Nie naruszajmy fundamentów UE – WYWIAD

Przewodniczący Grupy Pracodawców w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym Jacek Krawczyk podczas VII Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy w Krakowie, źródło: EKMP, fot. Piotr Szałański

Przewodniczący Grupy Pracodawców w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym Jacek Krawczyk podczas VII Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy w Krakowie, źródło: EKMP, fot. Piotr Szałański

Przyszły rok będzie przełomowy dla zasad, na jakich będzie można delegować pracowników do pracy na obszarze innego państwa członkowskiego UE. Nowa dyrektywa nałoży m.in. limit czasowy na taką pracę i konieczność uwzględnienia lokalnych zasad naliczania wynagrodzenia. Polsce, mimo długich starań, nie udało się zablokować tej dyrektywy. Warszawa wskazywała, że zamknie ona w praktyce unijny rynek dla bardzo prężnej polskiej branży przewozowej.

 

Z przewodniczącym Grupy Pracodawców w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym Jackiem Krawczykiem rozmawiał na w trakcie VI Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy w Krakowie Michał Strzałkowski.

Stwierdził pan podczas obrad, że debata na temat delegowania pracowników to tak naprawdę debata na temat fundamentów wspólnego rynku. Dlaczego?

Dlatego, że jedną z najważniejszych wolności w UE jest swoboda przemieszczania się. To dotyczy również pracowników. Są pewne zasady, które w ogóle nie powinny być dyskutowane. Ale jeśli zaczyna się o nich dyskutować, a potem zaczyna się robić wyjątki od tej reguły, to mamy do czynienia z sytuacją podobną do takiej, gdy w wielkiej tamie pojawia się mała dziurka. Woda, która przez nią przepływa toruje sobie coraz mocniej drogę i ucieka jej coraz więcej i więcej. Boję się bardzo właśnie takiej sytuacji, w której zaczynamy od małych wyjątków, a potem przestajemy to kontrolować.

To brzmi bardzo poważnie. Nie ma w tym przesady?

Nie. Przecież robimy odstępstwo od bardzo ważnej reguły. Odchodzimy od zasad rynku i zasad Unii Europejskiej, do której przystąpiliśmy. Wstąpiliśmy bowiem do Unii, w której swoboda przepływu osób, towarów, usług czy kapitału jest fundamentem. Jeśli kruszymy fundament, to osłabiamy cały stojący na nim budynek. To jest oczywiste.

Apelował pan o to, aby nie patrzeć na kwestię debaty wokół delegowania pracowników, jako na inicjatywę unijną czy propozycję Komisji Europejskiej. Wskazywał pan raczej na grę między państwami członkowskimi.

Było to bardzo widoczne podczas całej tej debaty. Mieliśmy tu bardzo ostro zarysowane stanowiska w tej sprawie. Z jednej strony słynna „żółta kartka” pokazana przez państwa, które były przeciwne dyrektywie, a z drugiej strony grupa krajów – głównie państw założycielskich UE – które mocno popierały propozycje przedstawiane przez KE. To była gra między państwami członkowskimi.

Ale kiedy przyszło do ostatecznego głosowania nad tą dyrektywą na posiedzeniu Rady Europejskiej w czerwcu ubiegłego roku, to tylko Polska i Węgry jej się sprzeciwiły. Chorwacja, Litwa, Łotwa i Wielka Brytania wstrzymały się od głosu. Reszta państw poparła zaś wynegocjowany kształt dyrektywy.

To już jest polityka. A polityka jest grą o wynik w ujęciu netto obliczany na końcu całej drogi. Najwyraźniej to dossier nie było celem samym w sobie. Podejrzewam, że było argumentem przy innych równie ważnych, a może ich ważniejszych sprawach. Ale jest wiele krajów i to nie tylko z naszego regionu, bo także z Półwyspu Iberyjskiego, które nie były zachwycone proponowanymi rozwiązaniami. Gra polityczna ułożyła się jednak tak, a nie inaczej. Część z krajów zagłosowała za dyrektywą, choć była jej przeciwna, ale uzyskała coś za to w innym obszarze.

Dla Polski kwestia delegowania pracowników jest bardzo ważna, bo około 20 proc. wszystkich delegowanych pracowników w UE to Polacy. Polskie firmy mają na przykład aż 30 proc. unijnego rynku transportu drogowego. Ale w skali całej UE wygląda to inaczej – delegowanych jest ok. 2 mln pracowników. To mniej niż 0,5 proc. wszystkich obywateli UE.

Ale to nie chodzi o te liczby. Chodzi o zasady na jakich działa UE. Demokracja psuje się powoli. Podobnie jest z podstawowymi regułami – też można psuć je bardzo powoli. A przykład tej dyrektywy pokazuje, że można w bardzo prosty sposób doprowadzić do zaburzenia konkurencyjności.

Bo jeżeli na przykład prywatny przedsiębiorca założył firmę przewozową, zainwestował w to swoje pieniądze albo pożyczył je w banku, wyleasingował sprzęt i działa w oparciu o istniejące przepisy unijne, a nagle ktoś mu w połowie tej drogi zmienia regulacje tak, że de facto bardzo mocno mu ten biznes utrudnia, to gdzie tu jest uczciwość legislatora? Kto jest odpowiedzialny za straty, jakie taki przedsiębiorca ponosi? Kto się przejmuje tym, że nie będzie on mógł spłacić leasingu? Albo, że nie spłaci kredytu? A może zastawił dom, żeby pozyskać te pieniądze? Przecież nie wolno zmieniać reguł gry w taki sposób.

Wielcy gracze jeszcze sobie poradzą, a co z mniejszymi?

Nasz sektor transportowy jest zdominowany przez małe i średnie firmy, bardzo wielu przedsiębiorców ma tylko kilka ciężarówek, najwyżej 10. To nie są wielkie spółki, które mają tyle przestrzeni finansowej, żeby reagować sobie na takie zmiany powoli i dostojnie. Dla małych przedsiębiorców to jest więc często kwestia tego czy uda im się utrzymać na rynku.

Uważam, że musimy się trzymać zasady „pacta sunt servanda”, umów należy się trzymać, wszyscy się zapisaliśmy do UE skonstruowanej w pewien sposób. Polscy przedsiębiorcy mają dziś najnowocześniejszą flotę transportową w Europie. Ale gdzie kupili te ciężarówki? W Unii Europejskiej. Gdzie zatrudniają pracowników? W Unii Europejskiej. Gdzie wykonują usługi? W całej Unii Europejskiej. A nagle się okazuje, że dokonali złych decyzji, bo zaufali ustawodawcy europejskiemu, a ten potem zmienił reguły gry. A stało się tak, bo polscy przedsiębiorcy byli po prostu mocno konkurencyjni. Nie wierzę w to, że chodzi tu o to, że polscy kierowcy zarabiają za mało. Chodzi o to, żeby w ogóle nie jeździli w UE. A wtedy przecież nic nie zarobią.

Zwolennicy dyrektywy mówili o „dumpingu socjalnym”, przeciwnicy nazywali to „konkurencją rynkową”.

Nie rozumiem mówienia o dumpingu społecznym. Przecież jak przystępowaliśmy do UE to wynagrodzenia w naszym regionie były o wiele niższe niż na Zachodzie w porównaniu z dzisiejszą sytuacją. I dziś płace rosną u nas szybciej niż w Zachodniej Europie. A argument „dumpingu socjalnego” pojawia się nagle teraz. Dlaczego nikt go nie podnosił na początku? To nie jest do końca w porządku.

Co to w ogóle jest ten dumping socjalny? Jeżeli ktoś prowadzi swoją działalność w zgodzie z prawem, płaci podatki, odprowadza składki na ubezpieczenie społeczne, reguluje wszystkie daniny publiczno-prawne, ale przy okazji jest konkurencyjny, to już ma oznaczać, że uprawia dumping społeczny?

Jeżeli wyjdziemy z takiego założenia, to okaże się, że takie kraje, jak np. kraje Europy Środkowo-Wschodniej w ogóle nie będą mogły delegować pracowników do Europy Zachodniej. Przecież jeszcze długie lata zajmie nam dojście do sytuacji, w której będziemy mogli płacić takie same pensje pracownikom, jakie płaci się w Europie Zachodniej. Ta dyrektywa to jest dla pracowników delegowanych de facto oferta zaporowa.

Dyrektywa wejdzie w życie w lipcu przyszłego roku. Ale debata na ten temat wcale się nie skończyła. Prezydent Francji Emmanuel Macron w swojej niedawnej propozycji „renesansu dla Europy” proponował także ustanowienie „europejskiej płacy minimalnej”. Z drugiej strony w ogłoszonym w lutym liście 17 premierów i prezydentów państw UE dotyczących unijnej polityki gospodarczej proponowane są inne rozwiązania.

To wszystko świadczy o tym, że mamy w UE dwie odmienne wizje. Co najmniej dwie. Nawet w tym obszarze widać też jak zły jest dla UE brexit. Brytyjczycy byli zawsze nośnikiem idei bardziej wolnorynkowego podejścia do europejskiej gospodarki, równoważyli przez to podejście prezentowane np. przez Francję. Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE Polska będzie bardziej osamotniona w swoim wolnorynkowym podejściu do unijnej gospodarki. Podejście bardziej etatystyczne zdobędzie przewagę.

Ale trzeba pamiętać o jednej rzeczy – pracodawcy w całej UE opowiedzieli się przeciwko zmianie dyrektywy o pracownikach delegowanych. Żadna organizacja pracodawców niemieckich czy francuskich nie poparła tej propozycji. To były propozycje rządów.

Dziś liczba pracowników delegowanych jest w skali całej UE niewielka, ale rośnie z roku na rok. Za kilka, kilkanaście lat coraz więcej z nas będzie pracować transgranicznie.

Tak wychodzi z wielu analiz, że pracowników transgranicznych będzie coraz więcej. Jako Grupa Pracodawców w EKES zleciliśmy wykonanie takiego studium, które pokaże jaki wpływ na sytuację społeczno-ekonomiczną w UE ma rozwój świadczonych transgranicznie usług. Już widzimy, że jest wyraźna korelacja między wolnością tego rynku, a ilością generowanych pozytywnych korzyści – spada ubóstwo, obniża się bezrobocie, sytuacja ekonomiczno-finansowa się poprawia. Za ok. 3-4 miesięcy będziemy mieć pełne wyniki tego studium i je pokażemy.

Komisja Europejska na czerwiec zapowiedziała natomiast swój pierwszy raport, w którym znajdzie się ocena skutków przyjęcia dyrektywy.

Bardzo czekamy na ten raport. Żałuję, że rewizja dyrektywy nie następuje dopiero po tym raporcie. Stało się to niestety wcześniej. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że są w UE kraje, w których obrona rynku wewnętrznego znajduje się bardzo wysoko na agendzie politycznych priorytetów, ale to nie powinno usprawiedliwiać sytuacji, która jest po prostu nie fair.

To nie jest dyskusja o ułamku procenta obywateli UE, to jest dyskusja o pryncypiach i o zasadach wspólnego rynku. A nie ma mowy o wspólnym rynku bez uczciwej i wolnej konkurencji. To dzięki tej wolnej konkurencji UE może rywalizować na rynku globalnym. A to już jest na agendzie KE bardzo wysoko. Ale wolnej konkurencji nie będzie jeśli zaczniemy wewnątrz UE stosować praktyki protekcjonistyczne.

Czy coś może się jeszcze zmienić? Proponowane rozwiązania idą przecież raczej w kierunku pogłębienia tej dyrektywy.

Obawiam się, że wszystko zmierza w bardzo trudnym dla Polski kierunku. Majowe wybory do Parlamentu Europejskiego prawdopodobnie sprawią, że ten parlament zmieni się. Będzie w nim więcej polityków nastawionych nacjonalistycznie, a to może oznaczać wzrost nastrojów protekcjonistycznych. Szkoda, że nacjonaliści, którzy tyle mówią o konieczności obrony wewnętrznych rynków w ich własnych krajach, nie rozumieją, że ich koledzy z innych krajów robią to samo. I w efekcie tego zaczynamy budować w Europie nowe gospodarcze mury. A to może nam wszystkim bardzo skomplikować życie.

Obawy o skutki dyrektywy o delegowaniu pracowników

Pracodawcy mają na przygotowania jeszcze kilkanaście miesięcy. W połowie 2020 r. panujące w UE zasady dotyczące delegowania pracowników ulegną bardzo poważnym zmianom. Nie tylko wejdzie w życie nowa dyrektywa na ten temat, ale zaczną obowiązywać jeszcze 4 inne regulacje. Wątek …