Michał Kanownik: Prawo autorskie w UE musi równoważyć interesy twórcy i odbiorcy treści – WYWIAD

Michał Kanownik - Prezes ZIPSEE „Cyfrowa Polska” oraz członek zarządu Digital Europe

Michał Kanownik - Prezes ZIPSEE „Cyfrowa Polska” oraz członek zarządu Digital Europe

Reforma prawa autorskiego w wersji zaproponowanej przez Komisję Europejską utrudni prace nad sztuczną inteligencją, zaszkodzi mniejszym podmiotom w internecie i po prostu uprzykrzy życie internautom – przekonuje w rozmowie z EURACTIV.pl prezes ZIPSEE „Cyfrowa Polska” oraz członek zarządu Digital Europe Michał Kanownik. Głosowanie nad projektem zmian odbędzie się w Komisji Prawnej Parlamentu Europejskiego w przyszłym tygodniu.

 

Michał Strzałkowski: Czy zmiany w kwestii prawa autorskiego na poziomie całej Unii Europejskiej są konieczne?

Michał Kanownik: Harmonizacja prawa autorskiego jest oczywiście potrzebna. Zwłaszcza teraz, gdy coraz więcej działalności i twórczości przenosi się do świata cyfrowego. Zmieniają się pola eksploatacji, rozszerzają się możliwości dostępu do kontentu czy jego dystrybucji. Ta harmonizacja na poziomie całej UE jest tym bardziej potrzebna, że obecnie mamy zbyt wiele różnic w podejściu do kwestii prawnoautorskich w państwach członkowskich i w prawie krajowym. Obawiam się natomiast, że w kwestii ustalania reguł prawa autorskiego na Jednolitym Rynku Cyfrowym mamy do czynienia z sytuacją, w której wylano dziecko z kąpielą.

Zrobiono bowiem podstawowy błąd, który jest popełniany już od wielu lat, gdy dyskutuje się o reformie prawa autorskiego w kontekście świata cyfrowego. A mianowicie wymiar prawa autorskiego wciąż jest zbyt analogowy. Zbyt mocno patrzy się tylko na jedną kwestię – na interes posiadaczy praw do treści i ochronę tych interesów. Oczywiście to jest podstawowym zadaniem prawa autorskiego, ale od wielu miesięcy, a nawet lat powtarzam, że w dzisiejszych cyfrowych czasach prawo autorskie ma obowiązek nie tylko chronić interes dostawcy, ale jednocześnie gwarantować dostęp do kultury i nauki dla konsumentów. Jeżeli zatem prawo autorskie nie będzie równoważyło tych interesów, to żadna z tych stron – ani konsumenci, ani twórcy – nie będą z tego prawa zadowoleni i nie będzie ono umożliwiało rozwoju kulturalnego, społecznego i naukowego dzisiejszych społeczeństw. Bo dzisiaj prawo autorskie nie dotyczy tylko dziennikarzy, pisarzy czy muzyków, ale właściwie każda dziedzina przemysłu czy ekonomii ma jakieś związki z prawem autorskim i kwestiami kreatywności. A co więcej, dzisiejsza technologia sprawia, że każdy z nas może być twórcą. Kiedy robimy zdjęcie telefonem i wrzucamy na jakiś portal społecznościowy, to już jesteśmy twórcami. Prawo autorskie dotyczy każdego z nas.

Dziś prawem autorskim objęte może być wiele rzeczy. Dużo więcej niż kiedyś. To jest jedna z przyczyn, dla których prawo autorskie jest nowelizowane. Prawem autorskim mogą być objęte już nie tylko powieść, piosenka czy obraz, ale nawet linijka napisanego przez programistę kodu. Pojawiają się głosy, że kwestia kształtu prawa autorskiego może mieć wpływ na przykład na prace nad sztuczną inteligencją. Ale co ma jedno z drugim wspólnego?

Wbrew pozorom bardzo dużo. I co więcej, w podejściu Komisji Europejskiej do prawa autorskiego i nowych technologii zauważamy chyba najwięcej sprzeczności. Z jednej strony KE poświęca dziś wiele pracy i pieniędzy na promowanie prac nad rozwojem sztucznej inteligencji czy robotyki jako przyszłości unijnej gospodarki za kilkanaście lat, ale z drugiej strony w dyrektywie, o której rozmawiamy jest artykuł 3., który utrudnia swobodną komercyjną wymianę danych w UE pomiędzy krajami. A aby sztuczna inteligencja się rozwijała, zaś komputery uczyły się inteligentnie funkcjonować na rynku, trzeba przerobić ogromną ilość danych. Im więcej tych danych zostanie przetworzonych, tym lepiej maszyny nauczą się pewnych myślowych schematów zachowania człowieka. Jeżeli tu wprowadzimy wymóg uzyskania przez przedsiębiorcę zgody od autora danych zanim ich użyje, to właściwie sparaliżujemy prace nad sztuczną inteligencją. Zwłaszcza, że ustalenie autorów wielu danych jest niezwykle trudne i czasochłonne, np. w przypadku danych ogólnodostępnych w Internecie. A jeśli sparaliżujemy w Europie prace nad sztuczną inteligencją, to ucierpi na tym europejski biznes.

KE przedstawiła projekt nowego podatku od działalności w internecie

Komisja Europejska chce opodatkować firmy, które aktywnie prowadzą działalność w internecie. Do tej pory ten obszar, choć przynosi coraz większe zyski, był słabo opodatkowany. Bruksela zastrzega, że nie chodzi jej o zaszkodzenie branży, ale o utrudnienie jej unikania płacenia podatków.
 
Według …

W jaki sposób?

Przełożenie jest bardzo proste. W Polsce mamy dziś zagłębie centrów badawczo-rozwojowych światowych koncernów. Mamy bowiem świetną kadrę inżynieryjną i wielu młodych, ambitnych i zdolnych ludzi. Tylko Samsung zatrudnia w takim centrum w Warszawie 2,5 tys. inżynierów. To trzecie tak duże centrum tego koncernu po Korei Południowej. Jeśli jednak zostaną przyjęte regulacje dotyczące prawa autorskiego w kształcie proponowanym przez KE, to takie centra bardzo szybko przeniosą się poza Unię, czyli tam gdzie takich barier rozwojowych nie będzie. Myślę, że Singapur, który niedawno przyjął u siebie bardzo korzystne rozwiązania w tym zakresie, już trzyma kciuki za to, aby UE przyjęła właśnie tak skonstruowane prawo autorskie. Chętnie przejmą nasze miejsca pracy. Straciłby też dynamicznie rozwijający się w Europie sektor start-upowy. On także potrzebuje swobodnego dostępu do danych. Nie chcemy oczywiście, aby w kwestii praw autorskich do danych zapanowała tzw. „wolnoamerykanka”, ale apelujemy o stworzenie regulacji, które nie zablokują dostępu do danych innowacyjnym przedsięwzięciom biznesowo-naukowym.

Chodzi o kwestię tzw. text and data mining (TDM). Czyli o co?

O swobodną wymianę danych, która dziś istnieje pomiędzy różnymi firmami czy ośrodkami naukowymi. Nie chodzi o utwory czy filmy, ale o dane, które mogą być przetwarzane przez komputery, aby mogły się one uczyć. Ta wymiana często jest darmowa lub pół-komercyjna. Nie ma płacenia za dane, tylko po prostu barter: dane za dane. Im więcej danych przetworzą komputery, tym lepsza może powstać sztuczna inteligencja. Także ta europejska. Chyba, że kwestia konieczności ustalenia autorów pewnych informacji, które są w obiegu od dawna i konieczność pozyskania zgody owych autorów na ich użycie, zablokuje w Europie proces, który swobodnie toczyć się będzie w innych częściach świata. Nie da się już znaleźć autorów wielu zbiorów danych, nikt też nie zarabia bezpośrednio na nich. Dziś one służą opracowaniu innowacyjnych rozwiązań, które za kilkanaście lat powinny służyć nam wszystkim. Dlatego Europa nie może sobie sama ograniczyć zasobu owych danych wykorzystywanych do „uczenia się” maszyn. Inaczej Unia Europejska sama sobie zablokuje rozwój gospodarczy. Może nie będzie tak źle, że staniemy się wyspą zacofania, ale na pewno miejscem, gdzie w tym obszarze innowacyjnym firmom będzie działać o wiele trudniej.

Ale przecież projekt Dyrektywy dopuszcza TDM w celach edukacyjnych.

Podstawowe pytanie to takie, gdzie się kończy użycie w celu edukacyjnym, a zaczyna w biznesowym. Dyrektywa zbyt wąsko dopuszcza stosowanie TDM. Przecież dziś rozwój naukowy toczy się nie tylko na uczelniach, ale także w firmach technologicznych. Widać to szczególnie w obszarze sztucznej inteligencji. Tu wciąż raczej się inwestuje i szuka rozwiązań niż zarabia na tym. Ta działalność wciąż jest w gruncie rzeczy naukowa na każdym poziomie. Te prace przyniosą korzyści nam wszystkim. Trzeba myśleć w perspektywie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat, a nie w przez pryzmat tego, że dziś komuś brakuje w kieszeni pieniędzy.

W projekcie Dyrektywy są także zapisy dotyczące obowiązkowego stosowania przez różne serwisy specjalnych antypirackich filtrów, które będą wyłapywały treści nielegalnie umieszczone. Spora część internautów obawia się jednak, że te automatyczne algorytmy będą wskazywać także na różne parodie, przeróbki czy cytaty, nawet jeśli to jest na przykład hołd dla danego twórcy.

Uważam, że to jeden z najbardziej niebezpiecznych zapisów w projekcie tej Dyrektywy. I to z kilku przyczyn. Po pierwsze, będzie ogromny problem z określeniem tego kto, jak, i w jakim trybie ma oceniać pod kątem prawa autorskiego zdjęcie, mem czy komentarz, który ktoś wrzuci na jakiś serwis. To moim zdaniem stwarza potencjalne ryzyko wystąpienia takiej internetowej quasi-cenzury. Wyobrażam sobie, że jakieś firmy będą chciały z czystej chęci zapewnienia sobie procesowego bezpieczeństwa, po prostu jakieś treści skasować. Będą wolały to niż ryzyko, że ktoś im zarzuci złamanie czyichś praw autorskich. Już to wykracza poza idee wolności słowa czy wolności internetu.

Po drugie, te zapisy stwarzają ogromne niebezpieczeństwo dla mniejszych portali, serwisów internetowych czy agregatorów informacji, ponieważ zaistnieje przed nimi pewna bariera utrzymania się na rynku. Wyobrażam sobie, że globalny koncern internetowy poradzi sobie z wymogiem filtrowania, bo nawet jeśli będzie to kosztowne czy trudne technicznie, to go po prostu na to stać, a mały założony oddolnie portal informacyjny będzie wobec tych wymogów całkiem bezradny. I albo zablokuje wiele treści, albo zniknie z rynku. Nie rozumiem dlaczego UE, która jest ostoją wolności i równości, wprost narzuca obowiązek sprawdzenia tego, co kto chce napisać w internecie. Tego się nie da pogodzić. Treści są dziś tak szybko powielane przez kolejne serwisy, że może być trudno udowodnić, że to ja jestem autorem zdjęcia, które zrobiłem swoim telefonem i zilustrowałem nim artykuł.

I po trzecie, obawiam się, że tworzymy bardzo skuteczne narzędzie, które będzie można wykorzystać niekoniecznie w celu ochrony praw autorskich, ale do zwykłej walki np. między redakcjami mediów o różnym profilu politycznym. Albo między ludźmi po prostu. Będzie można łatwo doprowadzić do zablokowania w internecie jakiejś treści i to całkowicie w zgodzie z prawem. Mogę przecież dziennikarzowi, którego nie lubię, zacząć zarzucać, że naruszył prawo autorskie. Już dziś mamy takie pojedyncze przypadki na przykład na Twitterze czy YouTubie. A teraz pomnóżmy to razy tysiąc.

Nie rozumiem też idei wprowadzenia takich obowiązkowych filtrów. Przecież już dziś w wielu serwisach do dzielenia się muzyką czy video istnieją opcje zgłaszania naruszenia praw autorskich. Jeśli ktoś zgłosi taki przypadek na przykład na YouTube, to ten serwis będzie to wyjaśniał i podejmie ewentualnie odpowiednie kroki. Nie wyważajmy drzwi, które już są otwarte.

Jest zgoda, aby znieść w UE geoblocking

Zakończyły się negocjacje na temat zaprzestania na terenie UE tzw. blokowania geograficznego. To jeden z elementów budowy Jednolitego Rynku Cyfrowego. Parlament Europejski, Rada Europejska oraz Komisja Europejska porozumiały się co do warunków, na jakich miałoby zostać zniesione blokowanie usług cyfrowych …

Chce Pan powiedzieć, że to koniec z dzieleniem się w internecie zdjęciami śmiesznych kotów?

Jeśli Dyrektywa w proponowanym przez KE kształcie przejdzie, to tak może być. Patrzymy teraz rozmawiając przez szybę na Plac Piłsudskiego w Warszawie i na stojący tu Grób Nieznanego Żołnierza. Możemy mu zrobić zdjęcie i wrzucić do sieci. Ale takich zdjęć są już w internecie bez wątpienia tysiące. I pewnie nawet zrobionych z tej samej kawiarni i dokładnie z tego samego miejsca w równie słoneczny dzień. Jak udowodnię, że zdjęcie jakie wrzuciłem do serwisu społecznościowego jest mojego autorstwa? Mam poprosić Pana, żeby zrobił mi Pan zdjęcie jak ja robię zdjęcie? To by już było kuriozalne.

W dyskusji o Dyrektywie o prawie autorskim mówi się także o możliwości wprowadzenia tzw. podatku od linków. Oczywiście nie chodzi o prawdziwy podatek, ale o opłatę, jaką wyszukiwarki czy serwisy gromadzące odnośniki do np. artykułów prasowych płaciłyby autorom bądź wydawcom. Wydawcy czy redakcje gazet argumentują, że to konieczne, bo serwisy internetowe zarabiają na tworzonych przez nich treściach i nie dzielą się tym zyskiem.

Tego też nie rozumiem. Przecież już dziś każdy dziennikarz czy autor tekstu ma możliwość dochodzenia swoich praw, jeśli zostały one naruszone. To czy wydawcy to robią i na ile są w tym skuteczni, to już jest zupełnie inna sprawa. Wprowadzenie prawa pokrewnego związanego z tzw. podatkiem od linków sprawi, że w naturalny sposób skorzystają najwięksi wydawcy. Obawiam się, że jeśli wyszukiwarki czy agregatory treści będą musiały płacić za umieszczanie linków do treści, to siłą rzeczy wybiorą większych dostawców treści. Duzi dogadają się z dużymi po prostu.

Pomijam tu oczywisty absurd samej idei żądania opłat za linkowanie do treści – każdy, kto ma choćby elementarną wiedzę o Internecie wie, że linkowanie jest korzystne dla autora, gdyż sprowadza na jego strony odbiorców, a to za nimi idą dochody.

Takie regulacje obowiązują już np. w Hiszpanii czy w Niemczech. Jak się sprawdzają?

W Hiszpanii opłaty te zostały ograniczone do tzw. agregatorów treści. Nie stało się niestety tak, że wydawcy nagle zaczęli otrzymywać więcej pieniędzy, a dziennikarze lepiej zarabiać. Agregatorzy przestali działać, a straciły po prostu lokalne hiszpańskie media. Okazało się bowiem, że spadek ruchu, jaki odnotowała cała branża, w znacznie większej mierze dotyczył małych, lokalnych i specjalistycznych wydawców, dla których ruch pochodzący z agregatorów był znacznie ważniejszy, niż dla wielkich dzienników o ugruntowanej marce. Ustawodawca zaś zablokował im możliwość udzielenia licencji bez wynagrodzenia, odcinając ich od publiczności. Czyli skutek jest taki, że upadła nie tylko część hiszpańskich małych mediów, ale także mniejsze agregatory treści. Nie były bowiem w stanie ponosić nowych kosztów. Obawiamy się, że efekt na poziomie całej UE będzie bardzo podobny.

Nieco inaczej wygląda sytuacja w Niemczech, gdzie prawo jest szersze, dotyczy też wyszukiwarek, ale umożliwia udzielenie licencji bez wynagrodzenia. Wielkie koncerny prasowe rzecz jasna udzieliły takich licencji największym firmom internetowym, ale już nie małym. Jeden koncern przez kilka tygodni się opierał, ale empiryczne doświadczenie spadku ruchu i dochodów, szybko spowodowało zmianę polityki – potwierdzając to, co powiedziałem wcześniej. Ruch to zysk, a linki napędzają ruch. Poza kilkoma przypadkami wymuszonych okolicznościami płatności, prawo to w Niemczech także nie przyniosło wydawcom, ani tym bardziej dziennikarzom, żadnych dochodów. Organizacja, która za nim lobbowała i która próbuje egzekwować te opłaty, ponosi zaś wielomilionowe koszty i prowadzi kosztowne spory sądowe. Panuje jednak związana z tym ciągła niepewność prawna i np. start-upy nie mogą znaleźć inwestorów, przestraszonych potencjalnym ryzykiem procesu.

W krajach takich jak Polska, gdzie rynek wydawców lokalnych jest bardzo duży, istnieje to samo zagrożenie. U nas też skorzystałyby największe koncerny medialne. Boję się sytuacji, w której za pomocą pieniędzy będzie można sterować tym, jakie informacje będą w sieci lepiej dostępne od innych. Najmocniej ucierpią na tym konsumenci.

Wydawcy argumentują, że wyszukiwarki czy agregatory zarabiają na tym, czego nie wytworzyły. Wskazują na to, że ponoszą koszty wytworzenia treści – reportaży, artykułów czy wywiadów, a ktoś na tym sobie zarabia nawet jeśli udostępnia link i tylko fragment tekstu, ponieważ może przy tym wyświetlić reklamy. I tym zyskiem się nie dzieli, a więc żeruje na trudzie mediów, które – zwłaszcza jeśli są głównie papierowe – i tak znajdują się już w coraz trudniejszej sytuacji.

Złośliwie mógłbym powiedzieć, że po prostu świat się zmienia i technologie się zmieniają. Wydawcy muszą się do tego przygotować i dostosować do sytuacji swój model biznesowy. Ale przecież – przynajmniej w Europie – wciąż ciężko jest monetyzować treści online. Choć przykład USA pokazuje, że to jest możliwe. Potrzebne są jednak dobre modele biznesowe i dobra oferta kontentu dla konsumenta internetowego. Ale to jest wyzwanie wyłącznie dla wydawców. Wydaje mi się jednak, że z fachowymi dziennikarzami jest tak jak z naukowcami, którzy publikują swoje prace naukowe w formie książek. Te książki ukazują się potem w ograniczonym nakładzie. Są jednak kserowane przez studentów na uniwersytetach. Rozprzestrzenianie się tej wiedzy naukowej promuje naukowca i jego idee. Czytane we fragmentach jego prace nakręcają zainteresowanie całą publikacją. Dziennikarze i media korzystają tak samo z udostępniania w wyszukiwarkach fragmentów artykułów. Internet to najlepsze narzędzie do promocji treści. Trzeba wspomóc wydawców w tym, by umieli monetyzować swoje treści w internecie oraz aby umieli dochodzić swoich praw na gruncie już istniejącego prawa.

Przede wszystkim jednak, jak wspomniałem powyżej, obecność w agregatorze czy wyszukiwarce jest dla wydawcy korzystna – prowadzi do niego ruch. A jeżeli uważają, że nie jest, to są niezwykle łatwe sposoby wyłączenia się z indeksacji i wyników wyszukiwania – wystarczy umieścić malutki plik robots.txt i sprawa rzekomego “wykorzystywania” natychmiast znika. Wydawcy jednak tego nie robią, gdyż doskonale wiedzą, że ten argument jest fałszywy i że na zniknięcie z wyszukiwania i agregacji po prostu stracą.

Komisja PE przyjęła poprawki do dyrektywy o e-prywatności

Komisja Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych w Parlamencie Europejskim (LIBE) opowiedziała się za poszerzeniem prawa do prywatności w globalnej sieci. Choć przyjęto kompromisowe poprawki, nie zabrakło kontrowersji. Zwłaszcza ze strony przedstawicieli firm internetowych.
 
31 europosłów było za przyjęciem kompromisowych poprawek do zaproponowanej …

Mówi Pan o kserowaniu książek czy podręczników, ale przecież w wielu krajach UE, także w Polsce, obowiązuje już tzw. opłata reprograficzna, czyli niewielka kwota doliczana do kosztu powielania i ceny urządzeń służących do tego. Te pieniądze, niczym tantiemy, trafiają do autorów publikacji. Tzw. podatek od linków funkcjonował na zbliżonej zasadzie. Jeśli coś działa w wersji papierowej, to dlaczego ma nie działać w cyfrowej?

Ależ to analogowo też nie działa. A to dlatego, że jakakolwiek opłata pobierana z rynku za to, że ktoś może coś zrobić potencjalnie, oznacza, że nie trafia to faktycznie do osób, które powinny dostać te pieniądze. Jeśli mowa o opłacie reprograficznej, to ona jest teoretycznie pobierana powszechnie i trafia do osób, których dzieła są kopiowane. Ale jak sprawdzić dokładnie, kogo się najczęściej kopiuje? To jest niewykonalne. Trzeba więc użyć jakiegoś sztucznego algorytmu, który wyliczy komu te pieniądze dać. W efekcie wszyscy dostają po złotówce, czyli nikt nie dostaje nic. A do tego tworzymy taką atmosferę krzywdy po stronie twórców słowa pisanego.

Z opłatami za linki jest podobny problem. Płacić się będzie za umieszczenie linków, a nie za to, że faktycznie ktoś w nie kliknął. Może być tak, że ktoś dostanie pieniądze, choć nikt tej treści faktycznie nie użył. Pamiętam debatę na temat tych kwestii, w której brał udział pewien kulturoznawca. I on wtedy powiedział, że lepsze prawo autorskie niż dziś było w średniowieczu. Bo jak wtedy wędrowny bard śpiewał swoje piosenki, to najpierw słyszała je publiczność w karczmie. I jak były dobre, to go nagradzała, a jeśli złe – wyrzucała za drzwi. A dziś płacimy za wszystko z góry. Często musimy najpierw zapłacić, aby się przekonać czy coś jest dobre. A to powoduje, że część potencjalnych odbiorców ucieka w szarą strefę, czyli korzysta z piractwa.

Co dalej z projektem Dyrektywy?

20-21 czerwca będzie nad nim głosować Komisja Prawna (JURI) w Parlamencie Europejskim. Wtedy poznamy ostateczny kształt projektu. Wciąż jest rozważanych kilka jego wersji. Niestety najprawdopodobniej przeważy ten najbardziej konserwatywnie traktujący kwestię prawa autorskiego. Choć i tak został on już dzięki staraniom bułgarskiej prezydencji złagodzony, ponieważ Bułgarzy mocno pracowali nad wypracowaniem jakiegoś kompromisu. Ale moim zdaniem to jest typowy „zgniły” kompromis.

Po głosowaniu w Komisji JURI, projekt trafi na forum plenarne PE, a potem do Rady Europejskiej. Ale to właśnie głosowanie w Komisji JURI jest kluczowe, bo ono zakreśli obszar w jakim odtąd będziemy się poruszać. Potem możliwe będą już tylko drobne zmiany.