Grzegorz Tobiszowski: „Fit for 55” nie wyhamuje wzrostu cen energii [WYWIAD]

Fit for 55, CBAM, EU ETS, Europejski Zielony Ład, Grzegorz Tobiszowski, Parlament Europejski, Frans Timmermans

Europoseł PiS Grzegorz Tobiszowski / fot. Adam Jurowski

This article is part of our special report RAPORT SPECJALNY: Czy Polska jest „Fit for 55”?.

„Pewne projekty i fundusze powinny być dostosowane do realiów państw członkowskich. Ważne, żeby w ramach troski o klimat, nie doprowadzić do tego, że przegramy dobrą ideę. A to nam grozi”, przekonuje Grzegorz Tobiszowski, europoseł PiS należący w PE do frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, w latach 2015-2019 sekretarz stanu w Ministerstwie Energii.

 

 

Martyna Kompała, EURACTIV.pl: Od tygodni mówi się o rosnących cenach za gaz i prąd w całej Europie. W jaki sposób unijny pakiet klimatyczny „Fit for 55” wpłynie w przyszłości na ten aspekt?

Grzegorz Tobiszowski: Ceny energii elektrycznej osiągnęły w ostatnich miesiącach poziom niespotykany dotąd w Europie. Jedną z przyczyn jest drożejący węgiel, który w portach ARA (Antwerpia, Rotterdam, Amsterdam) kosztuje już ponad trzy razy więcej niż rok temu.

To m.in. efekt odbicia gospodarczego po zapaści w trakcie pandemii, skutkującego szybkim wzrostem popytu na energię. Nakłada się na to również szybująca w górę cena uprawnień do emisji CO2 w ramach systemu ETS, która niekorzystnie obciąża wytwórców energii elektrycznej w Polsce, ale również i w innych krajach Europy.

Ceny  przekraczają dziś 60 euro za tonę CO2, a jeszcze na początku 2021 r. oscylowały około 30 euro. Handlu uprawnieniami do emisji nie można w tej chwili uznać za zgodnego z ideą wolnego rynku. Aktualnie jest to rynek o charakterze spekulacyjnym.

Węgiel odpowiada za 15 proc. produkcji prądu w Unii, a gaz za blisko 20 proc. I m.in. to ma kluczowe znaczenie. Elektrownie gazowe dzięki swej wysokiej elastyczności są istotnym stabilizatorem źródeł OZE, których praca zależy od warunków pogodowych i pory dnia. Tymczasem stoimy w obliczu bezprecedensowego wzrostu cen gazu, np. cena na niderlandzkim rynku spot (TTF) wzrosła ponad siedmiokrotnie od maja 2021 r.

Na wzrost cen energii elektrycznej wpływa też niska podaż gazu. Na kontynent dociera mniej surowca z Rosji i Norwegii, które odpowiadają odpowiednio za 48 i 24 proc. jego importu do Unii. Rosja celowo ogranicza przepływ gazu do Europy bez racjonalnego i obiektywnego uzasadnienia. Jej głównym celem jest zaburzenie mechanizmów cenowych na rynku oraz spowodowanie wzrostu cen gazu do nieuzasadnionych rynkowo poziomów. Rosjanie robią to, aby zmusić Unię do szybszego uruchomienia gazociągu Nord Stream 2. W efekcie poziom rezerw paliwa jest najniższy od ponad 10 lat.

Z kolei w pakiecie „Fit for 55” nie spotykamy rozwiązań, które mogłyby wpłynąć na obniżenie cen energii. Wydaje się, że będzie wręcz odwrotnie i ceny będą rosnąć jeśli np. system ETS zostanie rozszerzony na sektory transportu i budownictwa.

W Europie potrzeba nam więcej energii, która będzie stabilna, a stawianie tylko na OZE – w sytuacji, gdy nie dysponujemy aktualnie technologią magazynowania energii – może spowodować, i to już zauważamy, że system może łatwo zostać zachwiany. Podwyżki cen gazu będą także miały wpływ na podwyżki cen energii elektrycznej, które dotkną wielu różnych gałęzi gospodarki. Już drastycznie podrożały nawozy, co przełoży się na wyższe koszty produkcji rolnej, a w końcu na wzrost cen żywności. Takich przykładów będzie więcej, ponieważ gospodarka to system naczyń połączonych.

Pakietowi „Fit for 55” przyświeca szczytny cel troski o klimat, ale jeśli jego wprowadzenie spowoduje drożyznę w Europie, to nie zdobędzie on poparcia i akceptacji społecznej, ponieważ standard życia obywateli będzie się drastycznie obniżał.

Warto również pamiętać, że Unia Europejska odpowiada tylko za ok. 8-9 proc. światowych emisji gazów cieplarnianych. Jeśli w wyniku rosnących cen energii europejskie przedsiębiorstwa zaczną tracić konkurencyjność, to UE nie będzie postrzegana w sposób pozytywny przez wielkie gospodarki światowe, a przecież zależy nam na tym by główni emitenci CO2, np. Chiny, Indie czy Brazylia poszli naszym śladem.

Uważam, że kluczową sprawą jest, abyśmy walkę ze zmianami klimatu prowadzili skutecznie. Aby tego dokonać musimy przekonać pozostałe kraje czy kontynenty do naszych racji tak, by inni brali z nas rzeczywisty przykład. Nie uda nam się to, jeśli podejmowane przez nas wysiłki nie będą miały kluczowego wpływu na globalne emisje, przy równoczesnym powiększaniu się ubóstwa Europejczyków.

Jakie są mankamenty „Fit for 55”?

Unia zaczęła wdrażać procesy, które mają służyć trosce o klimat. To jest słuszne. Ale musimy pamiętać, że Europa ma tylko 8-9 proc. udziału w światowej emisji gazów cieplarnianych. Dlatego wprowadzając rozwiązania nie możemy doprowadzić do sytuacji, że nasze przedsiębiorstwa stracą konkurencyjność, a obywatele obniżą standard życia, bo to sprawi, że nie będziemy osiągać szczytnych celów, które sobie zakładamy.

Przed pandemią firmy europejskie zaczęły inwestować w krajach azjatyckich – korzystając z niższych kosztów wytworzenia produktów. To spowodowało, że ważne towary zza granicy wracają do Europy.

Bardzo dobrym przykładem jest fotowoltaika w przestrzeni europejskiej, gdzie inwestujemy w odnawialne źródła związane z fotowoltaiką, a panele fotowoltaiczne są prawie w całości produkowane poza Europą. Tym samym korzyści pozostają głównie w krajach produkujących panele, a zarazem nie stawiamy tym krajom warunków, które stosujemy u nas, troszcząc się o klimat.

Proszę spojrzeć na ceny energii elektrycznej – 168 euro za megawatogodzinę w Holandii i Niemczech, 188 euro w Hiszpanii, w Grecji – 175. To prawie czterokrotny wzrost od 2020 r. do dzisiaj.

W pakiecie „Fit for 55” mamy dyskusję nad reformą systemu EU ETS (unijny system handlu uprawnieniami do emisji – red.). Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans proponuje likwidację darmowych uprawnień do emisji. To sprawi, że będą jeszcze większe obciążenia na wytworzenie energii, bo rośnie nam w procesie transformacji dodatkowa opłata za wykup emisji. Dziś cena ta sięga, jak wspomniałem, 60 euro, a mówi się że jeszcze ma wzrosnąć – co jest czystym szaleństwem.

W projekcie „Fit for 55” zakłada się rozszerzyć obciążenia związane z wykupem uprawnień do emisji CO2 na dodatkowe sektory. Jeśli rozszerzymy system ETS, który jest wielkim problemem, związanym z energetyką, przemysłem stalowym, chemicznym, na transport i na budownictwo jak to jest zaproponowane to pojawi się dodatkowy wzrost kosztów funkcjonowania tych sektorów. Na przykład w logistyce czy spedycji, gdzie działa wiele europejskich firm. Będziemy również ponosić koszty dostosowania naszych budynków zarówno mieszkalnych, jak i użyteczności publicznej do wymagań związanych z efektywnością energetyczną i obniżeniem emisji.

Pewną odpowiedzią na te wyzwania jest wprowadzenie mechanizmu dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji dwutlenku węgla (ang. Carbon Border Adjustment Mechanism – CBAM).

Nadal istnieje luka prawna w systemie UE, ponieważ nie ma narzędzia, które dotyczyłoby importu produktów wysokoemisyjnych, czyli mających tzw. duży ślad węglowy. CBAM ma za zadanie wypełnić tę lukę i powinien wyrównywać szanse firm europejskich i polskich wobec ich konkurentów spoza UE, a tym zainspirować wszystkich tych, którzy współpracują z europejskim rynkiem do zastosowania technologii bardziej przyjaznych środowisku.

O tym mówiłem jeszcze w czasach, gdy pełniłem funkcję wiceministra energii. Kluczowe jest, aby był to mechanizm równoległy do ETS-u. Nie może on zastępować darmowych uprawnień przyznawanych firmom w ramach ETS-u. Z punktu widzenia Polski szczególnie ważne będzie objęcie tym mechanizmem branży energetycznej, a także energochłonnych sektorów przemysłowych: m.in. stalowego, cementowego, nawozowego, aluminiowego, chemicznego, papierniczego, rafineryjnego czy produkcji szkła.

Będzie to jasny sygnał, że są one dla naszej gospodarki niezwykle ważne i mają swoje perspektywy rozwoju.  Co istotne i warte podkreślenia, CBAM powinien mieć zastosowanie wyłącznie do produktów importowanych i stanowić dodatkowe narzędzie do EU ETS w celu rozwiązania problemu importu produktów o większym śladzie węglowym. CBAM i EU ETS uzupełniałyby się nawzajem – jeden (CBAM) zajmowałby się kwestią emisji importowanych, a drugi (ETS) kwestią ucieczki emisji krajowych emitentów do innych krajów.

Unijna polityka klimatyczna jest zatem nieskuteczna?

W Europie potrzebujemy więcej energii, która pozwoli nam zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie na energię związane np. z większą liczbą samochodów elektrycznych czy z wytwarzaniem „zielonego” wodoru. Ale bez sposobu na magazynowanie energii, muszą istnieć źródła, które obok OZE zapewnią równowagę w systemie – mam tu na myśli gaz i atom.

Dzisiaj w UE nie ma sprecyzowanej wizji transformacji energetycznej.

W zeszłym roku Rada Unii Europejskiej stwierdziła, że gaz ma być formą przejściową w osiągnięciu neutralności klimatycznej. Zaś dzisiaj Komisja Europejska mówi już, że gaz ma zniknąć z systemu, a z drugiej strony mamy otwartą kwestię Nord Stream 2. Więc pojawi się pytanie, jakie podejmować decyzje inwestycyjne dotyczące przyszłości energetyki w Europie? Chodzi o nakreślenie, jaki ma być miks energetyczny w Europie z uwzględnieniem sytuacji w poszczególnych państwach członkowskich.

Inwestycje w energetyce są nie na kilka, ale na co najmniej 15-20 lat i wymagają olbrzymich nakładów finansowych. Nie możemy popełnić błędu w postaci przygotowania, uruchomienia i realizacji nietrafionych inwestycji.

Stoimy przed ogromnymi rozstrzygnięciami, tymczasem Komisja Europejska w krótkim czasie zmienia zdanie, a unijny komisarz ds. transformacji energetycznej sugeruje, że nie będzie już darmowych uprawnień do emisji CO2, co może zaszkodzić naszemu przemysłowi, zwiększyć koszty energii, a w ostateczności doprowadzić do niepokojów społecznych.

To są realia, które musimy widzieć. Może się okazać, że chcąc młodemu pokoleniu zostawić lepszą planetę, w efekcie zostawimy ją w gorszym stanie niż w momencie, kiedy zaczynaliśmy wdrażać pakiet klimatyczny.

Polityka klimatyczno-energetyczna musi przewidywać rozwiązania realistyczne, tzn. takie, które będą brały pod uwagę aktualny poziom rozwoju technologicznego, zapewnią wystarczające źródła finansowania czy będą odpowiadały ilości firm w UE posiadających zdolności organizacyjne i doświadczenie do realizacji planowanych inwestycji.

Decyzje polityczne powinny być spójne i trafne, tak aby pozwoliły osiągać założone przez nas cele. Jeśli nie to UE nie będzie postrzegana jako kontynent z wysokim standardem życia i dbający o swoich obywateli. Inne kontynenty i kraje nie będą wtedy chciały z nami współpracować w realizacji celów klimatycznych.

Jakie sugerowałby Pan zmiany?

Kluczowa jest właściwa diagnoza, jak u lekarza. Uważam, że „Fit for 55” w swoich założeniach niestety nie odpowiada i nie wyhamuje lawiny wzrostu cen. Wręcz przeciwnie – grozi nam, że wejście unijnego pakietu klimatycznego, który rozszerza nam sferę wykupu uprawnień do emisji na transport i budownictwo, a zarazem wycofywanie darmowych uprawnień do emisji sprawi, że ten proces będzie się pogłębiał.

Przez wzrost cen energii i cen gazu wzrosną koszty ogrzewania dla Europejczyków i firmy europejskie stracą konkurencyjność w globalnej gospodarce i pogłębi się pauperyzacja obywateli.

W sytuacji wychodzenia z kryzysu związanego z pandemią tym bardziej jest potrzebna i oczekiwana europejska solidarność, która wzmacnia wspólny rynek i jest ważnym elementem kreowania oraz podtrzymywania unijnych wartości.

Unia Europejska jest zróżnicowana kulturowo i gospodarczo. W sytuacji kryzysu tym bardziej ta różnorodność musi być brana pod uwagę i solidarność musi być większa w ramach UE, byśmy mogli budować silniejszą wspólnotę europejską, liczącą się w przestrzeni międzynarodowej.

Na COP26 w Glasgow powinniśmy silnie negocjować, żeby nie było sytuacji, w której wypadamy z globalnego rynku, dbając o klimat, przy jednoczesnym zjawisku pauperyzacji naszych społeczeństw.

Jeśli takie zjawisko będzie miało miejsce w UE to możemy stracić dobrą ideę, przegramy gospodarczo, a wtedy w ogóle nie będziemy słyszani w świecie. Musimy współpracować i przekonywać inne państwa, zwłaszcza głównych emitentów i kraje najludniejsze, aby również podjęły wysiłek i ograniczały swoje emisje.

Jaką rolę będzie odgrywał gaz w transformacji Polski, biorąc pod uwagę zmieniające się podejście do tego paliwa i jego finansowania w UE?

Gaz ma odgrywać większą rolę niż do tej pory, ważną rolę obok atomu i odnawialnych źródeł energii. Z tego co wiem, podejmowana jest próba unormowania w Polsce biogazu, który może być jednym z dodatkowych źródeł energii w ramach  OZE – obok fotowoltaiki i farm wiatrowych. To jest dobra wiadomość – trzeba to zrobić, by powstawały odpowiednie instalacje związane z biogazem.

Gaz i atom mają pełnić ważną rolę w miksie energetycznym jako elastyczne źródła, które pozwalają nam zastąpić konwencjonalną energetykę opartą na węglu brunatnym i kamiennym, tak aby miks energetyczny był bardziej przyjazny środowisku.

Zgodnie z „Polityką energetyczną Polski do 2040 r.”, która przedstawia perspektywę do roku 2040, Polska nastawia się na OZE i ten proces przebiega dosyć sprawnie, na co wskazują np. rosnące wyniki w sektorze fotowoltaicznym. Jeśli chodzi o atom, to nieczytelny przekaz płynie ze strony Unii Europejskiej.

Pojawiają się głosy ze strony różnych środowisk politycznych w UE, aby atom nie pełnił źródła energii w systemie przejściowym w transformacji energetycznej. Podobnie jest z gazem, a to wszystko w sytuacji, gdy nie dysponujemy technologiami pozwalającymi na magazynowanie energii. Pojawia się pytanie: jak przeprowadzać transformację energetyczną, mając na względzie troskę o klimat, przy jednoczesnym zachowaniu bezpieczeństwa energetycznego?

Z jednej strony gaz ma być paliwem przejściowym, a z drugiej istnieje kwestia Nord Stream 2. W Polsce staramy się zwiększyć udział gazu w gospodarce dywersyfikując zarazem jego dostawy. Tłoczymy go z Norwegii poprzez rurociąg Baltic Pipe, przypływa na statkach do terminalu i magazynów LNG w Świnoujściu, eksploatujemy również nasze własne źródła.

Dzięki temu możemy projektować inwestycje w energetyce, które są oparte o błękitne paliwo, np. w elektrowni Dolna Odra, gdzie zwiększamy liczbę bloków gazowych. Jednak sygnały i działania Unii są nieczytelne, dużo rzeczy jest niedoprecyzowanych. Europa powinna się dookreślić, byśmy umieli przedsięwziąć inwestycje w nowoczesne technologie czy potrafili ocenić naszą emisyjność. Powinniśmy zwiększyć nakłady na badania związane z technologiami, które pozwolą nam magazynować energię.

Powinniśmy w UE wspierać technologie służące do wyłapywania CO2, tak jak to się już robi na innych kontynentach. Istnieją już rozwiązania pozwalające na absorbcję CO2 przez płyty chodnikowe czy lotniskowe. Nie da się całkowicie wyrugować dwutlenku węgla z naszego życia, dlatego ważne aby wzmocnić procesy sprzyjające jego pochłanianiu.

Z jednej strony redukcja emisji, z drugiej pochłanianie – ta synergia powinna przyczynić się do skuteczniejszej troski o klimat  Jestem również zwolennikiem, aby w trakcie procesu transformacji, okresie przejściowym dopuścić wykorzystywanie gazu w produkcji wodoru. Istnieją technologie i ten proces również powinien postępować.

W Polsce zaprojektowaliśmy wprowadzenie gazu do miksu energetycznego, ponieważ wówczas daje nam on bezpieczeństwo energetyczne, uelastycznia system i pozwala szybciej przejść z źródeł konwencjonalnych w system wsparcia odnawialnych źródeł.

Polska jest głównym beneficjentem Społecznego Funduszu Klimatycznego czy Funduszu Modernizacyjnego – przydzielone jej zostanie ponad 43 proc. środków. Czy unijne wsparcie pomoże w zwalczaniu ubóstwa energetycznego?

Idea jest dobra. Jednak musimy zauważyć, że Fundusz Modernizacyjny nie jest instrumentem, który wielkością byłby zbliżony do potrzeb inwestycyjnych w kontekście polityki klimatycznej.  Nie jest to instrument, który zrównoważy nasze plany inwestycyjne.

Ponadto mówi się, że do Funduszu Modernizacyjnego mają przystąpić dodatkowe kraje, co skutkuje, że pula środków może być mniejsza dla Polski. Jeśli mówimy, że Fundusz Modernizacyjny jest remedium i daje zabezpieczenie przejścia w nową jakość cywilizacyjną to jesteśmy w błędzie.

Polska przy celu redukcji CO2 o 40 proc. do 2030 r. miała zaangażowane 20 proc. swojego budżetu przy Funduszu Modernizacyjnym i planach polityki klimatycznej. Dania przykładowo ma 8 proc. W momencie, kiedy dojdziemy do 55 proc. redukcji emisji z porównaniu z poziomem z 1990 r., kwota ta może wzrosnąć przykładowo do 30 proc zaangażowanych środków.

Polska posiada odmienne uwarunkowania niż inne kraje na kontynencie i inaczej musimy realizować proces transformacji energetycznej, a na pewno – ze względu na historię, obecny stan gospodarki oraz inne czynniki – będzie Polaków to więcej kosztowało.

Fundusz Społeczny jest natomiast skorelowany z wprowadzeniem transportu i budownictwa do systemu ETS. Wolałbym, żeby go nie było, a żeby nie wprowadzać tych dwóch elementów w system handlu uprawnieniami do emisji. Najpierw musimy uporać się ze skutkami pandemii, zdiagnozować w jakim miejscu jesteśmy, odbudować łańcuchy dostaw, zapanować nad drożyzną związaną z energią oraz gazem i dopiero później nakładać nowe wyzwania, które są związane z podwyżką cen.

Należy oczywiście planować pewne projekty i fundusze, natomiast powinny być one dostosowane do realiów państw członkowskich. Tylko wtedy będziemy mogli podejmować trafne decyzje. Ważne, żeby w ramach troski o klimat, nie doprowadzić do tego, że przegramy dobrą ideę. A to nam grozi.

Jak „Fit for 55” i reforma EU ETS wpłynie na polskie budownictwo?

Budownictwo w Polsce na szczęście zaczyna powoli poprawiać statystyki związane z zastojem wywołanym pandemią COVID-19, m.in. dzięki rządowym programom wsparcia. W ostatnich miesiącach jednak zauważamy duży wzrost cen materiałów budowlanych. To może doprowadzić do załamania się podaży z popytem.

Rządy różnych krajów wskazują, żeby nie wprowadzać do „Fit for 55” budownictwa. Wyhamuje on proces budownictwa w takich krajach jak Polska. W państwach takich jak Hiszpania i Francja będzie miał również negatywny skutek wzrostu kosztów obywateli w ramach zamieszkiwania swoich domów.

Dlatego myślę, że powinniśmy to głęboko przemyśleć i odsunąć w czasie, bowiem mamy zdecydowane inne, większe problemy. Nie ma co dodawać na agendę tematów, które mogą doprowadzić do konfliktów społecznych. Uważam, że kwestia wykupów dodatkowych emisji CO2 na pewno zagrozi rynkowi polskiemu, jeśli chodzi o rozwój mieszkalnictwa i ceny w budownictwie.

Czy Polska jest gotowa na reformę rozporządzenia o normach emisji samochodów osobowych? Co oznacza ona dla polskiego przemysłu motoryzacyjnego?

W Polsce, z tego co możemy zauważyć, wprowadzenie samochodów elektrycznych spotyka się z dużym zainteresowaniem. Ważne jest jednak, abyśmy umieli przewidzieć też zjawiska i procesy, które są z tym związane.

Komisja Europejska proponuje, aby do 2030 r. emisje CO2 w nowych autach zostały zredukowane o 55 proc., a pięć lat później zakończyć się ma produkcja i sprzedaż nowych samochodów z silnikami spalinowymi. Pojawia się pytanie, czy w Europie jesteśmy na tyle przygotowani, żeby wymienić 300 mln samochodów do 2035 r., bo przecież mamy 2021 r., a więc to tylko 14 lat. Mam co do tego sporą wątpliwość.

Ustalenie w „Fit for 55” administracyjnie daty, gdy nie jesteśmy w tym momencie dostatecznie przygotowani, spowoduje, że przegramy ten pomysł na etapie realizacji i wdrożenia. Jeśli na wielką skalę nie uruchamiamy procesu produkcji samochodów elektrycznych, żeby one weszły do powszechnego użytku w Europie – bo przecież im więcej ich będzie, tym będą tańsze – to nie uzyskamy pożądanego efektu. Jeżeli będziemy mówić o skali, będziemy również mogli ocenić jaką powinniśmy mieć ilość miejsc do ich ładowania.

Samochody elektryczne są dobrym pomysłem, jednak musimy wiedzieć, że nie mówimy tu o pojedynczych inicjatywach. Uważam, że administracyjnie nie da się wszystkiego w gospodarce przeprowadzić. Mam na myśli mechanizm rynkowy – powinniśmy inspirować, wspierać produkcję elektrycznych samochodów.

Dobrze by było, byśmy uruchomili proces produkcji. Następnie powinniśmy na bieżąco analizować i wspierać sprzedaż,  aby coraz więcej aut elektrycznych było na rynku w stosunku do aut spalinowych. Wtedy, w sposób naturalny w efekcie stopniowego wymieniania floty, elektryki zajmą miejsce tych aut, którymi obecnie jeździmy.

Miejmy świadomość, że mowa jest też o samochodach dostawczych, których spora ilość jest użytkowana w gospodarce. Ostatnio Metropolia Górnośląska podpisała umowę o autobusach wodorowych, więc to się w Polsce dzieje. Miasta otrzymują dofinansowanie, więc to się opłaca.

Wydaje mi się, że ta ścieżka jest skuteczniejsza niż działania administracyjne. W europejskiej gospodarce chcemy bardzo administracyjnie wszystko uregulować, a tak się nie da. Musi działać rynek, na którym możemy inspirować pewne zdarzenia, ale nie możemy go wyręczać.

Nie wolno nam hamować innowacyjności i przedsiębiorczości obywateli poprzez decyzje administracyjne. Najlepsze cele, kiedy nie mają akceptacji społecznej, mogą okazać się nie do zrealizowania. Warto o tym pamiętać.