Belgia kończy dziś 190 (191) lat. Dwusetnych urodzin może nie doczekać

nacjonalizm-Leopold I,belgia-walonia-bruksela-flandria-niepodleglosc-europa,holandia, zjednoczone-prowincje

Motorem, który napędza Belgię w jednokierunkowym ruchu ku dezintegracji są od blisko pół wieku partie nacjonalistów flamandzkich. / Opracowanie graficzne EURACTIV.pl/Paulina Borowska.

21 lipca to święto narodowe w Belgii. Nie jest to jednak rocznica uzyskania niepodległości, ale dzień wyłoniony niejako w drodze eliminacji, nie kolidujący z niezależnymi obchodami we flamandzkiej i francuskojęzycznej części kraju. Przez ponad 190 lat od powstania państwa Belgowie musieli ćwiczyć się w trudnej sztuce kompromisu. Dzisiaj przychodzi im to coraz trudniej, a wątpliwości co do wspólnego świętowania kolejnych urodzin narastają.

 

 

Kompromis pierwszy – świąteczny

W 1830 r. mieszkańcom południowych prowincji mocno doskwierały rządy Wilhelma I panującego nad Zjednoczonym Królestwem Niderlandów. Absolutystyczny monarcha antagonizował katolików, liberałów i francuskojęzyczne elity. Rewolucyjny duch unoszący się wówczas nad Europą dotarł również do Brukseli. Z końcem sierpnia 1830 r. wybuchły tam zamieszki, a 27 września belgijskie oddziały powstańcze pokonały niderlandzkie wojska. To właśnie tę datę ogłoszono w tamtym okresie belgijskim świętem narodowym. Dziś ostała się ona jako Dzień Wspólnoty Francuskojęzycznej.

Ostatecznie Holandia uznała niepodległość Belgii w 1839 r., a pełna normalizacja stosunków nastąpiła w latach 80. XIX w. Wtedy celebrowanie przepędzenia „elementu niderlandzkiego” stało się mało dyplomatyczne, zwłaszcza w kraju, którego większość mieszkańców posługiwała się na co dzień tym samym językiem, co sąsiedzi z północy. Owi mieszkańcy kilkadziesiąt lat później będą hucznie świętować średniowieczne zwycięstwo flamandzkich ochotników nad kawalerią króla Francji. I choć w „bitwie złotych ostróg” w 1302 r. u boku Flamandów stali m.in. Walonowie z Namur, to podczas ustanowionego na jej cześć 11 lipca Dnia Wspólnoty Flamandzkiej mało kto o tym wspomina.

Co zatem wydarzyło się 21 lipca? Tego dnia w 1831 r. młode belgijskie państwo posiadało już wyłoniony w wyborach parlament, rząd, ustawę zasadniczą oraz przebywającego od niedawna w kraju króla. 21 lipca importowany z Anglii książę Coburga-Saksonii-Gothy złożył przysięgę na konstytucję i został oficjalnie Leopoldem I, królem Belgów. W tym momencie belgijska państwowość stała się faktem geopolitycznym z całkiem przyzwoitymi widokami na przetrwanie.

Kemping w kościele, czyli sekularyzacja w Belgii

Od kilku lat Belgia otwiera zaś zestawienia państw, w których najlepiej mieszka się ateistom i wolnomyślicielom.

Kompromis drugi – pozabelgijski

Pomyślne perspektywy zagwarantował splot okoliczności, na które sami Belgowie nie mieli większego wpływu. Karykatura z lat 30. XIX w. przedstawia konferencję mocarstw europejskich, które symbolizują zwierzęta: rej wiedzie Wielka Brytania-lis, Francja jest zającem z nadwagą, Prusy to koń, Austria – małpa, a Rosja – niedźwiedź polarny (przygniatający łapą jedyną ludzką postać – Polskę). Debatują one nad losem ubezwłasnowolnionej Belgii, nie wiedzieć czemu przedstawionej jako indyk.

Brytyjczycy za wszelką cenę chcieli zapobiec aneksji Belgii przez Francję i wywalczyli powstanie wieczyście neutralnego obszaru z położonym w jego granicach strategicznym portem w Antwerpii, za to już bez twierdz w Maastricht i Luksemburgu.

Belgijski „bufor”, pod rządami wuja późniejszej angielskiej królowej Wiktorii skutecznie zahamował Francję w powrocie do imperialnych aspiracji. Próby odbicia Belgii przez Królestwo Niderlandów zniweczył natomiast brak realnego wsparcia sympatyzujących z Wilhelmem I Rosji i Prus – carat absorbowało powstanie listopadowe, a król Prus obawiał się rewolucji w katolickiej Nadrenii.

Belgijska prowincja eksperymentuje z demokracją. Czy wynajdzie antidotum na populizm?

W Belgii znaleziono rozwiązanie, które ocali demokrację?

Kompromis trzeci – potworny

Podczas gdy zewnętrznych granic Belgii strzegły trzymające się w szachu mocarstwa, to wewnętrzną spójność zapewniało, przynajmniej początkowo, „potworne przymierze” (niderl. monsterverbond) dwóch najważniejszych sił politycznych.

O wyzwolenie spod twardej ręki Wilhelma I walczyli wspólnie katolicy i liberałowie, choć różnie oni wolność interpretowali. Dla tych pierwszych oznaczała ona nieopresyjne państwo, dla drugich swobodę wyznania, czyli przywrócenie dawnych wpływów. Zasadniczo jedni i drudzy stali na stanowisku, że im mniej odgórnej interwencji, tym lepiej.

Konstytucja Królestwa Belgii uwzględniła te postulaty, ale napięcie między katolikami i liberałami udawało się rozładować tylko do połowy XIX w. Związek przeciwieństw przepoczwarzył się w trwającą przez ponad sto lat walkę polityczną, przede wszystkimi na polu oświaty.

Zakończył ją ma się rozumieć kompromis, czyli „pakt szkolny” z 1959 r. i m.in. dzięki niemu w zgoła zeświecczonym dzisiaj państwie większość szkół wciąż formalnie podlega episkopatowi.

Belgowie walczą z władzami o ratowanie klimatu. Chcą kar finansowych za brak redukcji emisji

W innych krajach w podobnych sprawach zapadają wyroki skazujące.

Kompromis czwarty, piąty i dziewiąty – wielkie reformy

W międzyczasie świat się industrializował, demokratyzował i odsłaniał nowe linie wewnątrzbelgijskich podziałów. Na jednym froncie o godność walczył lud pracowniczy walońskich kopalni i hut (w 1869 r. Karol Marks nazwał Belgię „rajem dla kapitalistów”), a na innym odkrywający swą tożsamość Flamandowie żądali równouprawnienia języka, czyli de facto skruszenia zabetonowanych frankofońskich struktur władzy. Belgijski socjalizm rozwijał się podobnie jak w całej Europie Zachodniej, więc skupmy się na tym drugim procesie.

Dziewiętnastowieczne państwo narodowe zakładało centralizację i przez długi czas Bruksela wierzyła, że promowanie prestiżowego skądinąd języka francuskiego scementuje młode królestwo. Stołeczne elity od wieków posługiwały się francuskim i zwyczaj ten – niekoniecznie umocowany prawnie – reprodukował się w urzędach, armii, sądownictwie i szkolnictwie wyższym. W miarę upowszechniania się praw wyborczych i rosnącego elektoratu we Flandrii rósł jednak kontrast między rządzącymi a ludniejszą częścią rządzonych.

Wreszcie w 1912 r. waloński polityk Jules Destrée oznajmił w liście do króla: „Wasza Wysokość panuje nad dwoma narodami – Walonami i Flamandami. Belgów nie ma”. Co z dzisiejszej perspektywy ciekawe, wtedy to z Walonii słychać było postulat „rozdziału administracyjnego”, ale wtedy to właśnie z południa kraju wpływało więcej do centralnego budżetu. Działo się tak do początku lat 60. XX w., kiedy to jedna po drugiej zamykały się kopalnie w okolicach Liège i Charleroi. Wówczas raz jeszcze walońscy liderzy wnioskowali o federalną Belgię, która chroniłaby ekonomicznie słabnący region.

W dwudziestoleciu międzywojennym język i kultura flamandzka doczekały się ustawowych zabezpieczeń, a w 1962 r. wytyczona została biegnąca wszerz Belgii granica językowa. Ten kompromis nie przetrwał jednak burzy strajków i protestów lat 60. i w 1970 r. ogłaszający zmianę konstytucji premier Gaston Eyskens wypowiedział słowa o końcu unitarnego państwa, które poległo w konfrontacji z rzeczywistością.

Pierwsza „reforma państwa” przewróciła klocki domina: od lat 70. XX w. w systemie zakotwiczono nowe organizmy wspólnot kulturowych (flamandzkiej, francuskojęzycznej oraz niemieckojęzycznej) oraz regionów (flamandzkiego, walońskiego i brukselskiego). W następnej dekadzie otrzymały one własne organy wykonawcze – parlamenty i rządy.

Zakresy ich kompetencji rosły z każdą kolejną reformą i objęły m.in. kulturę, oświatę, opiekę zdrowotną. Od 1993 r. belgijską konstytucję otwiera artykuł o federalnej strukturze państwa. Ostatnia, szósta wielka reforma z 2014 r. scedowała na regiony politykę socjalną i od tego momentu dysponują one większymi budżetami niż władze federalne.

Belgia: Gorzkie święto narodowe w cieniu powodziowej tragedii

Król w swoim przemówieniu wspominał ofiary kataklizmu.

Bezkompromisowy zamach stanu

Jeśli współczesna belgijska scena polityczna jest spolaryzowana, to w postępującej federalizacji należy upatrywać zarazem skutku, jak i przyczyny tego stanu rzeczy. Z jednej strony federalna architektura zinstytucjonalizowała podziały, a z drugiej to kokietujące wyborców partie regionalne parły do kolejnych reform.

Jedynym obecnie ogólnopaństwowym ugrupowaniem parlamentarnym jest nosząca łatkę „komunistów” Partia Pracy. Pozostałe od lat 70. XX w. w najlepszym przypadku mają partie siostrzane po drugiej stronie językowej granicy. Frustrujące może być poszukiwanie grafik z wynikami wyborów federalnych dla całej Belgii, gdy większość serwisów ogranicza się do rezultatów na poziomie regionu.

Motorem, który napędza Belgię w jednokierunkowym ruchu ku dezintegracji są od blisko pół wieku partie nacjonalistów flamandzkich. Aktualnie występujące jako Nowy Sojusz Flamandzki (N-VA, Nieuw-Vlaamse Alliantie) oraz Interes Flamandzki (Vlaams Belang) według najnowszych sondaży mogą liczyć na blisko połowę głosów w swoim regionie. „Niepodległa republika Flandrii” oraz priorytetowa współpraca z Holandią od 20 lat rozpoczynają deklarację programową N-VA (Belgii tenże dokument nie wzmiankuje ani razu).

W okolicznościowym wywiadzie przed świętem 11 lipca przewodniczący N-VA Bart De Wever kontemplował potrzebę „nowego zamachu stanu” oraz wieszczył „niepokoje społeczne”, jeśli kolejne wybory w 2024 r. zakończą się politycznym patem (tworzenie trzech ostatnich rządów federalnych trwało w Belgii średnio 325 dni).

Wywiadu udzielał w zamku Loppem, gdzie w 1919 król i namaszczeni przez niego przedstawiciele głównych partii zdecydowali o wprowadzeniu powszechnego prawa wyborczego, obchodząc tym samym parlament i konstytucję.

Belgia: Rośnie poparcie dla flamandzkich nacjonalistów

Belgowie należeli wczoraj, obok Hiszpanów, do najbardziej zapracowanych Europejczyków. Poza wyborem przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego, głosowali także w wyborach federalnych i lokalnych. Na czele rywalizacji o miejsca w izbie niższej parlamentu znajdują się dwa ugrupowania flamandzkie.

 

Największy wzrost zanotował separatystyczny i …

Kto zje wrzącą zupę?

Ofensywną retoryką N-VA licytuje się z Vlaams Belang, który prócz jasnych deklaracji separatystycznych gra na sentymentach antyimigranckich i antyestablishmentowych. Jeśli szukać źródeł popularności obu ugrupowań, to raczej w umiejętnym rozgrywaniu przez nie tematów dla Flamandów najważniejszych, a do takich według ostatnich badań należą kwestie ochrony zdrowia, podatków, migracji, bezpieczeństwa oraz emerytur.

Niepodległość Flandrii priorytetem zdecydowanie nie jest i blisko dwie trzecie ankietowanych (w tym więc znaczna część elektoratu N-VA i Vlaams Belang) oczekuje dzisiaj większej decyzyjności na poziomie federalnym.

Czy zatem, odwołując się do niderlandzkiego przysłowia, „nigdy nie je się zupy tak gorącej jak została zaserwowana”? Wypowiedzi polityków regularnie i z premedytacją rozgrzewają debatę medialną, tak jak choćby dwa lata temu, gdy podczas ceremonii zaprzysiężenia na premier Flandrii Liesbeth Homans – ponoć żartobliwie – nazwała belgijską flagę „szmatą”. Ta sama polityk wyraziła nadzieję, że w procesie kolejnych reform do 2025 r. Belgia zaniknie niejako w sposób naturalny.

Belgia: Król przyjął w pałacu lidera skrajnej prawicy

Po raz pierwszy od ponad 85 lat oficjalną wizytę w pałacu króla Belgów złożył przywódca partii skrajnie prawicowej. Filip I przyjął przewodniczącego radykalnej partii Interes Flamandzki (VB) Toma Van Griekena. VB zajęło drugie miejsce w niedzielnych (26 maja) wyborach parlamentarnych …

Kompromis ostatni – rozwód

Najnowszym pomysłem na zbliżenie się do takiego scenariusza jest konfederacja czterech krajów związkowych: Flandrii, Walonii, Brukseli i malutkiej Wspólnoty Niemieckojęzycznej. Bezdyskusyjnie największym wyzwaniem – tak jak i przy poprzednich zmianach systemowych – pozostaje status regionu stołecznego, czyli miasta Brukseli i 18 przylegających do niego gmin. Obszaru politycznie i historycznie zdominowanego przez frankofonów, lecz geograficznie otoczonego przez Flandrię. Generującego zdecydowanie najwyższy średni dochód na mieszkańca, choć w 40 proc. jest ten wskaźnik zasługą dojeżdżających codziennie do pracy Flamandów i Walonów.

Uwzględniając jeszcze jej międzynarodową rangę, stołeczna aglomeracja to wyjątkowo intratna inwestycja-dziecko rozwodzącego się od lat małżeństwa. Jak dotąd żaden z partnerów nie był w stanie pogodzić się z oddaniem go w opiekę i wychowanie drugiej stronie. Wybicie się Brukseli na niezależność miałoby uzasadnienie w krzepnącej multikulturowej odrębności miasta, ale musiałoby zostać poprzedzone wyjątkowo żmudną intercyzą.

Wieki przed narodzinami Belgii całe Niderlandy pielęgnowały kulturę partykularyzmu, który choć powszechnie kojarzy się nie najlepiej, to na tym obszarze oznaczał tradycję żarliwego negocjowania, kolektywnych metod zarządzania i ostatecznie wynajdywania rozwiązań dla całej wspólnoty. Belgia, państwo bez (jednego) narodu i z bardzo krótką prehistorią powstała w ramach takiego rozwiązania dla Europy pierwszej połowy XIX w. Niecałe 200 lat później siły odśrodkowe – język, politycy, interesy ekonomiczne i społeczne – zdają się rozsadzać eksperymentalną konstrukcję.

Z drugiej strony wydajna demokracja już od dawna nie jest równoznaczna z nacją. Gdy na mapie Starego Kontynentu kreślono i wymazywano kolejne granice, Belgia trwała. Wprawdzie nie jako wzór urody, ale mistrz przystosowania – jako być może najlepsza ilustracja dla europejskich dylematów, napięć pomiędzy tożsamościami, „pięknym różnieniem się” a potrzebą współpracy i stabilnego przywództwa. Jeśli więc miejsce Belgii jest w muzeum, to niechże trafi tam jako rekordzista i wzorzec kompromisów.