Szwecja: Tylko „nie w mojej okolicy”. Nadchodzi zmierzch entuzjazmu wobec energetyki wiatrowej?

wiatrak, energia wiatrowa, energia, oze, transformacja

Nie w mojej okolicy. Szwedzi mniej optymistyczni wobec energii wiatrowej? [Photo via Pixabay]

Szwecja planuje, by za 20 lat cała energia elektryczna w kraju pochodziła ze źródeł odnawialnych, a wiatr ma być kluczowym elementem transformacji. Jednak społeczne poparcie dla wiatraków jest mniejsze niż jeszcze 15 lat temu. To szansa dla energetyki jądrowej i opozycji przed przypadającymi na 2022 r. wyborami parlamentarnymi?

 

 

Zielona Szwecja

Zielona transformacja w Szwecji staje się faktem – kraj już w 2018 r. pozyskiwał 54 proc. energii za pośrednictwem odnawialnych źródeł energii (OZE). To zdecydowanie najwięcej spośród państw europejskich. Do 2040 r., według założeń przyjętych pięć lat temu, ma to już być 100 proc.

Przez ostatnie trzy lata, Szwecja zajmowała także pierwsze miejsce zestawienia państw w ramach „Energy Transition Index” przygotowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne. Uwzględnia on m.in., zrównoważony rozwój środowiskowy, kapitał i inwestycje czy strukturę systemu energetycznego.

Według danych zgromadzonych przez Europejską Agencję Środowiska w 2019 r., Szwecja produkowała mniej dwutlenku węgla na kilowatogodzinę wytworzonej energii elektrycznej niż jakiekolwiek inne państwo Unii Europejskiej. Z wynikiem 8 gramów, Szwedzi zdystansowali Norwegię (19 gramów) czy Litwę (52 gramy). Wynik Polski w 2019 r. to 719 gramów, czyli 89 razy więcej niż w Szwecji.

Szwecja osiąga takie statystyki dzięki rozwojowi energetyki wiatrowej. Z danych Szwedzkiej Agencji Energetycznej, wynika że w latach 1982-2017 zanotowano znaczący przyrost liczby turbin wiatrowych – od 1 do 3376.

Podczas gdy w 2000 r. elektrownie wiatrowe odpowiadały za produkcję 0,5 TWh (kilowatogodzin), w 2018 r. było to już 16,6 TWh. Do 2023 r. udział energetyki wiatrowej ma przyczynić się do wytwarzania 43 TWh, a do 2040 r. – nawet 100 TWh. Obecnie energia wiatrowa stanowi około 12 proc. miksu energetycznego Szwecji.

Jak wykazało jednak opublikowane w 2020 r. badanie przeprowadzone przez Uniwersytet w Göteborgu pomimo tego, że w ciągu ostatnich lat można mówić o wzroście poparcia dla energii wiatrowej (w 2019 r. 65 proc ankietowanych oświadczyło, że chciałoby większej ilości farm wiatrowych, w porównaniu do około 59 proc. w 2015 r.) nadal możemy mówić o dość widocznym spadku w stosunku do 2008 r., gdy poparcie dla zwiększenia liczebności farm wiatrowych deklarowało 80 proc. ankietowanych.

Pojawiają się więc pytania co przyczyniło się do spadku poparcia dla energetyki wiatrowej i jak może ona przełożyć się na przyszłość, nie tylko szwedzkiej energetyki, ale nawet sceny politycznej?

Skąd biorą się problemy z wiatrakami?

Jak pisze portal Politico, poparcie dla farm wiatrowych jest niskie zwłaszcza dla regionów gdzie one najczęściej są budowane. Na przykład w miejscowości Malung, zlokalizowanej w południowo-zachodniej części kraju, referendum przeprowadzone w 2020 r. wykazało, że jedynie 44,6 proc mieszkańców opowiedziało się za dalszym budowaniem turbin wiatrowych. Przeciwko kontynuowaniu inwestycji było ok. 52,1 proc. głosujących.

Mieszkańcy obszarów, w sąsiedztwie których budowane są farmy wiatrowe, argumentują swój sprzeciw m.in. szkodami dla środowiska naturalnego, niedogodnościami dla branży turystycznej, czy szkodliwym dźwiękiem generowanym przez wiatraki.

Maciej Giers, analityk firmy konsultingowej Esperis, w rozmowie z EURACTIV.pl zwraca uwagę także na czasami sprzeczne interesy w rejonach morskich. Budowa morskiej farmy wiatrowej oznacza ograniczanie obszarów połowowych, ingerencję w środowisko, dno morskie i krajobraz. Z drugiej strony morskie farmy wiatrowe są w stanie dostarczyć znacznie większe moce niż lądowe i nie są budowane w bliskości zabudowań.

W poszukiwaniu rozwiązania problemu, oponenci opowiadają się za tym, by farmy wiatrowe budować w sąsiedztwie miast a więc de facto tam, gdzie na energię jest największe zapotrzebowanie.

„W kwestii budowy farm wiatrowych na obszarach miejskich byłbym bardzo ostrożny. W Szwecji znajdować się mają znaczące złoża wanadu i metali ziem rzadkich, a więc surowców niezbędnych do zielonej transformacji. Szwedzi jednak, nastawieni jak najbardziej proekologicznie, ostro przeciwko ich wydobyciu protestują. To przykład tzw. NIMBY (Not In My Backyard), podkreśla Maciej Giers.

„Ludzie chcą zielonej energii, ale już niekoniecznie farmy koło własnego domu. Sądzę, że to samo spotkałoby farmy wiatrowe budowane w bezpośredniej bliskości miast. Nie widzę też w warunkach szwedzkich uzasadnienia dla takiej budowy – znacząco ograniczyłoby to możliwości rozwoju (rozrastania się) miast, podczas gdy Szwedzi dysponują ogromnymi połaciami rzadko zamieszkanych terenów”, analizuje nasz rozmówca.

„Poparcie dla źródeł odnawialnych rośnie, a problemy systemowe są rozwiązywane. Dominuje postawa Not In My Backyard – ale nie tyczy się to jedynie wiatraków”, podkreśla z kolei w rozmowie z EURACTIV.pl dr Joanna Maćkowiak Pandera, ekspertka ds. energetyki i klimatu, prezeska Forum Energii

Jaka przyszłość koalicji rządowej?

Rządząca obecnie koalicja socjaldemokratów i Partii Zielonych stawia za cel utrzymanie rekordowo szybkiego rozwoju energetyki wiatrowej. Przyczynić ma się do tego zmiana zasad odnośnie prawa weta przy budowie farm.

„Oczekujemy, że prawo weta zostanie dostosowane tak, aby gmina musiała powiadomić o ewentualnej zmianie zdania wcześniej, a nie już w trakcie procesu instalowania farmy wiatrowej”, powiedział w jednym z wywiadów Tomas Hallberg, ekspert ds. zezwoleń w organizacji Swedish Wind Energy.

Przyczyną tego jest fakt, że budowa ponad połowy elektrowni wiatrowych została wstrzymana za sprawą prawa weta gmin. Generuje to dodatkowe koszty. W przypadku projektu obejmującego piętnaście turbin wiatrowych, może być to nawet dziesięć milionów koron.

Pojawia się pytanie czy spadek entuzjazmu wobec wiatraków, przy akompaniamencie stanowiska opozycji, która do kwestii energetyki podchodzi nieco inaczej („Tak – energia odnawialna jest ważna, ale ważne są też nasze wartości przyrodnicze” – zatwettowała w ubiegłym miesiącu Maria Stenergard z Umiarkowanej Partii Koalicyjnej; M) – może przełożyć się na sytuację polityczną w Szwecji?

Według najnowszego badania Ipsos, M jest obecnie drugą najpopularniejszą partią w kraju, z kolei współrządzący Zieloni z 4 proc. balansują na granicy progu wyborczego. Wybory odbędą się w 2022 r.

Maciej Giers do takiego scenariusza podchodzi raczej ostrożnie. „Jeśli chodzi o wątek polityczny, to nie wierzę, by energetyka wiatrowa mogłaby stać się zarzewiem poważnego konfliktu, a tym bardziej upadku rządu. Szczerze powiedziawszy, to nie dostrzegam nawet na tym tle jakiegokolwiek poważnego sporu w szwedzkiej polityce”. Ekspert podkreśla, że to kwestia energii atomowej, a nie wiatrowej, wprowadziła w ostatnich latach największe podziały wśród polityków.

Szwedzki problem z atomem

Temat energii jądrowej zrodził się w Szwecji po raz pierwszy w 1947 r. W połowie lat 60. XX w. w jednej z jaskiń w okolicy przedmieść Sztokholmu wybudowano pierwszą prototypową elektrownię jądrową. Celem było pozyskanie energii potrzebnej do ciepłownictwa miejskiego. Pierwszą komercyjną elektrownię – Oskarshamn 1 – uruchomiono  zaś w 1972 r. W późniejszych latach wybudowano kilkanaście kolejnych reaktorów.

Wyraźny spadek poparcia społeczeństwa dla energii atomowej nastąpił na skutek wypadku na Three Mile Island w USA w 1979 r. Na skutek częściowego stopienia rdzenia w reaktorze doszło wtedy do najpoważniejszego wypadku jądrowego w historii Stanów Zjednoczonych. Po zorganizowanym w 1980 r. referendum, rząd Szwecji zdecydował o wycofaniu energetyki jądrowej do 2010 r. Podjęto decyzję, aby wszystkie istniejące elektrownie jądrowe do 1988 r. musiały zostać wyposażone w systemy łagodzenia skutków poważnych awarii.

Katastrofa w Czarnobylu w 1986 r. skłoniła rząd do rezygnacji z energii atomowej wcześniej niż zakładano. W kolejnych latach rozpoczęto wygaszanie pierwszych reaktorów. Równocześnie wycofano się z planu rezygnacji z energii atomowej do 2010 r., z uwagi na rosnące zapotrzebowanie na energię elektryczną oraz zwiększającą się świadomość zmian klimatycznych i atrakcyjność energii bezemisyjnej.

Awaria w Fukushimie w 2011 r. doprowadziła z kolei do sformułowania w 2014 r. Krajowego Planu Działań, zakładającego, że każdy reaktor jądrowy działający po 2020 r. powinien być wyposażony w niezależny układ chłodzenia rdzenia.

Na ten moment, Szwecję zasila sześć reaktorów jądrowych: trzy w Forsmark, dwa w Ringhald i jeden w Osharshamn. Przewiduje się, że będą one funkcjonować do 2040 r. Całkowita dopuszczalna liczba reaktorów w Szwecji została ograniczona do 10. W 2020 r. za sprawą reaktorów jądrowych wyprodukowano 159 TWh energii elektrycznej.

Badania wskazują, że ten rodzaj pozyskiwania energii cieszy się społecznym poparciem w Szwecji. Sondaż przeprowadzony w 2019 r. wskazuje, że 78 proc. ankietowanych popiera energetykę jądrową, zaś 43 proc. opowiadało się za budową nowych elektrowni jądrowych. Jedynie 11 proc. osób było temu przeciwnych.

Debata nad energią atomową w Szwecji

Chociaż szwedzka scena polityczna bez wątpienia nie podchodzi zerojedynkowo do atomu, problem rozgorzał z nową siłą w ostatnich miesiącach. Już grudniu 2019 r. partie Chrześcijańskich Demokratów oraz Umiarkowana Partia Koalicyjna zgłosiły chęć renegocjowania układu warunkującego stabilny rozwój energetyki tak, by nie zakładał on pozyskiwania 100 proc. energii elektrycznej z OZE w 2040 r., ale 100 proc energii pochodzącej ze źródeł niekopalnych.

Dopuszczałoby to pozostawienie przy pracy reaktorów jądrowych. Propozycja ta nie została jednak przyjęta. W styczniu 2020 r. za sprawą jednego głosu, upadł wniosek Umiarkowanej Partii Koalicyjnej, Chrześcijańskich Demokratów, Ludowej Partii Liberałów i Szwedzkich Demokratów, którzy opowiedzieli się za wstrzymaniem wygaszania jednego z reaktorów.

Z kolei w ubiegłym miesiącu w mediach głośno komentowany był problem szczytowego zapotrzebowania na energię podczas lutowego ataku zimy, połączonego z zatorami w sieci. Utrudniły one przepływ energii z regionów północnych, słabo zaludnionych ale bogatych w energię wiatrową i wodną, na południe kraju, które zamieszkuje większość Szwedów.

Krótkie, bo jedynie pięciogodzinne zakłócenia, wzrost cen i konieczność sprowadzenia energii z krajów takich, jak np. Polska czy Litwa, przyczyniły się do powrotu do kwestionowania przez niektóre środowiska strategii „wygaszania” elektrowni atomowych.

„Twierdzenie, że nastąpi powrót do atomu jest nieuzasadnione. Energia atomowa nie jest z perspektywy systemu tym, co rozwiązuje problem”, przekonuje Joanna Maćkowiak Pandera.

Jeśli nie wiatr i atom – to co?

„Szwedzki system działa w zintegrowanym rynku energii elektrycznej Nord Pool. Może tym samym korzystać z norweskich hydroelektrowni, czy fińskiego atomu (chociaż to raczej w przyszłości, bo na tę chwilę to raczej Finowie importują energię ze Szwecji). Ryzyko zdestabilizowania systemu jest relatywnie małe, problemy mogą się zacząć po 2040 r., kiedy wyłączone zostaną reaktory i konieczna będzie produkcja 100 proc. energii z niestabilnych OZE”, analizuje Maciej Giers.

Dlatego Szwecja musi zbudować w miarę zdywersyfikowany system OZE. Dużą wagę przykłada się do biogazu (biometanu), który ma docelowo wyprzeć gaz ziemny. Na chwilę obecną ok. 25 proc. gazu w szwedzkiej sieci do biogaz.

„Ostatnio opublikowano też szwedzką strategię wodorową, która duży nacisk kładzie na dekarbonizację przemysłu (rafineryjnego, chemicznego, górnictwa i produkcji stali). Swoją rolę może też odegrać biomasa. Niemniej należy pamiętać, że produkcja zielonego wodoru na skalę przemysłową to melodia przyszłości, a biogaz jest droższy od gazu ziemnego. Inna sprawa, że Szwedzi wykorzystują symboliczne wolumeny gazu – ich konkurencyjność zależy więc od wsparcia inwestycji”, analizuje nasz rozmówca.

Jak kwestię energii traktują Europejczycy?

Według badania Eurobarometru z 2019 r., 92 proc. ankietowanych uważa, że ich rządy powinny podjąć kroki mające na celu zwiększenie udziału OZE w miksach energetycznych ich krajów.

55 proc. Europejczyków zgodziło się, że ważnym jest, by rządy ustalały ambitne cele w kwestii zwiększania wykorzystywania odnawialnej energii, takiej jak np. wiatr. W kwestii tej można mówić o tendencji wzrostowej. W 2015 r. takiej odpowiedzi udzieliło 52 proc. ankietowanych, zaś w 2013 r. – 49 proc.

Jeśli chodzi o elektrownie atomowe, ¼ energii w Unii Europejskiej jest pozyskiwana za pośrednictwem atomu, jednak na całym kontynencie funkcjonują bardzo różne polityki energetyczne.

Postawy anty-jądrowe zaostrzyły się po katastrofach w Czarnobylu w 1986 r. oraz w Fukushimie w 2011 r.

W następstwie kryzysu w Japonii, rząd Niemiec zadecydował o przyśpieszeniu planów zamknięcia wszystkich elektrowni jądrowych do 2022 r. Obywatele Włoch w referendum zagłosowali przeciw ekspansji energii jądrowej, zaś Francja, która w pewnym momencie pozyskiwała 75 proc. swojego zapotrzebowania za sprawą źródeł nuklearnych ogłosiła, że będzie dążyć do ograniczenia tej produkcji o 1/3 w ciągu kolejnych 20 lat.

O rozbieżności w tej materii świadczy fakt, że istnieją kraje, które są obecnie na drodze do rozpoczęcia pozyskiwania mocy za sprawą reaktorów jądrowych. Wśród nich, między innymi, Estonia oraz Polska. W naszym kraju, budowa pierwszej elektrowni rozpocząć ma się w 2026 r. Szacuje się, że pierwszy reaktor ma zacząć pracę w 2033 r.