Hongkong: Ostatnia duża prodemokratyczna gazeta codzienna przestanie się ukazywać?

Dziennik "Pinggwo Yatbou" od początku relacjonuje protesty w Hongkongu i ukazuje brutalność służb policyjnych, źródło: Twitter/Jimmy Lai (@JimmyLaiApple)

Dziennik "Pinggwo Yatbou" od początku relacjonuje protesty w Hongkongu i ukazuje brutalność służb policyjnych, źródło: Twitter/Jimmy Lai (@JimmyLaiApple)

Choć ukazuje się od 26 lat i jest najchętniej kupowanym przez Hongkończyków dziennikiem, do końca obecnego tygodnia może przestać istnieć. Tabloid „Pinggwo Yatbou” (w anglojęzycznej wersji znany jako „Apple Daily”) znalazł się na celowniku władz, bowiem krytykował odbierania przez Pekin Hongkongowi autonomii.

 

„Pinggwo Yatbou” ukazuje się od 1995 r. Założycielem gazety jest Jimmy Lai, biznesmen wcześniej działający w branży tekstylnej i twórca popularnych w krajach Azji Wschodniej i Południowej sieci sklepów odzieżowych „Giordano”.

Lai – oprócz hongkońskiego posiadający także brytyjskie obywatelstwo – od lat znany był z dwóch rzeczy: kolekcjonowania sztuki oraz wspierania ruchów prodemokratycznych, szczególnie po tym jak w 1997 r. dawna brytyjska kolonia powróciła pod zarząd Pekinu.

Najstarszy tabloid w Hongkongu

Należąca do niego gazeta była zawsze znana z krytyki rządzącej w Chinach kontynentalnych Partii Komunistycznej. „Pinggwo Yatbou” wydawane jest w formie tabloidu – gazeta jest kolorowa, a teksty pisane są możliwie przystępnym językiem.

Ale wzorem dla Lai nie były znane ze skupiania się na celebrytach, historiach kryminalnych czy taniej sensacji tabloidy chińskie, ale najpopularniejszy amerykański dziennik, czyli „USA Today” – gazeta redagowana z myślą o mniej wykształconym czytelniku, ale serwująca mu artykuły na poważne tematy polityczne, gospodarcze, społeczne czy międzynarodowe.

Ostatecznie jednak ostra konkurencja o czytelników sprawiła, że brukowe tematy także zagościły na łamach „Pinggwo Yatbou”. Dziennik nie uniknął też w związku z tym poważnych wpadek wizerunkowych. jak choćby ta z 2000 r., gdy okazało się, że jeden z dziennikarzy przekupywał policjantów, aby uzyskać pikantne szczegóły z różnych głośnych śledztw.

Gazeta prodemokratyczna

Swoim dziennikiem Lai zmienił jednak rynek prasy w Hongkongu. Najpierw – oferując egzemplarz gazety za cenę zaledwie dwóch hongkońskich dolarów – złamał wieloletnią regułę, że dzienniki kosztowały w pięć dolarów. Później, gdy konkurencja obniżyła swoje ceny, walczył z nią poprzez dodawanie do gazety gadżetów. Spopularyzował też w Hongkongu format gazetowego tabloidu.

„Pinggwo Yatbou” szybko zjednał sobie jednak czytelników także tym, że bronił swobód demokratycznych w Hongkongu, a jednocześnie pisał o niewygodnych dla władz w Pekinie tematach, takich jak uhonorowanie Pokojową Nagrodą Nobla przebywającego w więzieniu dysydenta Liu Xiaobo czy o represjach jakie dotykały jego żony.

Nazwa gazety nawiązuje zresztą do biblijnej przypowieści o Adamie, Ewie i zakazanym owocu. Dziennik Laia miał być – niczym jabłko z rajskiego ogrodu – przepustką do poznania świata takim jaki jest naprawdę.

Biznesmen, który od lat był jednym z najważniejszych donatorów hongkońskich partii demokratycznych i prodemokratycznych organizacji, od początku sprzeciwiał się okrajaniu przez Pekin hongkońskiej autonomii, zagwarantowanej w zawartej z Wielką Brytanią umowie co najmniej do 2047 r.

Dziennik „Pinggwo Yatbou” otwarcie wzywał więc do udziału w demonstracjach sprzeciwu wobec kolejnych ustaw, które rozszerzały uprawnienia władz Chin kontynentalnych do ingerowania np. w wymiar sprawiedliwości w Hongkongu, łącznie z kontrowersyjną ustawą o bezpieczeństwie publicznym, która w praktyce zniosła dużą część hongkońskiej autonomii.

Hongkong: Wyroki więzienia dla ważnych działaczy ruchu demokratycznego

Wśród skazanych są m.in. wydawca niezależnych mediów Jimmy Lai czy kilku weteranów ruchu demokratycznego w Hongkongu.

Władze uderzają w gazetę

To wszystko sprawiło, że Lai i jego gazeta od dawna są na celowniku obecnych propekińskich władz Hongkongu z Carrie Lam na czele. 72-letni biznesmen w grudniu 2020 r. został po raz kolejny aresztowany i od tamtego czasu już więzienia nie opuścił.

W kwietniu został natomiast skazany na rok więzienia za udział w demonstracjach oraz krytykę władz, co uznano za podburzanie manifestantów. Toczy się jednak wobec niego jeszcze proces pod dużo poważniejszym zarzutem „stwarzania zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa”, w którym grozi mu o wiele wyższy wyrok.

W ubiegłym tygodniu władze uderzyły zaś w sam dziennik „Pinggwo Yatbou”. Do jego redakcji oraz mieszkań pięciu ważnych postaci z kierownictwa gazety oraz wydającej go spółki Next Digital wkroczyło ponad 500 policjantów.

Dokonano gruntownych przeszukań, zabrano część sprzętu komputerowego oraz aresztowano redaktora naczelnego Ryana Law oraz prezesa spółki Next Digital Cheung Kim-hunga. Do policyjnego aresztu trafili także jeden z wydawców gazety Chan Pui-man, jej dyrektor administracyjny Cheung Chi-wai oraz dyrektor operacyjny Next Digital Chow Tat-kuen.

Hongkong: 47 działaczy prodemokratycznych oskarżonych o działalność wywrotową. Grozi im dożywocie

Oskarżeni podlegają pod paragraf z prawa o bezpieczeństwie narodowym, które Chiny narzuciły Hongkongowi w 2020 r.

Finansowy szantaż

Najpoważniejszym ciosem w „Pinggwo Yatbou” okazało się zamrożeniu mu wszystkich rachunków bankowych. W sumie zablokowano na nich kwotę ponad 18 mln dolarów hongońskich, czyli około 2,3 mln dolarów amerykańskich.

To uniemożliwiło funkcjonowanie zarówno gazety, jak i wydającej ją spółki. Nie mogą one na bieżąco realizować swoich finansowych zobowiązań wobec zewnętrznych podmiotów – dostawców papieru, drukarni czy właścicieli budynków, w których mieszczą się biura.

Sytuacja jest na tyle poważna, że kierownictwo gazety rozesłało do pracowników maila, w którym poinformowało, że przyszłość dziennika jest zagrożona. Do Wydziału Bezpieczeństwa hongkońskiej administracji złożono wniosek o odblokowania pieniędzy, ale zostaje on na razie bez odpowiedzi.

Jeśli nic się nie zmieni, do najbliższego piątku (25 czerwca) „Pinggwo Yatbou” może przestać istnieć. Rada Nadzorcza jest bowiem bliska podjęcia decyzji o zamknięciu dziennika. Oznaczałoby to zaprzestanie aktualizowania jego strony internetowej (choć to drugi najpopularniejszy serwis w Hongkongu), a sobotnie papierowe wydanie byłoby ostatnim.

Tym samym z Hongkongu zniknęłaby ostatnia prodemokratyczna gazeta codzienna. Władze oficjalnie oskarżyły ją o „zmowę z obcymi siłami w celu działania na rzecz destabilizacji Hongkongu”.

W ten sposób zakwalifikowano artykuły, w których opisywano możliwość nałożenia sankcji za brutalne tłumienie opozycyjnych demonstracji oraz ograniczanie hongkońskiej autonomii.

Wielka Brytania uruchomiła specjalną ścieżkę wizową dla Hongkończyków. Pekin jest wściekły

Londyn stworzył ów system w odpowiedzi na wydarzenia w Hongkongu w ostatnich kilkunastu miesiącach.

Sygnał do innych?

Władze Hongkongu uderzając w „Pinggwo Yatbou” oraz Next Digital wyraźnie chcą wysłać sygnał do wszystkich spółek, które wspierają siły prodemokratyczne. Już wcześniej, w obawie przed represjami wycofało się wielu reklamodawców.

Z drugiej strony, zniknięcie „Pinggwo Yatbou” z medialnego rynku w Hongkongu wyraźnie pokazywałoby, że Hongkong – tak jak Chiny – staje się krajem bez pluralizmu w mediach. A to poskutkowałoby ucieczka kolejnych zachodnich biznesów.

Być może więc redakcja dziennika, strasząc jego rychłym zamknięciem, chce wymusić na hongkońskiej administracji odblokowanie funduszy,