowiedział, że jego rząd skupi się na obniżeniu emisji gazów cieplarnianych zgodnie z celami przyjętymi w ramach porozumienia klimatycznego z Paryża, ale jednocześnie będzie walczył z utratą miejsc pracy. Do 2030 r. laburzyści planują obniżenie emisji o 55 proc. „Przed nami ogromna transformacja, a więc w najbliższych czterech latach potrzebujemy konkretnych kroków w tym kierunku. Rozsądna polityka na rzecz przeciwdziałania zmianie klimatu wymaga dużego zaangażowania państwa”, ocenił lider Partii Pracy.

Mniejsze partie, potencjalni koalicjanci laburzystów, również opowiadają się za ograniczeniem roli przemysłu naftowego, na przykład poprzez wprowadzenie limitów wydobycia. Inne podejście reprezentują konserwatyści i centryści, którzy chcą utrzymania wydobycia na obecnym poziomie.

Innym ważnym tematem kampanii był dobrobyt socjalny, a konkretnie duże nierówności w tej kwestii. Według danych norweskiego urzędu statystycznego odsetek dzieci, które żyją w rodzinach o niskim dochodzie wzrósł od 3,3 proc. 20 lat temu do 11,7 proc. w 2019 r. Koszty utrzymania w ciągu ostatnich 30 lat zwiększyły się sześciokrotnie.

„Należy zapewnić (obywatelom – red.) równe prawa i możliwości. W ostatnich latach nierówności znacząco wzrosły”, podkreślił Jonas Gahr Støre w rozmowie z agencją Reutera. „Bardziej sprawiedliwy podział dóbr jest więc podstawą naszej polityki”, dodał, zapewniając, że w przypadku powrotu Partii Pracy do władzy „będzie to odczuwalne”.

Jeszcze inne podnoszone w kampanii kwestie to renegocjacja umowy z Unią Europejską o wspólnym handlu, czego domaga się Partia Centrum, podatki, a także liberalizacja przepisów aborcyjnych, która jest postulatem lewicy. Zieloni domagają się z kolei złagodzenia przepisów antynarkotykowych. Inaczej niż w innych europejskich krajach, większej roli nie odgrywa natomiast kwestia migracji.

Norwegia: „Oddaliśmy UE zbyt duże kompetencje". Opozycja chce odzyskania suwerenności w energetyce

„Oddaliśmy UE zbyt duże kompetencje, zwłaszcza w obszarze energii – musimy je odzyskać”, stwierdził lider Partii Centrum Trygve Slagsvold Vedum.

Jaka koalicja po wyborach?

W razie zwycięstwa do zapewnienia sobie większości w Stortingu, czyli norweskim parlamencie, Partia Pracy potrzebuje koalicji z jeszcze dwoma innymi ugrupowaniami. Które to będą partie – ta kwestia pozostaje otwarta. W grę wchodzi odtworzenie koalicji z poprzedniego rządu laburzystów (2005-2013), czyli sojuszu z socjalistami i centrystami.

Biorąc pod uwagę obecne poparcie dla tych ugrupowań, nie wiadomo jednak, czy taka koalicja wystarczy do utworzenia większościowego gabinetu. Partia Centrum (Sp) i Sosialistisk Venstreparti (SV) cieszą się aktualnie odpowiednio 13-procentowym i 9-procentowym poparciem. Być może konieczne okaże się sprzymierzenie z inną lewicową partią Rødt, która może obecnie liczyć na 9 proc. poparcia lub z Zielonymi (5 proc.).

Tymczasem potencjalni koalicjanci Partii Konserwatywnej nieco stracili od ostatnich wyborów. Chrześcijańska Partia Ludowa cieszy się obecnie poparciem na poziomie 4 proc., zaś Partia Postępu (FrP) ok. 11 proc. Obecny koalicjant konserwatystów, liberalna partia Venstre może liczyć na 5 proc. W takiej sytuacji szanse na pozostanie partii Solberg u władzy nie są wysokie, ocenił analityk Terje Sørensen na antenie stacji TV2. „Jeśli sytuacja się nie zmieni, laburzyści zdają się mieć solidne szanse” na utworzenie rządu, dodał.

Wiceszefowa Partii Pracy Hadia Tajik przyznała w rozmowie z dziennikiem „VG”, że ugrupowanie nie jest zadowolone z wyników ostatnich sondaży, ale wciąż ma nadzieję, że uda się utworzyć gabinet w preferowanym przez laburzystów składzie, czyli takim, jak w drugim rządzie Stoltenberga. „Partia Pracy chce powołać rząd z Sosialistisk Venstreparti i Partią Centrum. Naszą ambicją jest, aby taka koalicja wystarczyła do zapewnienia większości”, powiedziała.