Leszek Balcerowicz: „Drukowanie pieniądza nie jest darmowym obiadem”

Polska, gospodarka, pandemia, koronawirus, Balcerowicz, kryzys, Chiny, Unia Europejska, inflacja, złoty, euro

W warunkach takich jak teraz, gdy gospodarka jest uderzona przez czynniki zewnętrzne, pojawia się rola państwa, które musi w jakiejś części kompensować ubytek dochodów, dla tych którzy są szczególnie poszkodowani wskutek ekonomicznych skutków pandemii – a więc przypadłości losu. Dyskusja nie powinna dotyczyć czy pomagać, ale – jak zawsze zresztą - w jaki sposób i ile przeznaczyć na pomoc", przekonuje prof. Leszek Balcerowicz. / Foto via FB [@LeszekBalcerowicz]

„Przykłady Grecji i Włoch udowadniają, że największe problemy gospodarcze w trakcie pandemii są w krajach, gdzie było najwięcej antyrozwojowej polityki. Nie potrzeba więc Planu Marshalla dla wszystkich, lecz reform szczególnie tam, gdzie przez lata narosło wiele deformacji”, mówi w rozmowie z EURACTIV.pl prof. Leszek Balcerowicz.

 

 

Mateusz Kucharczyk, EURACTIV.pl: Widzi Pan jakieś podobieństwa pomiędzy  transformacją gospodarczą w Polsce lat 90-tych, a kryzysem ekonomicznym wywołanym przez pandemię koronawirusa?

Prof. Leszek Balcerowicz: Trzydzieści lat temu mieliśmy do czynienia z załamaniem się marnotrawnego  systemu gospodarczego – socjalistycznego – który odbierał ludziom wszelkie wolności włącznie z własnością gospodarczą i rynkiem. Załamanie się tego złego systemu było drogą do wolności i rozwoju – tym był transformacja w Polsce.

Obecnie mamy do czynienia z czymś zgoła innym: zewnętrznym wstrząsem, który dotyka w różnym stopniu wszystkie kraje świata. Porównujemy więc dwie zupełnie inne rzeczy.

Wtedy nasza część Europy, a obecnie cały świat, znalazły się w przełomowej sytuacji. Abstrahując od różnych uwarunkowań politycznych, tak samo jak transformacja z lat 90. XX w. zdeterminowała rozwój naszego regionu na lata, tak ekonomiczne skutki pandemii będą odczuwane na różnych polach gospodarki jeszcze przez długi czas…

Kryzys sprzed 30. lat nie był wywołany odejściem od socjalizmu. On był wywołany przez socjalizm, a kraje które szybciej i szerzej  przeprowadziły reformy wolnorynkowe i stabilizujące gospodarkę osiągają dużo lepsze wyniki niż inne. O czym świadczą wszystkie empiryczne badania.

Obecnie mamy do czynienia z wstrząsem zewnętrznym. Jeżeli dzięki szczepionkom uda się wyhamować epidemię – a to jest najbardziej prawdopodobny scenariusz, to będzie ona słabnąć.

Sektory, które najbardziej ucierpiały nie tyle z powodu pandemii, lecz z powodu ograniczeń wprowadzanych przez rządy – turystyka międzynarodowa, transport lotniczy, gastronomia, kultura – zaczną wracać do normalności, gdy wróci popyt ze strony konsumentów.

W trakcie pandemii świat wypływa na nieznane wody. W jaki sposób postrzega Pan – jak twierdzą krytycy – bezprecedensowy festiwal zadłużania się państw w celu ratowania gospodarek. Myśli Pan: „Zrobiłbym to inaczej”?

W warunkach takich jak teraz, gdy gospodarka jest uderzona przez czynniki zewnętrzne, pojawia się rola państwa, które musi w jakiejś części kompensować ubytek dochodów, dla tych którzy są szczególnie poszkodowani wskutek ekonomicznych skutków pandemii – a więc przypadłości losu.

Dyskusja nie powinna dotyczyć czy pomagać, ale – jak zawsze zresztą – w jaki sposób i ile przeznaczyć na pomoc. Dość wpływowy nurt w polityce gospodarczej i w ekonomii, który dominuje w mediach głosi, że w przypadku pożaru nie powinno się zastanawiać nad ilością zużytej wody, tylko lać ją aż do skutku. Ale to naciągane porównanie.

Trafniejszym można zaczerpnąć z medycyny: w przypadku choroby żaden porządny lekarz nie powie: „doza lekarstwa jest obojętna; idziemy na całość bez względu na skutki”. Gdyby tak zrobił, mógłby przecież doprowadzić do śmierci pacjenta.

Metafory dotyczące działań rządów w trakcie pandemii są niebezpieczne, ponieważ odsuwają uwagę od meritum. Przede wszystkim od różnic między krajami. To, na co mogą pozwolić sobie Stany Zjednoczone, nie dotyczy Polski. USA mają walutę światową, na którą ciągle jest popyt. Ale i w USA szybkie zwiększanie długu publicznego jest ryzykowne i masowe drukowanie pieniądza nie jest „darmowym obiadem”.

Taka postawa nie bierze pod uwagę dłuższej perspektywy, i znów odwołując się do medycyny, moglibyśmy przypomnieć: „po pierwsze nie szkodzić”. Dopiero przy szerszym spojrzeniu dostrzega się zagrożenia wynikające z masowej kreacji pieniądza przez banki centralne i skrajnego obniżenia stóp procentowych.

Gdzie kryją się zagrożenia?

Strategia stosowana w zamożnych krajach Zachodu opiera się na założeniu, że inflacja cen konsumpcyjnych będzie niska, jak do tej pory, a w związku z tym stopy procentowe pozostaną niskie. Dzięki temu rządy, firmy i gospodarstwa domowe nadal będą mogły się tanio zadłużać. Wyobraźmy sobie, że to założenie okaże się fałszywe, a to jest bardziej prawdopodobne w kraju takim jak Polska niż USA.

Gdyby inflacja zaczęła rosnąć, powstałby dylemat: albo banki centralne, tolerowałyby zwyżkującą inflację, która zawsze bije po kieszeniach ludzi i nie podnosiłyby stóp procentowych, albo podniosłyby stopy procentowe, by zgodnie ze swoją misją walczyć z coraz wyższą inflacją. Wtedy zaciągnięte wcześniej ogromne długi okażą się bardziej kosztowne ze względu na rosnące odsetki.

Krótko mówiąc strategia bezgranicznego zadłużania opiera się na założeniu, które nie musi się sprawdzić. A nikt ze znanych mi banków centralnych nie zaproponował wiarygodnej ścieżki wyjścia z dotychczasowej polityki pieniężnej (stosowanej od ponad 10 lat).

Żaden bank centralny na Zachodzie nie przewidział globalnego kryzysu finansowego, który wybuchł w 2007 r. w USA. Nikt nie przewidział, że polityka amerykańskiego FED-u (banku centralnego USA – red.) przyczyni się do katastrofy.

Zwolennicy pompowania miliardów dolarów/euro/złotych do gospodarek argumentują, że kryzys społeczny wywołany – tu znowu pojawia się odniesienie do polskiej transformacji – może być o wiele groźniejszy dla stabilności systemów politycznych.

Na ogólnikowe twierdzenia, w tym ostrzeżenia, nie da się precyzyjnie odpowiedzieć. Nie można ulegać takim sloganom. Przy pomocy straszenia ludzi katastrofą, jeżeli państwa nie zadłużą się w „bezprecedensowy sposób” można próbować uzasadnić wszystko, w tym gigantyczne zadłużanie państw.

Jaką widzi Pan alternatywę dla działań rządów?

USA ze względu na pozycję dolara mogą pozwolić sobie na dużo większą stymulację, zarówno przez politykę pieniężną jak i fiskalną niż znaczna większość państw. Spójrzmy jednak na Holandię, która wydała na walkę z pandemią – kompensowanie skutków różnych restrykcji – znacznie mniejszy odsetek PKB niż inne kraje.

Wśród liderów wydatków w Europie są Niemcy, ponieważ w przeszłości – w czasach prosperity – zgromadziły nadwyżki. Inne państwa europejskie mają mniej lub bardziej poważne deficyty budżetowe. Polska należy do rekordzistów w powiększaniu deficytu finansów publicznych w ostatnich miesiącach mimo że nasz dług publiczny w relacji do PKB prawdopodobnie, wedle definicji europejskiej, przekroczył konstytucyjną granicę 60 proc.

Trzeba dodać, że przyrost długu w Polsce nie jest spowodowany kolejnymi tarczami antykryzysowymi, ale bardziej wcześniejszą hojną polityką socjalną PiS. Program 500 plus kosztuje rocznie około 40 mld złotych, 13. i 14. emerytura – około 20 mld, obniżenie wieku emerytalnego, które dodatkowo obciąża budżet państwa to z kolei około 18 mld zł rocznie.

Jeżeli słyszymy więc z kręgów rządowych, że zwiększenie długu publicznego jest spowodowane ratowaniem gospodarki, to nie wolno zapominać, że to nawet nie półprawda, bo większa część deficytu wynika z wcześniejszych decyzji socjalnych

Pokusiłby się Pan o wskazanie dobrego ruchu w zakresie gospodarki rządu Mateusza Morawieckiego wykonanego w ostatnich kilku miesiącach – licząc od początku pandemii?

Staram się znaleźć konkretne ruchy, które można uznać za pozytywne, lecz ich nie znajduję. Natomiast nie trudno dostrzec działania, które idą w kierunku gospodarki Aleksandra Łukaszenki.

Na Białorusi połowa gospodarki należy do państwa, czyli rządzona jest przez polityków. Podobny kierunek dostrzegam w Polsce od kilku lat – nacjonalizowania różnych gałęzi gospodarki – pod hasłem – repolonizacji.

W efekcie sektor bankowy – niezwykle wrażliwy ze względu na ewentualne upolitycznienie – w Polsce znajduje się na trzecim miejscu w Europie pod względem udziału państwa, po Białorusi i Rosji.

Unia Europejska ma nowy Plan Marshalla w postaci wartego 750 mld euro Funduszu Odbudowy UE (Next Generation EU). Polska będzie potrzebowała nowego „planu Balcerowicza” po zakończeniu pandemii koronawirusa?

Ludzie często szukają różnych analogii, ale nie zawsze trafnych. Plan Marshalla wprowadzono, gdy gospodarka po II wojnie światowej wymagała zastrzyku gotówki. Jej rozwój stał się możliwy z powodu rozmontowania gospodarki wojennej, czyli przywrócono wolność gospodarczą. Najszybciej przywrócono ją w Niemczech Zachodnich, stąd niemiecki cud gospodarczy po wojnie. Znacznie wolniej znoszono ograniczenia w Wielkiej Brytanii i to miało przełożenie na brytyjską gospodarkę.

W tej chwili nie mamy konieczności odbudowy z ruin gospodarki wojennej, a w niektórych państwach, jak Włochy, problemy gospodarki biorą się z wielu lat zaniedbań i braku reform. Włochy były w kryzysie jeszcze przed pandemią. Nie są ofiarą wolnego rynku, tylko różnych deformacji, wywołanych przez złą politykę.

W Grecji przez 20 lat do 2010 r. u władzy zmieniały się populistyczne partie, które de facto prowadziły antyrynkową politykę – utrzymywania różnych ograniczeń, konkurencji, i jednocześnie zwiększania wydatków socjalnych. Grecy przed kryzysem mieli np. jedne z najwyższych emerytur w Europie mimo niższego poziomu PKB. Doprowadziło to do katastrofy, gdy okazało się, że fałszują statystyki.

Resztę historii pamiętamy: dla utrzymania Grecji w Unii, tworzono specjalne programy, które zresztą Grecy w dużej mierze sabotowali. Odsuwali reformę systemu emerytalnego, oswobodzenia gospodarki z regulacji, a zamiast tego podwyższali podatki, by równoważyć budżet. To było najgorsze rozwiązanie.

W Polsce dla równoważenia budżetu w 2021 r. rząd PiS zdecydował o podniesieniu lub wprowadzeniu iluś podatków, nazywanych eufemistycznie opłatami. Ale przecież one uderzą obywateli po kieszeni.

Przykłady Grecji i Włoch służą pokazaniu, że największe problemy gospodarcze są w krajach – potwierdzają to analizy OECD i UE – gdzie było najwięcej antyrozwojowej polityki. Nie potrzeba więc Planu Marshalla dla wszystkich, lecz reform szczególnie tam, gdzie przez lata narosło wiele deformacji.

Pomimo rozwoju gospodarczego, pensje w Polsce nadal są niskie. Odkąd wstąpiliśmy do UE migracja zarobkowa jest na wysokim poziomie, a w wartościach bezwzględnych największa po rumuńskiej w UE. I pomimo brexitu rodacy nie wrócili masowo do Polski, a zdecydowali się na przeprowadzę do innych państw Wspólnoty. Co można z tym zrobić?

Przy otwartych granicach nie można zakazać ludziom wyjeżdżania do innych państw za lepszą płacą.

Jedynym sposobem jest zmniejszanie różnic w poziomie życia z krajami Zachodu. Po 1989 r. różnice te zmniejszały się w Polsce najszybciej spośród wszystkich państw postsocjalistycznych. A ponadto dzięki reformom po 1989 roku płace w Polsce wzrosły o wiele więcej niż np. na Ukrainie, która w 1989 roku miała ten sam poziom dochodu na głowę co Polska.

Co, korzystając z pandemii na przeprowadzenie zmian, należałoby zreformować w Polsce?

Wraz ze wzrostem zamożności, zwiększają się aspiracje – ludzie chcą lepiej żyć. Jednak jeżeli utrzyma się spora luka w poziomie życia między Polską a np. Niemcami, byłby to silny bodziec do emigracji młodych, ale już nie do Wielkiej Brytanii, a do naszych zachodnich sąsiadów.

Pogłębiłoby to nasze problemy demograficzne. Przypomnę, że według obecnych prognoz – i to mimo programu 500 plus – ludność w Polsce będzie stopniowo zmniejszać się, w czasie gdy w Niemczech prognozy są lepsze.

Rozwój gospodarki zależy głównie od jej innowacyjności, a ona zależy od ustroju gospodarczego

Innowacyjność jest związana z silną konkurencją rynkową, która jest możliwa wyłącznie przy utrzymaniu szerokiego zakresu wolności gospodarczej w ramach rządów prawa.

Z euro poradzilibyśmy sobie lepiej z kryzysem?

Wspólna waluta nie zastąpi rynkowej, prężnej gospodarki. Grecja, Włochy mają euro, a nie uchroniło ich to przed problemami gospodarczymi. Nie można ulegać myśleniu magicznemu, że wszystkie problemy znikną wraz z pożegnaniem „złotego”

Nie chcę powiedzieć, że w jakiejś perspektywie Polska nie powinna przyjąć euro, ale powinniśmy skupić się na tym, co zrobić niezależnie od tego. A poza tym, aby przyjąć wspólną walutę, należy zmienić konstytucję, a do tego potrzebna jest niezbędna większość, czyli porozumienie rządu z opozycją. Trudno liczyć na to w obecnej sytuacji.

Dostrzega Pan pozytywy pandemii? Lewicowi ekonomiści podkreślają np., że powoli dokonuje się odejście od konsensusu waszyngtońskiego, który był podstawą neoliberalnych reform gospodarczych w krajach przechodzących transformację na przełomie lat 80 i 90 XX w.

Przekonują, że w sytuacji kryzysu lepiej jest uratować miejsca pracy i możliwości wytwórcze niż nadmiernie pilnować dyscypliny finansowej.

Konsensus waszyngtoński nie dotyczył całościowej charakterystyki pożądanego ustroju, a bardzo istotnych kwestii makroekonomicznych. Np. konieczności utrzymania niskiej inflacji czy stabilności systemu finansowego.

Pandemia stanie się więc akceleratorem państwowego interwencjonizmu?

Sprawdzianem dla świata po pandemii będą procesy gospodarcze. Jeżeli nie utrzyma się niska inflacja to ludzie zaczną to odczuwać w cenach produktów i usług. W Polsce już mamy do czynienia z najwyższą inflacją w UE. Przy bardzo niskich stopach procentowych – podobnych do stóp procentowych w USA – oznacza to, że ludzie trzymający gotówkę w bankach tracą.

Bezrobocie od kilku miesięcy stoi w miejscu jak zaklęte. Jest to różnie tłumaczone, ale nie brakuje głosów, że to zasługa rządowych tarcz antykryzysowych. W kolejnych miesiącach czeka nas wzrost bezrobocia? 

Na razie nie możemy zakładać, że kryzys będzie trwał przez cały rok 2021. Jak na razie prawdopodobny scenariusz jest taki, że gospodarka odbije wraz z usuwaniem kolejnych restrykcji wraz z postępem w szczepieniach. Wtedy zatrudnienie będzie wzrastać.

Niskie wskaźniki bezrobocia w Polsce zawdzięczamy m.in. demografii: na rynek pracy wchodzi mniej młodych osób – nawet do około 250 tys. niż jeszcze kilkanaście lat temu. Poza tym rząd Zjednoczonej Prawicy obniżył wiek emerytalny, przez co część osób zniknęła z rynku pracy. Nawet jeśli dorabiają do emerytury, to często już na czarno.

W dłuższej perspektywie ta nierównowaga przełoży się na problemy systemu emerytalnego, który jest utrzymywany ze składek osób pracujących. Inną konsekwencją będzie nakładanie coraz to nowych danin – niezależnie od tego jak zostaną one nazwane – przez rząd na jeszcze pracujących, aby niwelować dziurę w finansach publicznych.

Nie brakuje głosów, że „There is no alternative” wypowiedziane niegdyś przez premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher już dawno straciło na aktualności.

Dziś nadal uważa Pan, że nie ma alternatywy dla globalnego kapitalizmu, który poza pozytywami ma także wiele złych stron – nierówności społeczne?

Zawsze bywają jakieś alternatywne rozwiązania, tyle że bywają gorsze.

Wiele osób jest pod wrażeniem sukcesu gospodarczego Chin, które są przecież paskudną dyktaturą prześladującą dysydentów lub mniejszości, jak Ujgurów. Chiny przestały być rozpaczliwie biedne, ponieważ odeszły od socjalizmu w gospodarce.

Za czasów Mao Zedonga – któremu przypisuje się przecież odpowiedzialność za śmierć ok 70 milionów osób – kraj ten był biedny, ponieważ wszystko należało do państwa.

Obecnie w Chinach sektor prywatny odpowiada za 70-80 proc. zatrudnienia. To przełożyło się na wyjście z ubóstwa kilkuset milionów osób. Nie pochwalam modelu chińskiego, ale wskazuje na czynniki przekładające się na sukces gospodarczy.

Przykład Chin jest niebezpieczny, ponieważ udowadnia, że można zachować gospodarkę typu kapitalistycznego, bez respektowania reguł demokratycznych i wolności osobistych. Jednak jest alternatywa?

Chiny są tylko jedną z dyktatur i jako takie nie są reprezentatywne dla całego zbioru podobnych im reżimów nie respektujących wartości demokratycznych. Większość dyktatur to klęski gospodarcze, np. w krajach afrykańskich, na Kubie, Korei Północnej czy w Wenezueli.

Chiny zawdzięczają sukces: ogromnemu rozmiarowi, populacji a więc silnej konkurencji i dużemu rynkowi wewnętrznemu i mniejszym barierom w gospodarce. Zwiększano tam wydatki socjalne w tempie wolniejszym niż rosła gospodarka.

W efekcie pozostawały niskie podatki, a to dobre warunki dla sektora prywatnego, co przekładało się na większe pensje pracowników. Niskie podatki oznaczały też zachowanie większych oszczędności, a to przełożyło się na sfinansowanie kolejnych inwestycji.