Nie będzie Brexitu bez zgody parlamentu

Theresa May, premier Wlk. Brytanii// Źródło: 10 Downing Street via Flickr

Rząd Wlk. Brytanii przegrał w sądzie sprawę dot. Brexitu. By rozpocząć proces negocjowania wyjścia z Unii Europejskiej będzie on musiał uzyskać zgodę parlamentu – wbrew temu, co wcześniej zapowiadała premier Theresa May.

 

Wysoki Sąd Anglii i Walii (EHWC, the High Court of Justice of England and Wales) wydał dziś (3 listopada) wyrok w sprawie rozpoczęcia negocjacji Wlk. Brytanii z Unią Europejską ws. Brexitu. Zgodnie z wyrokiem sądu, do rozpoczęcia tych rozmów brytyjski rząd będzie potrzebował uzyskać zgodę parlamentu.

Brexit

W referendum 23 czerwca br. Brytyjczycy zdecydowali o tym, że chcą, by ich kraj opuścił Unię Europejską. Wolę społeczeństwa rząd musi teraz w zgodzie z istniejącym prawem przełożyć na praktykę.

Ze strony UE sprawa jest prosta. Artykuł 50 Traktatu o UE (TUE) mówi w ustępie 2: „Państwo Członkowskie, które podjęło decyzję o wystąpieniu, notyfikuje swój zamiar Radzie Europejskiej. W świetle wytycznych Rady Europejskiej Unia prowadzi negocjacje i zawiera z tym Państwem umowę określającą warunki jego wystąpienia, uwzględniając ramy jego przyszłych stosunków z Unią” i dalej w ustępie 3: „Traktaty przestają mieć zastosowanie do tego Państwa od dnia wejścia w życie umowy o wystąpieniu lub, w przypadku jej braku, dwa lata po notyfikacji, o której mowa w ustępie 2, chyba że Rada Europejska w porozumieniu z danym Państwem Członkowskim podejmie jednomyślnie decyzję o przedłużeniu tego okresu.”

Oznacza to, że Bruksela czeka na notyfikację ze strony brytyjskiego rządu  w celu rozpoczęcia rozmów. W momencie, gdy ta notyfikacja wpłynie, Londyn będzie miał dwa lata na porozumienie się z UE. W przypadku braku wypracowania w tym czasie umowy ( i ewentualnego przedłużenia okresu negocjacyjnego), wszelkie umowy i przepisy UE dotyczące Zjednoczonego Królestwa przestaną obowiązywać, więc Wlk. Brytania straci np. dostęp do wspólnego rynku.

Strona brytyjska

Jednak po drugiej stronie Kanału La Manche po ogłoszeniu referendum i objęciu władzy przez Theresę May (po tym jak jej poprzednik David Cameron podał się do dymisji), rozgorzała dyskusja nt. rozpoczęcia rozmów z Brukselą. Przedmiotem sporu było to, kto podejmie decyzję o starcie negocjacji.

Dotychczas premier Theresa May argumentowała, że jako szefowa rządu, to ona zdecyduje, kiedy negocjacje powinny się zacząć. Według niej decyzja Brytyjczyków w referendum stanowi wystarczającą legitymizację demokratyczną takiego działania. May zapowiadała, że rozmowy zostaną rozpoczęte w marcu 2017 r. – nie chciała ich zaczynać zbyt wcześnie, by czas na przygotowania do nich nie został odliczony od dwóch lat, jak będzie miała Wlk. Brytania na całkowite ich zakończenie.

Wysoki Sąd nie zgodził się jednak z interpretacją May. Przychylił się do zdania przeciwników premier – sprawę wniosła bizneswoman Gina Miller, zwolenniczka pozostania w UE – i uznał, że rząd będzie musiał uzyskać zgodę parlamentu zanim poinformuje Brukselę o rozpoczęciu procedury opisanej w artykule 50 TUE.

Swoje rozczarowanie decyzją sądu wyraził już b. szef Partii Niezależności Zjednoczonego Królestwa (UKIP), jeden z głównych zwolenników Brexitu Nigel Farage. Stwierdził on, że obawia się „zdrady” tych, którzy poprzednio poparli wyjście z UE, co ma zaowocować „połowicznym Brexitem”.

May nie zamierza poddawać się bez walki. Jej rząd ma złożyć apelację od wyroku do Sądu Najwyższego (The Supreme Court of the United Kingdom), gdzie pierwsza rozprawa jest spodziewana na początek grudnia br.