USA: Powstanie nowy serwis społecznościowy sojusznika Trumpa. Miała być wolność słowa, a będą bany za… bluźnierstwa

Biznesmen i przyjaciel Donalda Trumpa Mike Lindell uruchamia nowy serwis społecznościowy, który ma oferować pełną wolność słowa, ale będzie zakazywać bluźnierstwa. Źródło: Flickr, fot. Gage Skidmore (CC BY-SA 2.0)

Biznesmen i przyjaciel Donalda Trumpa Mike Lindell uruchamia nowy serwis społecznościowy, który ma oferować pełną wolność słowa, ale będzie zakazywać bluźnierstwa. Źródło: Flickr, fot. Gage Skidmore (CC BY-SA 2.0)

Multimilioner i jeden z najważniejszych stronników Donalda Trumpa w świecie biznesu Mike Lindell uruchamia nowy serwis społecznościowy, który ma konkurować z Twitterem. Obiecuje, że panować ma w nim całkowita wolność słowa. No chyba, że ktoś chciałby „użyć imienia Pana, Boga swego, nadaremno”.

 

59-letni Mike Lindell to właściciel marki „MyPillow” pod którą sprzedaje opracowane przez siebie bardzo popularne w USA poduszki z otwartokomórkowej pianki poliuretanowej.

Założona w 2004 r. w jego rodzinnej Minnesocie firma dynamicznie się przez ostatnie kilkanaście lat rozwinęła, a majątek jej właściciela szacowany jest obecnie na 330 mln dolarów. Dziś pod marką „MyPillow” sprzedawane są także materace i legowiska dla domowych zwierzaków.

Rubaszny i wąsaty Lindell znany jest z dwóch rzeczy – z tego, że bardzo często sam występuje w reklamach swoich produktów (w których zachwala je ze swadą stereotypowego sprzedawcy używanych samochodów) oraz z mocno konserwatywnych poglądów i zamiłowania do Donalda Trumpa.

Amazon zawiesił hosting Parlera, Parler chce pozwać firmę Jeffa Bezosa

Ulubiony przez radykalnych konserwatystów i zwolenników alt-prawicy serwis Parler ma coraz większe kłopoty z powodu aktywności swoich użytkowników. Jego aplikacja zniknęła już ze sklepów Google i Apple, a Amazon zawiesił mu usługi hostingowe.

 

Parler szczyci się tym, że „nie stosuje cenzury” …

Jeden z głównych sponsorów Trumpa

Nazywany „MyPillow Guy” albo „królem poduszek” Lindell był jednym z głównych sponsorów kampanii prezydenckich Trumpa – tej zwycięskiej z 2016 r. i tej przegranej z 2020 r. Poduszkowy multimilioner jednak nie uznał porażki swojego politycznego idola i należy do grona najważniejszych głosicieli teorii spiskowej o rzekomych wyborczych fałszerstwach w USA.

Lindell został nawet w lutym pozwany przez firmę Dominion Voting Systems (DVS), która podczas ostatnich amerykańskich wyborów prezydenckich dostarczyła maszyny do liczenia głosów w 28 stanach. DVS domaga się teraz aż 1,3 mld dolarów odszkodowania za twierdzenia, że ta spółka „ukradła zwycięstwo Trumpowi”.

Właściciel MyPillow nie tylko wygłaszał swoje teorie w konserwatywnych mediach czy w serwisach społecznościowych, ale także zasponsorował tzw. Marsz dla Trumpa (w rzeczywistości był to jeżdżący po różnych częściach USA autobus), polegający na serii wieców, na których Lindell oskarżał Demokratów o sfałszowanie wyborów.

Albicla wystartowała z kłopotami, ale twórcy polskiej platformy społecznościowej już zapowiadają ekspansję. Na razie na Węgry

Serwis Albicla w połowie ubiegłego tygodnia uruchomiła spółka Słowo Niezależne, kierowana przez redaktora naczelnego tygodnika „Gazeta Polska” Tomasza Sakiewicza.

Kampania reklamowa czy polityczny aktywizm?

Krytycy Lindella oskarżają go o to, że napiętą sytuację polityczną w USA chce po prostu wykorzystać do promocji swoich produktów. MyPillow znane jest bowiem z bardzo agresywnych i pomysłowych kampanii reklamowych. „Pan Lindell, utalentowany handlowiec, sprzedaje swoje kłamstwa, bo one świetnie sprzedają jego poduszki” – przekonywał prawnik DVS Tom Clare.

Ale twórca MyPillow odrzuca te oskarżenia i przekonuje, że „walka o prawdę” słono go kosztuje, bo choć zwolennicy Trumpa chętniej kupują jego poduszki, to inni klienci się od niego odwracają.

„Moje produkty są bojkotowane. 20 sieci handlowych wycofało je ze swojej oferty. Straty z tego powodu tylko w tym roku sięgają aż 65 mln dolarów. Już tego nie odrobię” – przekonywał w rozmowie z amerykańskim portalem „Business Insider”.

Zapewniał przy tym, że „zawsze oddzielał biznes od poglądów politycznych, a reklamy umieszczał też w MSNBC, CNN, >>Washington Post<< i >>New York Times<<, czyli mediach, który fanem nie jest”. Ale – jak policzyli skrzętnie dziennikarze – zdecydowanie najwięcej pieniędzy wydał ostatnio na promocję w mediach konserwatywnych – telewizji Fox News czy portalu internetowym Newsmax.

Lindell zakłada serwis Frank

Promowanie teorii spiskowych o rzekomym fałszerstwie wyborczym w USA czy podawanie dalej uznanych za dezinformacyjne postów Trumpa, sprawiło, że konto Lindella na Twitterze zostało przez serwis usunięte krótko po tym, jak stało się tak z kontem byłego prezydenta.

Król poduszek, który wcześniej usiłował namówić Trumpa do wprowadzenia tuż przed zaprzysiężeniem Joe Bidena stanu wojennego i zablokowania w ten sposób procedury przekazania władzy, uznał decyzję Twittera za „łamanie wolności słowa”.

W marcu ogłosił natomiast, że uruchamia własny serwis społecznościowy, który ma gwarantować „całkowitą wolność słowa”. Projekt – nazwany Frank (po angielsku „Szczery”) – oficjalnie ruszy dziś (19 kwietnia), ale od ubiegłego czwartku (15 kwietnia) konta mogły sobie zakładać tzw. VIP-y. Nie poinformowano jednak czy ktoś z ważniejszych polityków Partii Republikańskiej czy konserwatywnych publicystów i blogerów się na to zdecydował.

„Każdy będzie mógł na tej platformie głosić dowolne poglądy. Wystarczy się zarejestrować aby się o tym przekonać. Wszelkie poglądy i opinie są tu mile widziane” – zachwalał swój projekt Lindell goszcząc w podcaście „Ledger Report”, prowadzonym przez konserwatywnego dziennikarza Grahama Ledgera. Zapowiedział też, że „rzuca wyzwanie zarówno Twitterowi, jak i YouTube”.

Izrael: Firma zajmująca się cyfrowym wywiadem twierdzi, że złamała zabezpieczenia komunikatora Signal

Signal uchodził dotąd za jeden z najbezpieczniejszych komunikatorów na świecie, a jego zabezpieczenia za niemożliwe do złamania. Ale izraelska spółka, która dostarcza między innymi technologie cyfrowe dla służb policyjnych i wywiadowczych twierdzi, że potrafi już włamać się do tej aplikacji.

 

Opracowana …

Bluźnierstwa będą zakazane

Pewne niewielkie szczegóły swojego projektu Lindell ujawnił natomiast goszcząc w internetowym programie prowadzonym przez dawnego stratega Trumpa (potem jednak skonfliktowanego z byłym prezydentem) Steve’a Bannona.

„To będzie platforma, która tak jak YouTube pozwoli umieszczać filmy wideo czy podcasty, ale będziemy korzystać z interfejsu podobnego do takich platform jak Twitter. Tylko, że u nas każdy będzie miał więcej followersów niż w starych serwisach. Dziesięć razy więcej!” – przechwalał się.

Lindell zapewnił też, że będzie można w jego serwisie krytykować wszystkie opcje polityczne i nikt nie będzie banowany za wyrażanie negatywnych opinii o Trumpie. Ale okazuje się, że „wolność słowa” w rozumieniu króla poduszek też ma swoje ograniczenia.

„Nie będzie tu pornografii, ani gróźb karalnych, ani przeklinania i bluźnierstw. Pornografia to nie wolność słowa. Grożenie komuś śmiercią to nie wolność słowa. Używanie przekleństw to nie wolność słowa. Branie imienia Pana, Boga naszego, nadaremnie to też nie jest wolność słowa” – mówił Lindell.

Założyciel MyPillow jest bowiem od pewnego czasu mocno religijną osobą. Nawrócenie przeżył u progu XXI wieku, a – jak sam opowiada – głęboka wiara i boska pomoc pomogły mu przezwyciężyć uzależnienia od narkotyków (m.in. kokainy i cracku), alkoholu i hazardu, a także przekuć wreszcie swoje handlowe talenty na duży biznes.

Przed nawróceniem Lindell ze zmiennym szczęściem próbował swoich sił w branży gastronomicznej oraz czyszczeniu dywanów. Niestety błędne decyzje biznesowe i trwonienie pieniędzy na uzależnienia kosztowały go nie tylko utratę rodzinnego domu, ale także rozwód.

Czechy: Wyszukiwarka Seznam chce pozwać Google

Pozew Seznamu nie byłby pierwszym w Czechach przeciw Google. W czerwcu do praskiego sądu trafiła bowiem skarga czeskiej porównywarki cenowe Heureka.

Lindell nie chce powtarzać błędów Parlera

Z zapowiedzi Lindella wynika, że serwis Frank będzie miał silniejszą moderację niż również reklamujące się „całkowitą wolnością słowa” serwisy Parler i Gab, które dopuszczają usuwanie jedynie postów zawierających treści pedofilskie oraz otwarte wzywanie do popełnienia morderstwa.

Aplikacja pierwszego z tych serwisów w styczniu zniknęła jednak (z powodu nieusuwania z niego treści rasistowskich czy nawołujących do nienawiści) z najpopularniejszych sklepów z aplikacjami mobilnymi – Google Play i AppStore, a Amazon wymówił prowadzącej serwis spółce hosting na swoich serwerach, co doprowadziło do zawieszenia działania Parlera na ponad miesiąc.

Serwis ten w połowie lutego powrócił, ale wciąż nie funkcjonuje w pełni, ponieważ ma kłopoty ze znalezieniem usług hostingowych o odpowiednio dużej przepustowości. Również właściciele serwisu Gab (gdzie także dużo jest treści rasistowskich czy promujących teorie spiskowe) przekonują, że nie mogą rozszerzyć swojej działalności, bo duże firmy hostingowe odmawiają z nimi współpracy.

Wygląda na to, że Lindell chce, aby Frank nie powtórzył historii Parlera. Nie tylko treści mają więc być moderowane, ale obsługująca nowy serwis aplikacja ma działać z poziomu przeglądarki internetowej, a nie oprogramowania instalowanego bezpośrednio na urządzenie mobilne.

Władze USA pozwały Facebooka za praktyki monopolistyczne. Instagram i WhatsApp zostaną oddzielone?

Jeśli zapadnie decyzja o konieczności rozbicia internetowego giganta, serwis społecznościowy może być zmuszony do sprzedaży Instagrama i WhatsAppa.

Trump założy konto u Lindella?

Powyższe rozwiązanie sprawia, że serwis Frank nie będzie musiał spełniać wymogów stawianych dostawcom aplikacji przez sklepy Google i Apple. Z drugiej jednak strony Frank będzie oferował o wiele mniej mobilnych funkcjonalności niż Twitter czy YouTube.

Aby można było z niego wygodniej korzystać ze smartfona lub tabletu będzie jednak można zainstalować na pulpicie bezpośredni link do strony WWW tego serwisu w formie ikony (tzw. direct icon link). Szczegółowa instrukcja jak to zrobić znajduje się na głównej stronie serwisu.

Nie wiadomo natomiast czy projekt Lindella będzie mieć bezpośrednio cokolwiek wspólnego biznesowo z samym Donaldem Trumpem, ani czy założy on swoje prywatne konto na Franku. Były prezydent USA – po tym jak Twitter usunął jego konto – zapowiadał, że bardzo pieczołowicie wybierze miejsce, gdzie znów będzie umieszczał swoje wpisy lub nawet założy własny serwis społecznościowy. Dotąd jednak nie podjął żadnych kroków w którymkolwiek z tych kierunków.

Obecnie jedyne jego publiczne wypowiedzi to pisemne oświadczenia publikowane przez przysługujące każdemu z byłych amerykańskich prezydentów biuro (które jednak w przypadku Trumpa nazywa się po prostu „Biurem Donalda Trumpa” i nie padają słowa „były” i „prezydent”).

Choć owo „Biuro” nie ma nawet własnego konta na Twitterze, to jednak każdy wydany przez nie dokument szybko jest publikowany w tym serwisie przez licznych dziennikarzy. Jak więc zauważyła część komentatorów, Trump w ten sposób niejako obszedł nałożony na niego przez Twittera zakaz publikowania.