Liban: Antyrządowe protesty w Bejrucie po eksplozji w porcie

Protest w stolicy Libanu - Bejrucie, źródło: Pexels, fot. Charbel Msallem (CC0 Public Domain)

Protest w stolicy Libanu - Bejrucie, źródło: Pexels, fot. Charbel Msallem (CC0 Public Domain)

Protesty wybuchły wczoraj wieczorem. Demonstranci wyrażali swój sprzeciw wobec korupcji i nieudolności libańskich polityków. Wstępne ustalenia co do przyczyn wtorkowego wybuchu wskazują na lata zaniedbań, które doprowadziły do gigantycznej katastrofy.

 

Choć na wczorajszym (6 sierpnia) proteście w Bejrucie nie było wielu ludzi, to jednak miał on gwałtowny przebieg. W Libanie rośnie bowiem złość po wtorkowej (4 sierpnia) eksplozji w bejruckim porcie, która uszkodziła połowę budynków w mieście, a 300 tys. ludzi pozbawiła dachu nad głową. Straty są wstępnie szacowane na 3-5 mld dolarów.

Wciąż trwa także liczenie ofiar. Na razie doliczono się 145 zmarłych i ponad 5 tys. rannych. Zaginionych jest jednak jeszcze kilkaset osób, a w wśród nich większość strażaków, którzy jako pierwsi przybyli, aby gasić pożar w portowym magazynie z fajerwerkami.

Ponieważ strażacy znajdowali się w samym centrum eksplozji, nie ma właściwie szans na odnalezienie kogokolwiek z nich żywego. Eksplozja była bowiem tak potężna, że możliwe, że nawet odnalezienie ich zwłok może być niemożliwe. Inni ludzie leżą zapewne pod gruzami zawalonych okolicznych budynków lub magazynów.

Na razie odnaleziono tylko szczątki 25-letniej strażaczki Sahar Fares. Podczas jazdy na ostatnią akcję gaśniczą zrobiła sobie w wozie strażackim zdjęcie z kolegami z zastępu, które potem obiegło media społecznościowe w Libanie.

Fares stała się symbolem poświęcenia bejruckich strażaków, którzy prawdopodobnie nie mieli pojęcia co dokładnie jadą gasić oraz nie mieli wiedzy o tym, że tuż obok płonącego składu fajerwerków znajduje się feralny magazyn nr 12, gdzie od 6 lat leży aż 2750 ton całkowicie niezabezpieczonej saletry amonowej, a więc substancji, która może być użyta zarówno do produkcji nawozów sztucznych, jak i materiałów wybuchowych.

Opublikowane już zdjęcia tego magazynu sprzed wybuchu pokazują ułożone jeden na drugim worki z substancją, której gwałtowne podgrzanie (a tak stało się w wyniku pożaru sąsiedniego składu fajerwerków) prowadzi do bardzo silnej eksplozji.

Saletrę amonową należy więc trzymać w specjalnych ochronnych warunkach i nigdy nie można jej w jednym miejscu przechowywać aż tak dużo. Tymczasem przez 6 lat, mimo apeli bejruckiego urzędu celnego oraz inspektorów dozoru technicznego władze nic z tym nie zrobiły. Zaledwie kilka dni przed eksplozją powstał kolejny raport, który stwierdzał, że „ewentualny wybuch zniszczy połowę miasta”.

Liban liczy straty po eksplozji w Bejrucie

Wybuch to kolejny z serii wielkich problemów jakie trapią Liban i potęgują poważne napięcie w tym wieloetnicznym i wieloreligijnym kraju.

Lata zaniedbań i katastrofa „z przypadku”

Medialne śledztwo ujawnia zaniedbania na gigantyczną skalę. Ładunek znalazł się bowiem w porcie w Bejrucie całkowicie przypadkowo. Saletrę amonową z Gruzji do Mozambiku (do fabryki materiałów wybuchowych) wiózł statek MV Rhosus należący do mieszkającego na Cyprze rosyjskiego biznesmena Igora Greczuszkina.

Jednostka zawinęła jednak do Bejrutu po niespodziewany dodatkowy ładunek – sprzęt budowlany, który po drodze do Afryki miał po przejściu Kanału Sueskiego zostać od strony Zatoki Akaba dostarczony do Jordanii. Lądowy transport między Libanem a Jordanią był wówczas mocno utrudniony przez wojnę domową w Syrii.

Ponieważ jednak MV Rhosus był w kiepskim stanie technicznym i nie nadawał się do dalszej żeglugi, a na dodatek nie uiszczono różnych opłat, portowe władze go zaaresztowały. Rosyjsko-ukraińska załoga nie mogła też Libanu przez kilka miesięcy opuścić, choć armator ogłosił upadłość, a mozambijski odbiorca saletry amonowej zrezygnował z dostawy.

Niebezpieczny ładunek leżał na statku niemal rok, a gdy pojawiły się ostrzeżenia (także od samej załogi), że to „tykająca pływająca bomba”, worki z chemikaliami przeniesiono na ląd, właśnie do magazynu nr 12. I nikt z władz Bejrutu czy Libanu już się tym nie interesował.

„Nie rozumiem, dlaczego to cargo przez tyle czasu było w porcie. Można przecież było zarejestrować ten ładunek jako niebezpieczny i przenieść go gdzieś, użyć do rolnictwa, by rozwiązać problem. Nie wiem, dlaczego nic nie zostało to zrobione” – tłumaczy teraz mediom ostatni kapitan MV Rhosus Boris Prokoszew.

Zagraniczna pomoc napływa do Libanu. Prezydent Francji z wizytą w Bejrucie

W Libanie wciąż trwa poszukiwanie ofiar eksplozji w składzie środków chemicznych w porcie w Bejrucie oraz szacowanie strat. Świat wysyła Libańczykom pomoc. Trwa wyjaśnianie przyczyn katastrofy.

Pierwsze aresztowania w Libanie

Libańska prokuratura nałożyła już areszt domowy na wszystkich urzędników zarządzajacych portem w Bejrucie, a także zamroziła ich konta bankowe. 16 najmocniej podejrzanych osób trafiło zaś do normalnego aresztu. Natomiast cypryjska policja na wniosek strony libańskiej przesłuchała już Greczuszkina.

Ale wielu Libańczyków obawia się, że władze nie będą zainteresowane pełnym rozliczeniem tej katastrofy, a przede wszystkich znajdą kozłów ofiarnych. Pojawiają się bowiem informacje, że wszyscy dotąd aresztowani ludzie należą do mało wpływowych rodzin, zaś tym, którzy wywodzą się z kontrolujących kraj rodów włos z głowy nie spadnie.

To dlatego podczas wczorajszej wizyty we Bejrucie prezydenta Francji Emmanuela Macron tak wiele osób apelowało do niego, aby pomógł rozbić rządzący Libanem rodzinno-korupcyjny układ, który przekracza czasem nawet bardzo głębokie podziały religijne czy etniczne.

Macron zanim odbył oficjalne rozmowy z libańskimi prezydentem i premierem, spotkał się na ulicach Bejrutu z ludźmi, na co nie odważyli się dotąd żadni wysocy rangą miejscowi przywódcy. Zrobiła to jedynie minister sprawiedliwości Marie-Claude Naim, którą jednak wściekli ludzie oblali wodą, choć jest ona od lat znaną zwolenniczką reform w kraju.

Macron w Libanie domagał się reform

Wiele osób wzburzyło także to, że na oficjalnym spotkaniu najważniejszych osób w Libanie z prezydentem Francji tylko ten ostatni na znak żałoby założył czarny krawat. Libańscy notable wybrali takie w wesołych kolorach.

Macron już zapowiedział, że powróci do Libanu 1 września, aby rozmawiać o nowym politycznym pakcie dla tego kraju. Oświadczył też, że będzie wymuszał w tym kraju reformy. Francja ma w Libanie duże wpływy i poważne interesy gospodarcze. Macron wspominał więc możliwości nakładania sankcji na interesy osób powiązanych z rządzącymi.

Francuski prezydent powiedział także, że chce uzależnienia międzynarodowej pomocy dla Libanu (nie tej humanitarnej, ale tej długookresowej gospodarczej) od postępów w walce z korupcją.

Sytuacja gospodarcza Libanu jest katastrofalna. Głęboki kryzys trwa już od ubiegłego roku, a pandemia koronawirusa jeszcze go pogłębiła. Rośnie bezrobocie, a ceny żywności czy paliw rosną. Lokalna waluta – funt libański – straciła zaś na wartości w ostatnich miesiącach nawet 80 proc. W kraju zresztą od lat w normalnym obiegu jest alternatywna waluta – amerykański dolar.

Najgłębszy od czasu zakończenia w 1990 r. trwającej 15 lat wojny domowej kryzys gospodarczy doprowadził w październiku do wielkich protestów ulicznych w Libanie. Ale w kraju niewiele się w ich efekcie zmieniło. Wciąż wielkim problemem jest też brak elektrowni. Te, które działają nie są w stanie zapewnić prądu całemu krajowi, dlatego codziennie jest on wyłączany na wiele godzin.