Trump nie będzie tragedią dla polityki klimatycznej

Prof. Zbigniew Karaczun, SGGW i Koalicja Klimatyczna// Źródło: Koalicja Klimatyczna

Wybór Donalda Trumpa zaostrzy retorykę antyklimatyczną, ale nie wprowadzi długotrwałych zmian w polityce ochrony klimatu – uważa prof. SGGW Zbigniew Karaczun, ekspert Koalicji Klimatycznej. W rozmowie z EurActiv.pl podsumowuje również kończący się szczyt klimatyczny w Marrakeszu.

 

EurActiv.pl: Jak Pan ocenia potencjalny wpływ szczytu COP22 w Marrakeszu na politykę klimatyczną? Zeszłoroczny COP21, który przyniósł porozumienie klimatyczne, przykuwał uwagę całego świata. Tegoroczny szczyt wydaje się dużo bardziej techniczny i mniej przełomowy?

Prof. Zbigniew Karaczun: Zacząłbym od tego, że tegoroczny szczyt nie był nastawiony na tak spektakularne efekty, jak ten z zeszłego roku.

Ponadto należy zauważyć, że negocjacje klimatyczne toczą się miedzy 200 krajami, z których każde ma swoje własne interesy. Co więcej, często nawet w ramach jednego kraju te interesy się różnią – na szczyt może przyjechać minister środowiska i minister energetyki czy gospodarki, z których każdy ma trochę inne cele. Żeby zbudować pewien program globalny, te wszystkie interesy muszą zostać pogodzone. Dokonywane jest to przez bardzo żmudny proces negocjacji w mniejszych i większych grupach, na końcu którego ma być decyzja wyznaczająca nowy kierunek – taka decyzja zapadła w zeszłym roku w Paryżu.

Natomiast w tej chwili decyzja ramowa z Paryża – która mówi w jakim kierunku dążymy, jakie są podstawowe zobowiązania państw w tym zakresie – musi zostać technicznie obudowana pewnymi rozwiązaniami. Np. kraj A zobowiązał się, że zredukuje swoje emisje o 40 proc., ale my jako społeczność międzynarodowa musimy stworzyć mechanizm kontroli, czy ten kraj wypełnia swoje zobowiązania. I temu właśnie służy Marrakesz.

Mówiąc o aspektach globalnych – mimo wielu kontrowersyjnych decyzji i rozwiązań, Unia Europejska jest w czołówce państw działających na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu. Jak Pan ocenia jej działania w tym zakresie?

Mówienie o tym, że UE jest liderem w ochronie klimatu było aktualne jeszcze 5-10 lat temu, w tej chwili staje się to coraz mniej aktualne. Rzeczywiście, Unia wciąż próbuje wyznaczać nowe, ambitne cele w ochronie klimatu, wprowadzać nowe rozwiązania, natomiast to nie jest już tak, że tylko UE posiada, np., mechanizm handlu emisjami, bo taki mechanizm funkcjonuje już w 40 krajach i regionach na świecie – to naprawdę jest już powszechne działanie.

Wiele krajów, w tym także rozwijających się, prowadzi aktywną politykę, np. w promowaniu alternatywnych źródeł energii czy promowaniu wydajności energetycznej – i to lepiej niż UE.

UE nie jest już liderem, co jest niedobre z punktu widzenia Brukseli. Jej patrzenie na politykę klimatyczną jest również patrzeniem na budowę niezależności energetycznej. Stawianie przez UE na odnawialne źródła energii i  wydajność energetyczną ma uniezależnić nas od dostaw surowców energetycznych z krajów pozaunijnych. Jeżeli nie będziemy tego robili, to jako UE za 10 lat będziemy z takich państw importować 70 proc. tych surowców. A te kraje często są nie do końca demokratyczne, nie do końca podzielają nasze wartości, jak np. prawa człowieka, bardzo często prowadzą negatywną z naszego punktu widzenia politykę bezpieczeństwa.

A jak UE może pomóc krajom rozwijającym się w dostosowaniu się do wymogów porozumienia z Paryża?

To, co UE powinna robić, by pomóc państwom rozwijającym się w dziedzinie ochrony przed zmianami klimatu, to transfer dobrych rozwiązań i transfer technologii. W ten sposób Polska na początku lat 90. skorzystała z tzw. debt-for-nature swap, w którym część długu wobec krajów lepiej rozwiniętych została zamieniona na inwestycje w nowe technologie z dziedziny ochrony środowiska.

Moglibyśmy stworzyć taki mechanizm w stosunku do państw rozwijających się, w którym UE, a być może wszystkie państwa rozwinięte, darują część długu mniej rozwiniętym państwom, pod warunkiem, że te pieniądze zostaną przeznaczone na rozwój technologii niskoemisyjnych. Byłoby to rozwiązanie, które budowałoby pewną sprawiedliwość, pozwalając społecznościom krajów rozwijających się rozwijać się szybciej i lepiej, a z drugiej strony byłby to bezpieczny sposób na rozwój technologii niskoemisyjnej i ochrony klimatu.

Jak już wspomnieliśmy o Polsce, to czy w polskiej, krajowej polityce i sytuacji można się spodziewać jakichś znaczących zmian po Marrakeszu, chociażby w kontekście walki ze smogiem i poprawy jakości powietrza?

Niestety, obawiam się, że  obecny rząd jest zakładnikiem pewnych obietnic wyborczych złożonych w kampanii wyborczej górnikom. Widać to w napięciach wewnątrz rady ministrów, pomiędzy spojrzeniem wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który widzi potrzebę pójścia z falą rozwoju niskoemisyjnego, innowacyjnego, technologicznego przełomu, którego potrzebujemy, a ministrem środowiska Janem Szyszko i ministrem energii Krzysztofem Tchórzewskim. Cały czas próbują oni promować XIX-wieczny model energetyki, oparty na wielkich systemowych elektrowniach węglowych.

To napięcie w rządzie pokazuje, że bez zbudowania konsensusu w kwestii korzyści dla gospodarki i społeczności wynikających z postawienia na rozwój niskoemisyjny, nie będzie w Polsce przełomu. To jest to, co w Polsce powinno się stać, ale obawiam się, że Marrakesz nie będzie w tej kwestii punktem zwrotnym.  Nie dołączymy do krajów wysokorozwiniętych, nie wyrwiemy się z pułapki średniego dochodu. Wydaje mi się jednak, że COP22 powinien być jasnym sygnałem, że wola walki przeciw zmianom klimatu na świecie jest tak silna, że nie da się być samotną wyspą wyłączoną z procesów globalnych, trwającą przy gospodarce wysokoemisyjnej.

Czy jednak te procesy pozostaną globalne, biorąc pod uwagę zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, największej gospodarce na świecie? On sam, a także część z jego proponowanych nominatów na stanowiska rządowe, są nastawieni sceptycznie co do kwestii zmian klimatu, jak np. Myron Ebell, który będzie szefował Agencji ds. Ochrony Środowiska (EPA), a który nie wierzy w globalne ocieplenie?

Myślę, że w strefie retoryki możemy spodziewać się znacznie zaostrzonego języka antyklimatycznego, próby podważania wyników badań naukowych wskazujących na procesy zmian klimatu. Być może dojdzie nawet do tego, że Stany Zjednoczone będą usiłowały wyjść z porozumienia paryskiego, czy z całej konwencji klimatycznej (UNFCCC).

W skali globalnej natomiast nie zmieni to trendu rozwoju niskoemisyjnego. To, że podpisano w zeszłym roku porozumienie paryskie, że weszło ono w życie tak szybko – w ciągu roku, czyli znacznie szybciej niż porozumienie z Kioto – wskazuje na to, że cały świat dojrzał do tego, by rozwijać się w sposób niskoemisyjny i to jest ten rynek gospodarczy na którym będzie trwała konkurencja. Powrotu do gospodarki wysokoemisyjnej nie ma i cztero- czy nawet ośmioletnia prezydentura Trumpa tego nie zmieni.

Firmy planują swoją politykę i strategię rozwoju na 25-30 lat naprzód. Dla nich, zwłaszcza tych, które działają od 200 i więcej lat, te 8 lat prezydentury Trumpa jest tylko mgnieniem oka. One muszą patrzeć dalej, muszą przewidywać, jakie będą decyzje kolejnych administracji, a nie tylko obecnej. Wybór Trumpa nie spowoduje więc długoterminowych zmian w polityce klimatycznej.