Dlaczego firmy nie chcą zarabiać więcej? – prof. Bolesław Rok o circular economy | WYWIAD

Kolacja przy śmieciach

Kolacja przy śmieciach

Aby zrobić jedną złotą obrączkę trzeba wydobyć 10 ton rudy złota albo… 10 kilo telefonów komórkowych. Mimo to przeznaczamy do recyklingu mniej niż 10 proc. telefonów w Europie. A gdybyśmy postawili na recykling, moglibyśmy przestać wydobywać rudę złota. To samo z innymi pierwiastkami. Odpady to olbrzymie i niewykorzystane bogactwo – tłumaczy prof. Bolesław Rok, dyrektor Centrum Badań Przedsiębiorczości Pozytywnego Wpływu Akademii Leona Koźmińskiego.

 

Karolina Zbytniewska: Ile marnujemy żywności?

Prof. Bolesław Rok: Na podstawie danych Eurobarometru można szacować, że w Unii Europejskiej ok. 30 proc. żywności jest marnowane. Ale dokładnie nikt tego nie zbadał. Przypuszczam, że w Polsce marnujemy poniżej średniej europejskiej.

Skąd taka intuicja?

Nauczyliśmy się oszczędzać za czasów komuny, szczególnie żywność. Marnotrawstwo jest w większym stopniu cechą społeczeństw konsumpcyjnych bądź post-konsumpcyjnych, a w znacznie mniejszym dotyczy tych społeczeństw, które dopiero gonią ten konsumpcyjny świat. Obszar nadmiernej konsumpcji to u nas najwyżej kilkanaście procent społeczeństwa. Dla większości mieszkańców Polski, szczególnie tych spoza Warszawy i kilku innych większych miast, problemem nie jest nadmiar, tylko niedobór.

Marnotrawstwo nie dotyczy jednak tylko etapu konsumenckiego, ale też prawdopodobnie wszystkich go poprzedzających etapów tzw. cyklu życia produktu.

Rzeczywiście, w przypadku żywności warto patrzeć na cały cykl życia – od produkcji rolnej, przez przetwórstwo, do gotowego produktu, procesu dystrybucji, a także użytkowania już w gospodarstwie domowym. Niestety, ciągle nie ma dobrych badań, który by pokazały skalę tego zjawiska właśnie na wszystkich etapach cyklu życia, a z punktu widzenia zmniejszania strat w procesie zamykania obiegu to bardzo ważne.

Oczekiwania związane z przestawianiem się na gospodarkę o obiegu zamkniętym (GOZ) są duże. Ale najpierw niezbędna jest szeroko zakrojona kampania edukacyjno-informacyjna skierowana do przedsiębiorców i obywateli, uwzględniająca nie tylko rzetelne informacje, ale też proste przykłady pokazujące możliwe oszczędności.

Dla mnie podstawą GOZ jest angielskie określenie „less is more”, czyli „mniej oznacza więcej”. Być może da się mniej produkować i mniej kupować, a jednocześnie budować takie modele biznesowe, które pozwolą przy mniejszym wolumenie produkcji wciąż tyle samo zarabiać. Albo nawet więcej, jeśli zwiększymy efektywność wykorzystania zasobów. Ale też podnosić jakość życia obywateli.

Punktem wyjścia nie są więc odpady i myślenie o tym, jak je zagospodarować, tylko raczej jak nie doprowadzać do nadmiernej produkcji i eksploatacji.

Była kiedyś taka kampania edukacyjno-reklamowa dostawcy energii elektrycznej, w której pokazywano, jak oszczędzać prąd w domu. Pamiętam, że wtedy zastanawiano się nad tym, czy takim podejściem firma ta nie narusza interesów akcjonariuszy. Bo jak to, utrzymywać się ze sprzedaży energii, a z drugiej strony namawiać do jej oszczędzania…

Dlaczego taka odpowiedzialność biznesu się opłaca?

Bo kreuje lojalność klienta, poczucie, że firma dba o niego i jego portfel. Ceny energii i tak idą ciągle w górę, a marża też rośnie – a to na niej zarabia dostawca. W dodatku wzrasta liczba klientów. Firma na tym zyskuje, nie pogarszają się jej wyniki finansowe, a jednocześnie buduje więź z użytkownikiem i zaufanie.

Możemy właśnie obserwować kampanię marketingową prowadzoną przez największego producenta papierosów w Europie, w której zachęca się klientów, aby nie kupowali już papierosów. Ale jednym z pierwszych przykładów takiej polityki była akcja reklamowa amerykańskiej firmy Patagonia „Don’t Buy This Jacket” – „Nie kupuj tej kurtki”. Patagonia to wielki amerykański producent odzieży turystycznej, znany i kultowy dla wielu osób uprawiających sporty ekstremalne. I te reklamy wcale nie były skierowane przeciwko interesowi firmy. Tak naprawdę niosły przesłanie, że jeśli kupisz kurtkę Patagonii, to ona ci wystarczy na całe życie, bo jest tak doskonała, że nie ma potrzeby wymieniać jej co dwa lata.

Wielu ludzi lubi wymieniać garderobę, niezależnie od zużycia uprzedniej. A poza tym jak wszystko będzie takie niezniszczalne i niewyczerpywalne to co kupować na święta i urodziny? W czasie wyprzedaży kupujemy dlatego, bo jest akurat przecena, a nie dlatego, bo jest… potrzeba.

Działamy w pewnym sensie pod przymusem. W efekcie wszyscy wszystkim kupują prezenty, gospodarka się kręci, a środowisko cierpi. W dodatku badania pokazują jak wiele prezentów jest nietrafionych. Nie mówię jednak, że mamy zrezygnować z konsumpcji, ale ją ograniczyć, kupować mniej a mądrzej, a może też zamiast rzeczy materialnych dawać usługę – w zarządzaniu taka strategia nazywa się „product as a service”. Bo nie musimy mieć, żeby używać, np. tak jest z samochodami – coraz rzadziej potrzebujemy posiadać samochód.

Wiem coś o tym – nie mam samochodu, a po mieście poruszam się głównie rowerem.

Poza rowerem mamy też komunikację publiczną, różne taksówki, ubery, nie mówiąc o car sharingu, czy carpoolingu. W ten sposób przestajemy być tradycyjnym konsumentem, stajemy się tylko chwilowym użytkownikiem. Nie musimy już posiadać na własność, wystarczy mieć dostęp, tzw. „access”. Dziś cała gospodarka wchodzi w tryb „access economy”, opiera się na dostępie. Dlatego smartfon jest głównym symbolem przynależności do rynku.

W ten sam sposób możemy też spojrzeć na prezenty. Zamiast rzeczy dajemy usługę lub dostęp do czegoś, z czego obdarowany może korzystać, np. z internetowej lekcji jogi.

Albo skoku na bungee czy wspinaczki po wieżowcu oferowanych między innymi przez wyjątkowyprezent.pl.

W ten sposób nie mnożymy rzeczy, pozwalając komuś przeżyć może coś istotnego.

Z takim prezentem jest taki sam problem jak z tradycyjnym – musimy kogoś dobrze znać, aby trafić. Ja bym na przykład nie skorzystała ze skoku na bungee. A w dobie facebooka, tysięcy znajomych i polowań na lajki idziemy często w ilość, nie jakość relacji.

Dlatego warto się zastanowić, co jest najbardziej oczekiwane, może dajmy bliskim w prezencie swój czas, a może niektórym największą radość sprawi po prostu dobre słowo albo… przytulenie. To pewnie trywialne stwierdzenie, ale w końcu zaczynamy dostrzegać, że relacje i uczucia często są ważniejsze niż rzeczy – powoli przechodzimy do fazy post-konsumpcyjnej.

Abyśmy doceniali takie „prezenty” potrzeba fundamentalnej zmiany cywilizacyjnej. Trudno będzie wyplenić utrwalane przez dekady w popkulturze, reklamie i praktyce oczekiwanie, że na urodziny, komunię, czy pod choinkę otrzymamy dużo drogocennych rzeczy. Doszedł do tego kult opakowania na prezent: musi być dużo kartonu, celofanu i wstążeczek. Sam bilet np. do teatru przecież aż dziwnie by wyglądał – taki jakiś mały, cienki, goły, bez kilograma folii.

Niestety tych przyzwyczajeń mamy wiele i przełamywanie ich będzie procesem czasochłonnym. Jednak są różne typy konsumentów w różnych krajach Europy. IKEA robiła ostatnio badania, jak zachowują się konsumenci w różnych częściach Europy. W wielu krajach potrzeba posiadania nadal jest stosunkowo mocna, chociaż coraz popularniejsze w dużej części Europy jest tzw. ekokupowanie, czyli kierowanie się w zakupach kryteriami przyjazności dla środowiska, czyli choćby tym, czy opakowania są zwrotne. W Polsce jesteśmy bardziej sceptyczni wobec ekonowinek. Jeśli np. słyszę, że restauracja będzie używać składników z odpadów, to mam negatywne skojarzenia. Większość ludzi nie rozumie różnorodnych oznakowań żywności.

Składniki o bliskiej dacie ważności to nie są odpady. Jedzenie z odpadów budzi wewnętrzny sprzeciw, zaś jedzenie ze składników o bliskiej dacie ważności i to od dostawców ekologicznych już nie. Słowa mają znaczenie.

Przy pewnych produktach już zmieniliśmy nasze myślenie – pokazuje to np. popularność second hand’ów z używaną odzieżą. Biznes ciągle jeszcze nie wie, w jakim stopniu i w jakich branżach trend ekonomii cyrkularnej rzeczywiście zawojuje rynek.

Ale, podobnie jak Patagonia kiedyś, firmy mogą ten trend kształtować. Lepiej teraz tworzyć modę na nowy styl życia i konsumpcji niż potem w ostatniej chwili dostosowywać się do unijnych wymogów.

Biznes nie jest zbyt chętny do tego, żeby kształtować tego typu trendy, bo niechętnie ponosi ryzyko.

I wykorzystuje racjonalny argument konkurencyjności, który w skrócie brzmi: „w Chinach wolnoamerykanka i dumping cenowy, a my frajerzy musimy się dostosowywać do ambicji urzędników z Brukseli”. Z drugiej strony i Komisja Europejska, i wcześniej Ministerstwo Rozwoju, a teraz Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, pracują nad rozwiązaniami integrującymi interes środowiskowy z ekonomicznym. Dostrzegając to wielkie korporacje, tj. Coca-Cola, Costa Coffee, Danone oraz McDonald’s już wyprzedzająco ogłosiły w styczniu swoje zielone strategie – widać więc tutaj pozytywną moc regulacji i polityki.  

Koncerny reagują na strategię KE ws. tworzyw sztucznych

Przedstawiona w połowie stycznia strategia Komisji Europejskiej zakłada m.in. że do 2030 r. wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na unijnym rynku muszą być wielokrotnego użytku lub podlegać recyklingowi. Komisja chce nie tylko ograniczyć przedostawanie się plastiku do środowiska naturalnego, ale także rozwijać nowe możliwości biznesowe. Niektóre koncerny spożywcze odpowiadają „zielonymi zobowiązaniami”.
 
Opracowana przez KE strategia

Tymczasem część biznesu myśli oczywiście, że „znowu nas będą zmuszać”. Jednak to na tym polega rola regulacji, sensownie wspieranych instrumentami finansowymi, że długofalowo wpływają na wszystkie procesy produkcyjne. Przykładowo, ze względu na przedłużoną odpowiedzialność producenta, ekoprojektowanie opakowań i produktów stanie się zasadą, a nie wyjątkiem, bo wyrzucanie opakowań zacznie drożej kosztować – producent poniesie koszty utylizacji czy odzysku. Póki co, biznes woli nie ryzykować, poczeka na szczegółowe regulacje.

Patagonia zaryzykowała.

Tak, ale to jest rynek amerykański. W Polsce nadal jest niewiele osób z nastawieniem konsekwentnie proekologicznym.

Aby więc biznes zachęcić do ryzyka, trzeba poziom tego ryzyka zredukować zapewniając wsparcie finansowe, nie tylko twarde wymagania. Prawdopodobnie można też przekonać biznes argumentem ekonomicznym.  W 2015 r. amerykańscy analitycy Jakob Rutqvist i Peter Lacy obliczyli, że przejście z gospodarki liniowej na GOZ oraz uwzględnienie oceny cyklu życia już na etapie projektowania produktów może przynieść tylko amerykańskiej gospodarce 4,5 bln dolarów zysku do 2030 r. Zysk w skali globalnej oszacowali zaś na więcej niż 25 bln dolarów.

Czasem dyskutuję ze studentami o urban mining, czyli o powtórnym wykorzystaniu zawartości istniejących wysypisk, ale też nieużywanej infrastruktury miejskiej. Znajdują się tam w obfitości wszystkie pierwiastki i cenne surowce, które wydobywamy z wnętrza ziemi. Moglibyśmy tak naprawdę zamknąć wszystkie kopalnie i zacząć odzyskiwać to, co już jest na rynku. Firmy już zaczynają lepiej wykorzystywać istniejące odpady, np. zalegające w morzach. Procter & Gamble podaje, że do produkcji części opakowań swoich kluczowych artykułów tj. Ariel i Lenor wykorzystuje materiały powstałe z odpadów poużytkowych (PCR), także z plastiku wyłowionego w oceanie.

Jak oszacowano w zaprezentowanym podczas zeszłorocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos raporcie przygotowanym na zlecenie Fundacji Ellen MacArthur w oceanach pływa ok. 150 mln ton plastikowych odpadów. Sporo do przetworzenia dla innowacyjnych i mądrych przedsiębiorców.

Wysypiska – te legalne i nielegalne – to są faktycznie kopalnie. Były komisarz ds. środowiska Janez Potočnik pokazuje, że np. aby zrobić jedną złotą obrączkę trzeba wydobyć 10 ton rudy złota albo… 10 kilo telefonów komórkowych. Jednak przeznaczamy do recyklingu mniej niż 10 proc. telefonów w Europie [przemówienie TEDx Flanders]. Gdybyśmy postawili więc na recykling, moglibyśmy przestać wydobywać rudę złota. To samo jest też z innymi pierwiastkami. Odpady to olbrzymie i niewykorzystane bogactwo.

Zamiast gospodarki odpadowej zaczynamy mieć gospodarkę surowcową, a zamiast zarządzania odpadami mamy zarządzanie zasobami. Gdybyśmy zarządzali nimi lepiej – a ceny surowców cały czas idą w górę – to okazałoby się, że te oszczędności byłyby większe niż na cięciu kosztów pracowniczych, tzw. zasobów ludzkich. W ludzi trzeba inwestować, a zasoby naturalne lepiej wykorzystywać.

Czyli znowu wraca pytanie. Jeśli to się opłaca – a jak widać opłaca się w pełni – i biznesowi, i środowisku, to czemu to się nie dzieje? Czemu nie sięgamy po darmowe surowce?

Biznes tego nie robi, bo np. cykle życia produktów są w pewnym sensie podzielone na wiele przedsiębiorstw. Każde odpowiada za jeden mały wycinek cyklu. I większość kieruje się zasadą NIMBY, czyli „not in my backyard” – nie w moim ogródku. I każde działa w swoim własnym. Liderzy zwykle nie dostrzegają szerszego kontekstu, skupiają się tylko na mobilizowaniu swoich ludzi i swojej organizacji do wzrostu efektywności ekonomicznej. Np. producent plastikowych nakrętek do pewnego typu pojemników myśli tylko o swoich pracownikach, swoim produkcie i o kliencie biznesowym, któremu to dostarcza. Nie interesuje go, jakie jest dalsze życie jego nakrętki. I że może ją odnaleźć na plaży odległego kurortu wraz z milionami innych nakrętek, gdy sam się przekona, że z powodu tych nakrętek woda nie nadaje się tam do kąpieli. Jednym ze sposobów na pokonanie takich ograniczeń – niezależnie od regulacji prawnych – jest bliższa współpraca, czyli to, co się już w wielu krajach dzieje – klastry.

W Polsce też takie mamy.

W ich ramach firmy współpracują w ten sposób, że odpad jednej staje się surowcem dla drugiej. Często barierą jest nieumiejętność efektywnej współpracy między różnymi przedsiębiorstwami. A GOZ wymaga współpracy – w łańcuchu dostaw, upstream i downstream, wymaga uzgadniania wspólnych interesów, zrozumienia synergii i dobra wspólnego. Do dobrej współpracy niezbędne jest też zaufanie – niestety, produkt deficytowy w Polsce.

Co często wynika z przyzwyczajeń, niechęci do zmian, a także stereotypów.

Potrzebna jest duża aktywność ze strony administracji i myślenie o tym, w jaki sposób wspierać współpracę przedsiębiorców. W polskim biznesie nadal dominuje przekonanie, że najlepsza polityka gospodarcza państwa to brak polityki. Czyli my robimy swoje, a wy się nie wtrącajcie – bo przecież „biznes postępuje racjonalnie”, kierując się rachunkiem zysków i strat. Menedżerowie na studiach MBA zawsze powtarzają to samo: nie regulować. Panuje dość powszechna obawa, że gdy państwo się czegoś dotknie, to tylko zepsuje. Jest ona, przynajmniej częściowo, uzasadniona. Mądre regulacje to u nas synonim rzeczy niemożliwej.

Oksymoron. A jak pan widzi możliwości sukcesu mapy drogowej dla GOZ, za którą odpowiada teraz Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii?

Zespół w MPiT robi bardzo sensowną pracę. Ale żeby stała się ona częścią całościowej polityki, niezbędne jest jednoznaczne wsparcie z samej góry. Mapa drogowa, po naprawdę intensywnych konsultacjach z biznesem, z organizacjami pozarządowymi, będzie z pewnością cennym instrumentem.

Ale może też być tak, jak to bywa czasem w korporacjach. Jeśli szef działu CSR opowiada jak bardzo społecznie odpowiedzialna jest jego firma, nie mając de facto żadnego wpływu na resztę przedsiębiorstwa, to CSR jest tylko zwykłym „pijarem”. Dlatego w dobrych firmach CSR staje się obecnie podstawą sustainability management.

Chyba nie chodzi o nazwę, ale o zmianę podejścia.

Dzisiejsze zainteresowanie GOZ ma szansę przynieść taką realną zmianę, dzięki której CSR przejdzie z działów PR i komunikacji do działu produkcji i rozwoju produktu. Firmy powoli zaczynają dostrzegać, że odpowiedzialność przede wszystkim dotyczy cech produktu lub usługi – od fazy projektowania poczynając. Chodzi o wypracowanie jak największego pozytywnego wpływu i minimalizację wpływu negatywnego – na wszystkich etapach cyklu życia produktu. Tak, aby ten produkt mógł do nas wrócić w tej czy innej formie i nadawał się do ponownego użycia. Wtedy CSR ma szansę stać się naprawdę odpowiedzialny.

I nie chodzi o drobną zmianę na poziomie jednego produktu, czy nawet opakowania tego produktu, o czym można później opowiadać na rozlicznych konferencjach dla biznesu zamkniętego obiegu. Potrzebna jest zmiana na dużo większą skalę.

Choć i tak dobrze, że o tym mówią. W ten sposób promują pewne podejście, nie zdradzając przecież, że to tylko jeden promil produkcji.

W tym tempie nigdzie nie zajdziemy. W Polsce kiedyś szklane opakowania były w 100 proc. do zwrotu. Szło się z butelką do sklepu. Pamiętam, jak świat progresywnego biznesu w latach 90. zachwycał się tym, co robi firma kosmetyczna Body Shop. W piwnicy we włoskiej dzielnicy Londynu znajdowało się kilka dużych pojemników z kosmetykami, a klienci przychodzili z własnymi – mniejszymi pojemniczkami i mogli sobie nalać np. szampon, czy nałożyć krem. Tak zaczynał Body Shop, sprzedając kosmetyki bez opakowań. Ale to samo było u nas.

Nim stało to się modne.

W stanie wojennym w Polsce pod Halą Mirowską stał duży samochód z beczką płynu Ludwik i każdy przyjeżdżał z własnym baniaczkiem. Momentami tylko tam można było kupić płyn do mycia naczyń.

GOZ to zamykanie obiegu, ale też domykanie niedomkniętych wcześniej obiegów, jak odpady w morzach, oceanach i na ulicach miast.

W polskiej tradycji to złomiarz jest najlepszym symbolem GOZ, tylko że często działa poza systemem. Zawód od dawnych lat istniejący i niestety dyskredytowany, choć bardzo ważny.

Czyli w zasadzie historia gospodarki zatacza i pod tym względem koło. Wracamy do modeli wykorzystywanych wcześniej wtedy ze względu na brak środków i zasobów, dziś ze względu na opłacalną odpowiedzialność biznesu, a także administracji motywującej biznes za pomocą regulacji. Body Shop zaczynał swoją działalność jeszcze za trwania w Polsce komuny, ale jednak w kompletnie innej rzeczywistości ekonomiczno-społecznej.

I w tych właśnie konsumpcjonistycznych realiach, które my w Polsce doświadczamy od stosunkowo niedawna, Body Shop zaczął sobie wychowywać klientów, ale też cały rynek. Firma nie tylko zachęcała do opakowań wielokrotnego użytku, czy później – zwrotnych, ale też np. jako jedna z pierwszych na świecie prowadziła kampanię promującą nietestowanie na zwierzętach. Body Shop zmusił do zmian cały przemysł kosmetyczny. Jedna firma może zmienić całą branżę, narzucając nowe warunki konkurencyjności. To jest ten tzw. leapfrog – przeskok rynkowy, niezbędny by spowodować realną zmianę na dużą skalę.

Aby urzeczywistnić GOZ kluczowy jest już etap projektowania biorący pod uwagę „produkt wraz z opakowaniem uwzględniając przepływy materiałów w całym łańcuchu wartości” powiedziała nam prof. Joanna Kulczycka, prezeska zarządu Klastra Gospodarki Odpadowej i Recyklingu. Takie podejście nie jest jednak w Polsce powszechne, ponieważ projektanci i kadra zarządzająca, szczególnie w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, często zasłaniają się brakiem czasu czy przeciążeniem pracą”, ale też wymaganiami zamawiającego i wzrostem kosztów. Z takim podejściem, marne szanse na zapoczątkowanie rewolucji w Polsce. A przecież ekoprojektowanie i Life Cycle Assessment wydają się rozwiązaniami z gruntu racjonalnymi.

Ma pani rację, ale jak dowodzą liczne badania, ludzie – także w biznesie – nie działają racjonalnie.

Nawet Richard Thaler, zeszłoroczny noblista z ekonomii, dostał tę nagrodę za dowiedzenie, że zakładanie nieracjonalności postępowania ludzi – także w ekonomii – jest najbardziej racjonalną z postaw.

W zasadzie każda firma i każde państwo powinny obierać prośrodowiskową ścieżkę. Ale tak nie robi.

W wielu przypadkach ochrona środowiska się opłaca, bo oznacza mniejsze koszty.

Dlaczego więc tego nie robią? Bo – jak już mówiłem – każdy dba tylko o własne podwórko i przerzuca koszty do sąsiada. Eksternalizacja kosztów to podejście typu: „wyrzucę śmieci za płot, bo tam już nie są moje”.

Ale niedługo będzie już łatwo identyfikować źródła pochodzenia odpadów, także tych wyłowionych w oceanie – dzięki nowym technologiom, np. śledzeniu odpadów z wykorzystaniem technologii blockchain. Jeśli w pełni wprowadzimy rozszerzoną odpowiedzialność producenta, to ten który wprowadza produkt czy opakowanie na rynek będzie za to odpowiedzialny do końca cyklu życia tego produktu lub opakowania.

No właśnie, jak to jest, że w Niemczech czy krajach skandynawskich zwraca się wszystkie butelki, również plastikowe, a w Polsce nie mamy takich recyklingowych maszyn. Ponownie wszyscy sami pozbawiamy się korzyści – producenci, decydenci, konsumenci. Kosztem – tradycyjnie – środowiska.

Na niedawnym spotkaniu z menedżerami Inditexu usłyszałem, że w całej Hiszpanii wprowadzają w sklepach Zary pojemniki na zużytą odzież, niezależnie jakiej marki. Najlepsze ubrania pójdą na cele charytatywne, a reszta będzie przerabiana albo mielona i posłuży jako surowiec do wytwarzania nowego materiału. Koszty nowych surowców – np. pozyskania bawełny, farbowania – są coraz wyższe, także koszty środowiskowe. Pozyskiwanie surowców z odzysku na drodze upcyklingu już niedługo może być dla tej firmy tańsze. Ale tak jak przy wspomnianych butelkach, tak i w przypadku oddawania odzieży ludzi trzeba zachęcić, by podjęli wysiłek – np. dając im zniżki na zakupy.

Wszystko opiera się na współpracy. To kolejny aspekt udanej cyrkularności.

Tak. Inny przykład to firma VIVE Textile Recycling, która współpracuje w Polsce z różnymi firmami – w rezultacie duża część tego, co zbierają, wraca do ponownego wykorzystania jako odzież, ale część wykorzystywana jest już w procesie tworzenia nowych materiałów. Nawet powstała cała nowa gałąź towaroznawstwa – nowa chemia materiałowa, która bada m.in. możliwości produkcji zupełnie nowych materiałów. Jest już wiele firm, które nowe materiały patentują. Nie musimy w końcu mieć ubrania z bawełny czy wełny, ważne by spełniać określone wymagania, np. jednocześnie ciepłe i „oddychające”.

Tak jak polar wykonany z tworzywa PET, czyli politereftalanu etylenu.

To pasjonujące, że czeka nas wiele takich wynalazków dzięki badaniom i inwestycjom. Duże korporacje mogą sobie na to pozwolić bez problemu.

A mniejsze mogę zachować się jak kiedyś Body Shop.

Teraz w programach unijnych, np. w ramach Horyzont 2020, bardzo popularnym terminem jest „circular”. Z drugiej strony, szczególnie często używanym słowem w języku globalnego biznesu jest „purpose”, które zastępuje tradycyjne terminy: misja, wizja. „Purpose-driven company” to firma, która realizuje jakiś wyższy cel, ma społeczny sens istnienia. Dla wielu firm tym purpose jest obecnie działanie dla ratowania planety.

Bo nie ma Planety B.

I obojętnie, czy mówi tak Paul Polman, szef Unilevera, czy Emmanuel Macron – chodzi o przywództwo oparte na wspólnie podzielanym celu – tym „purpose” – którym w planie minimum jest niedopuszczenie do momentu, z którego nie będzie powrotu. Biznes najefektywniej działa, gdy jest przyparty do muru.

Zresztą to samo z każdym z nas, nic tak nie uskrzydla jak deadline.

Jeśli liderzy biznesu naprawdę zrozumieją, że to jest konieczne – bo ceny surowców są coraz wyższe, zmieniają się oczekiwania konsumentów i klientów korporacyjnych, a także regulacje – to będzie dla nich wreszcie sygnał do rzeczywistej zmiany. Już w tej chwili wiele dużych firm udowadnia, że zamykanie obiegu surowców jest bardzo opłacalne, bo radykalnie zmniejsza koszty funkcjonowania. Myślę, że z dużych firm to przekonanie przejdzie na te mniejsze – bo tak to przecież działa.

Cyrkularne wskaźniki wpisuje się też w polityki zakupowe. Mam na myśli wymaganie ze strony dużego odbiorcy korporacyjnego od mniejszych dostawców stosowania pewnych praktyk i procedur. Indywidualnego klienta można nie doceniać, twierdząc, że to zbyt mała nisza na rynku, ale gdy duży, korporacyjny klient wymaga od naszej firmy „zielonych” rozwiązań, to takie oczekiwanie traktuje się poważnie. Spójrzmy przykładowo na całą masę firm w Polsce, które rozwijały się razem z Biedronką. Z 5-osobowych mikroprzedsiębiorstw szybko rosły nawet do kilkadziesiąt krotnie większych rozmiarów. Na pewnym etapie Biedronka uznała, że to jest jej odpowiedzialność, czego będzie wymagać od dostawców – także pod kątem opakowań, jakości, ochrony środowiska, warunków pracy. Wszystkie firmy szybko się dostosowały – bo z takim klientem się nie dyskutuje. Dlatego jestem przekonany, że zmiana w biznesie przyjdzie ze strony światłych liderów w dużych korporacjach.

Ale to nie wszystko. Potrzebne będą regulacje, które tym dużym korporacjom pokażą, że tak naprawdę innej drogi nie ma – bo zbyt dużo by ich to kosztowało.

 

Prof. ALK dr hab. Bolesław Rok jest dyrektorem Centrum Badań Przedsiębiorczości Pozytywnego Wpływu, Katedra Przedsiębiorczości i Etyki w Biznesie, Akademia Leona Koźmińskiego. Od wielu lat prowadzi studia podyplomowe „CSR. Cele Zrównoważonego Rozwoju w strategii firmy”. Współzałożyciel Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Koalicji na rzecz Gospodarki Obiegu Zamkniętego, członek Rady Programowej Instytutu Innowacyjna Gospodarka, współautor corocznego Rankingu Odpowiedzialnych Firm.

Gospodarka o Obiegu Zamkniętym. Raport Specjalny 2018

Circular economy, tłumaczone oficjalnie na język polski jako gospodarka o obiegu zamkniętym (GOZ), to pojęcie, które przebojem wdarło się do słownika europejskiego biznesu, coraz bardziej wypierając przy tym znany, ale już nieco spowszedniały „zrównoważony rozwój”. Zyskujący na popularności GOZ ma być odpowiedzią na wyzwania współczesnego świata, zarówno te ekonomiczne i środowiskowe, jak i społeczne. 
Całość Raportu …