Manfred Weber: Europa może znaleźć lek na raka, jeśli tylko będziemy współpracować – WYWIAD

Manfred Weber

Manfred Weber

40 proc. Europejczyków doświadczy w swoim życiu raka. Dlatego, jeśli zostanę przewodniczącym Komisji Europejskiej zaproponuję strategię poszukiwania leku na choroby nowotworowe – zapowiada Manfred Weber, przewodniczący największej europejskiej partii politycznej – Europejskiej Partii Ludowej (EPL) – oraz jej kandydat na następcę Jean-Claude’a Junckera.

 

Karolina Zbytniewska, EURACTIV.pl: Czy do brexitu w ogóle dojdzie?

Manfred Weber:To kluczowe pytanie. Odpowiedź jednak wciąż nie jest przesądzona, biorąc pod uwagę sytuację w Londynie. Każdego tygodnia, każdego dnia docierają do nas stamtąd nowe „pilne informacje”. Obserwujemy atmosferę chaosu, pełną niewiadomych. Mam nadzieję, że inni Europejczycy dostrzegają, że lepiej jest Unię Europejską reformować niż ją opuszczać, albo niszczyć.

Większość brytyjskich europosłów reprezentuje Partię Konserwatywną, czyli rodzinę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS. Jeśli dojdzie do brexitu, jak odejście brytyjskich polityków wpłynie na równowagę sił na europejskiej scenie politycznej?

Wielka Brytania uchodziła tradycyjnie za bardzo liberalny, wolnorynkowy kraj. Dlatego głos Londynu w sprawach gospodarczych zawsze był dobrze słyszalny. Jednak to nastawienie wydaje się już być przeszłością – przecież Brytyjczycy zdecydowali się opuścić największa otwartą przestrzeń wolnego handlu na świecie. A dzięki temu – jeśli brexit nastąpi – w wielu dziedzinach Brytyjczycy przestaną wreszcie blokować rozwój negocjacji europejskich. To dla mnie bardzo ważne. Przez ostatnie dwa lata w obszarach takich jak sprawy zagraniczne, bezpieczeństwo i obrona, w których Londyn był zawsze nieprzychylny, zawsze ostrożny i zawsze blokował co ważniejsze inicjatywy, wreszcie udało się przeforsować kilka konstruktywnych przedsięwzięć – tj. PESCO czy Europejski Fundusz Obronny. Z Brytyjczykami przy stole to by się nie udało. Dziś jest to możliwe. Teraz razem naprawdę będziemy mogli więcej.

Rozmawiamy o przyszłości Unii Europejskiej. Co ciekawe, na niedawnym Kongresie CDU w Hamburgu temat ten nie wzbudził wielkiego zainteresowania. Także postać Emmanuela Macrona – lidera dyskusji na temat kształtu reformy UE – była jakby wstydliwie omijana.

Postrzegam to pozytywnie. W kampanii, w której wybiera się nowego lidera dyskutuje się głównie o tym, co dzieli. A wszyscy trzej kandydaci na następcę Angeli Merkel na stanowisku szefa CDU w Europę wierzą. CDU postrzegana jest jako proeuropejska partia Niemiec przesiaknięta duchem Konrada Adenauera i Helmuta Kohla.

Nie pytam o bycie proeuropejskim, ale o wizję przyszłości Europy.

Jak najbardziej. Ja tylko powtarzam, dlaczego o Europie nie dyskutowano – bo wszystkich łączy postawa prounijna. Jednak ma pani rację, że debata poprzedzająca przyszłoroczne wybory europejskie nie powinna być „za” czy „przeciw” Europie, ale raczej skupiona na kierunku, w którym chcemy, by zmierzała integracja.

A jakiego kierunku pan by chciał? Ma pan duże szanse na stanowisko nowego przewodniczącego Komisji Europejskiej jako kandydat Europejskiej Partii Ludowej, największej grupy politycznej w Europie.

Chcę zagwarantować Europejczykom odzyskanie kontroli nad naszymi granicami oraz zatrzymanie nielegalnej imigracji. To zjawisko musi być zahamowane bezwarunkowo. Ludzie, którzy na nas zagłosują otrzymają konstruktywne rozwiązania, jak te, które w Bułgarii wdraża Bojko Borysow na granicy z Turcją. Ale jeśli potrzebny będzie płot, jesteśmy gotowi go wybudować.

Drugą ważną dla mnie sprawą jest kwestia rozszerzenia. Uważam, że Turcja nie może zostać członkiem UE. Jeśli zostanę szefem Komisji, ten temat nie będzie już dyskutowany. Jesteśmy sąsiadami, musimy więc ściśle współpracować – co do tego nie ma wątpliwości. Ale partnerstwo – tak, członkostwo – nie.

Jest jeszcze trzecia istotna dla mnie kwestia. Jak powiedziałem w Helsinkach, gdzie otrzymałem nominację na Spitzenkandidata EPL, aż 40 proc. Europejczyków zachoruje w swoim życiu na raka. Dlatego jako przewodniczący KE zaproponuję strategię poszukiwania leku na choroby nowotworowe. Połączymy 27 zespołów eksperckich i budżetów badawczych i mam nadzieję, że ta współpraca przybliży nas do wypracowania leku na raka. Spełniłoby się wtedy moje marzenie. Według ekspertów, jest to możliwe – to tylko kwestia możliwości badawczych i pieniędzy. Takie osiągnięcie sprawiłoby, że my Europejczycy poczulibyśmy się dumni z tego, co osiągnęliśmy razem. To pomogłoby nas wydobyć z pułapki kryzysowego, negatywistycznego myślenia, w której tkwimy. A Polacy, Niemcy, Austriacy czy Hiszpanie mieliby namacalny dowód tego, jak wiele możemy osiągnąć dzięki współpracy.

Chcę prowadzić kampanię optymistyczną i pozytywną, by zrównoważyć głosy populistów i ekstremistów, którzy grają na ludzkich lękach i problemach.

To rzeczywiście optymistyczny plan. Jednak skoro już wspomniał pan o populistach I ekstremistach, nie mogę nie zapytać, dlaczego Fidesz Viktora Orbana wciąż należy do EPL?

W naszej partii nie ma żadnych specjalnych przywilejów, gdy w grę wchodzą fundamentalne wartości – rządy prawa, demokracja czy wolność wypowiedzi.

Czyżby?

Absolutnie. Jako dowód przytoczę wrześniowe głosowanie PE nad wszczęciem wobec Węgier procedury z artykułu 7 Traktatu Lizbońskiego. Procedura ta, czyli tzw. opcja nuklearna, może być użyta przeciwko krajowi, gdzie niszczony jest system rządów prawa. Ja i moja grupa w zdecydowanej większości zagłosowaliśmy za jej rozpoczęciem wobec Budapesztu. Podobnie zdecydowaliśmy wcześniej wobec Polski. I tylko dzięki głosom EPL udało się przekroczyć wymagany do wszczęcia tej procedury próg większości 2/3.

Musimy bronić rządów prawa w UE. Jednak to, co robimy względem Węgier, jest mechanizmem neutralnym partyjnie, bo problem nie dotyczy tylko jednej partii ani tylko jednego kraju. Dlatego już w styczniu zaproponujemy nowy wiążący mechanizm sankcjonowania naruszeń rządów prawa, z myślą o lepszej przyszłości naszego kontynentu. Musimy chronić naszych zasad, za wszelką cenę. Dla EPL jest to oczywiste.

Rozumiem, ale… Wciąż dla wielu – ze mną włącznie – tolerowanie obecności Viktora Orbana w EPL podważa etyczną legitymację pańskiej partii. Rządy prawa i demokracja liberalna, za którymi pan mówi, że się opowiada „za wszelką cenę” są na Węgrzech niszczone. Przejmowanie kontroli nad niezależnymi mediami, zwalczanie organizacji pozarządowych i instytucji edukacyjnych, podsycanie ksenofobii i antysemityzmu. To wszystko stoi w opozycji z fundamentalnymi zasadami, o których pan mówi.

Dlatego nie ma taryfy ulgowej dla Viktora Orbana. Uruchomiliśmy procedurę z artykułu 7…

Tak, ale aby z tego coś wynikło potrzebne są 4/5 głosów w Radzie Europejskiej, czyli sprawa niemożliwa.

Dlatego będę prosił głowy państw i rządów zasiadające w Radzie, by o tym dyskutowali. Dziś Macron narzeka na Orbana publicznie, ale już na spotkaniach Rady, gdzie wspólnie zasiadają, o procedurze z artykułu 7 i rządach prawa na Węgrzech nikt się nie zająknie. To samo z Polską. Wie pani, że sprawa Polski do tej pory nie była poruszana na unijnych szczytach? Owszem, rozmawiają o tym europejscy ambasadorzy, ale liderzy państw już nie. Minimum, czego mogę od nich oczekiwać to to, że przynajmniej porozmawiają o fundamentalnych wartościach, na których ufundowana jest Unia.

EPL nie potrzebuje żadnych dodatkowych lekcji etycznych, teraz to liderzy powinni przejść do czynów – ale najpierw szczerze ze sobą porozmawiać. Macron powinien spojrzeć w oczy Orbanowi i Morawieckiemu i im powiedzieć, co jest nie tak. Wierzę w siłę rozmowy na unijnym forum, a nie w narzekanie poprzez media i nic nie robienie. Czekamy teraz na wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego (CEU) i węgierskiego prawa dotyczącego organizacji pozarządowych. Dadzą nam one dodatkowy argument za tym, aby sprawa Budapesztu wreszcie trafiła na agendę szczytu Rady Europejskiej.