Fejk Tygodnia: Protesty uliczne zwiększają liczbę zakażeń koronawirusem?

Protest ruchu Black Lives Matter w Waszyngtonie (Photo by Clay Banks on Unsplash)

Protest ruchu Black Lives Matter w Waszyngtonie (Photo by Clay Banks on Unsplash)

Premier Mateusz Morawiecki, gdy ogłaszał nowe przeciwepidemiczne obostrzenia, wskazywał, że protesty uliczne w Polsce generują 5 tys. nowych zakażeń dziennie. Powołał się na naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Tyle, że oni to… dementują.

 

Liczba nowych zakażeń koronawirusem SARS-CoV-2 przyrasta w Polsce w rekordowym tempie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni (nie licząc niedziel i poniedziałków, gdy spływa mniej wyników) niemal dzień w dzień padają kolejne dobowe rekordy nowych infekcji.

Morawiecki oskarża protestujących o rozsiewanie koronawirusa

Politycy Zjednoczonej Prawicy, prorządowe media, a nawet sami członkowie rządu coraz częściej winą za to obarczają protestujących przeciw orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego ws. dopuszczalności przerywania ciąży z powodów embriopatologicznych. Na tzw. pasku w TVP Info przez kilka dni nazywano nawet uczestników protestów „siewcami śmierci”.

Do chóru oskarżycieli dołączył w środę (4 listopada) premier Mateusz Morawiecki, którzy podczas konferencji prasowej, na której ogłaszał nowe przeciwepidemiczne restrykcje, stwierdził: „Kolejne restrykcje są niezbędne. Apeluję, żeby pozostać w domach. Według analiz specjalistów z Uniwersytetu Warszawskiego każdego dnia wzrost liczby zakażeń na skutek protestów ulicznych może wynosić ok. 5 tys. osób.” Dodał też, że „po miesiącu możemy mieć o 150 tys. osób więcej zakażonych, niż gdyby każdy trzymał się tych zasad, które określamy”.

Opinię taką powtórzył jeszcze tego samego dnia wieczorem podczas internetowego czatu na Facebooku. Oświadczył, że rząd ma już „nie tylko przypuszczenie, ale także wiedzę, że te protesty wpływają znacząco na liczbę zakażeń”. I znów powołał się na badaczy z Uniwersytetu Warszawskiego. Tyle, że owi naukowcy, twierdzącą coś innego.

Koronawirus: Polski rząd zaostrza lockdown. Wszystkie szkoły zamknięte

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział zaostrzenie przeciwepidemicznych obostrzeń w Polsce.

Autorzy cytowanego badania prostują słowa premiera

Jeszcze zanim doszło do dwóch środowych wystąpień premiera, a więc już we wtorek (3 listopada) na stronie Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego (ICM UW) znalazło się oświadczenie naukowców starających się za pomocą modeli matematycznych prognozować przebieg epidemii w Polsce.

Ponieważ różnie już wcześniej pisano o ostatnich wynikach ich prac, często mylnie wyciągając z nich wnioski, badacze z ICM UW podkreślili, że „stwierdzenie, że z modelu ICM UW wynika, iż protesty uliczne mogą zwiększyć liczbę stwierdzonych przypadków z 25 tys. na 31 tys., jest nieuprawnione”.

Wyjaśnili, że jedynie „w symulacjach założono dwa poziomy skuteczności wprowadzenia stref żółtej i czerwonej na terytorium całego kraju, co przekłada się na prognozowane liczby stwierdzonych przypadków”.

„W obecnym stadium rozwoju modelu nie jesteśmy metodologicznie przygotowani, aby uwzględnić w sposób odpowiedzialny tego typu zgromadzenia (chodzi o protesty Strajku Kobiet – przyp. red.) jako odrębny czynnik” – głosi oświadczenie zespołu modelowania epidemiologicznego ICM UW.

Wynika więc z tego komunikatu, że premier Morawiecki – i to dwa razy – naciągnął wyniki badania naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego pod swoją tezę, a co więcej, zrobił to dzień po tym, jak owi badacze sami uznali takie wnioski za „nieuprawnione”.

Logo Strajku Kobiet nawiązuje do nazizmu? Błyskawice jak symbole Hitlerjugend i SS?

Zarówno naukowcy, jak i weterani Powstania Warszawskiego tłumaczą, że to kompletna bzdura.

Wiceminister publikuje infografikę o USA

Jeszcze zanim o protestach jako przyczynie wzrostu liczby zakażeń w Polsce mówił premier Morawiecki, głos zabrał wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz. Pod koniec października na Twitterze umieścił bowiem infografikę przedstawiającą sytuację epidemiologiczną w USA między 15 lutego a 19 października.

Zaznaczono na niej okres na przełomie maja i czerwca, gdy w wielu miejscach w USA trwały protesty ruchu Black Lives Matter przeciw policyjnej brutalności wobec Afroamerykanów, jakie wybuchły po tym jak 25 maja w Minneapolis doszło do śmierci George’a Floyda w wyniku interwencji białego policjanta Dereka Chauvina.

Na infografice opublikowanej przez Przydacza widać duży wzrost liczby nowych zakażeń (nawet trzykrotny), jaki nastąpił pod koniec czerwca i dał początek drugiej fali epidemii w USA, która trwała do października.

Do rozpalonych głów niezmienny apel o rozsądek! Sytuacja z USA z maja/czerwca br. – 2 tygodnie po początku protestów #BLM odnotowano gigantyczny wzrost liczby zakażeń COVID-19. Trzeba mieć tego świadomość” – napisał publikując infografikę polski wiceminister spraw zagranicznych.

Tezy o odpowiedzialności protestujących za wzrost liczby zakażeń koronawirusem w USA powtarzały też wcześniej za oceanem konserwatywne media, które wspierały w kampanii wyborczej Donalda Trumpa.

Opinie takie przedstawiali też m.in. burmistrz Los Angeles Eric Garcetti, który nazwał protesty uliczne „super-zakaźnymi wydarzeniami” oraz przez pewien czas główny doradca epidemiologiczny Białego Domu i dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID) dr Anthony Fauci, który określił manifestacje „świetną okazją do zakażeń”.

Temat ten latem i wczesną jesienią był – podobnie jak obecnie w Polsce – drażliwy, bowiem kwestia pandemii i ewentualnych błędów (np. bagatelizowania zagrożenia i zalecanych przez ekspertów środków zaradczych, jak np. maseczki) trumpowskiej administracji były ważny elementem przedwyborczych debat w USA.

Tyle, że zanim Marcin Przydacz umieścił na Twitterze swoją infografikę (powołał się na niej na serwis worldometers.com), amerykańscy eksperci zdążyli już obalić tezę o tym, że to protesty ruchu BLM są przyczyną skokowego wzrostu liczby zakażonych koronawirusem Amerykanów.

Protesty w Polsce wciąż trwają; 200 generałów ostrzega przed rozlewem krwi

W kolejnym dniu protestów niezadowoleni z wyroku TK ws. aborcji i rządów PiS blokowali główne ulice miast w całym kraju. Poprzedniego wieczora dwustu emerytowanych generałów i admirałów wyraziło niepokój rozwojem sytuacji w Polsce ostrzegając przed rozlewem krwi.

Amerykańscy naukowcy: Protesty BLM bez wpływu na nasilenie się pandemii

Jeszcze w czerwcu ukazała się bowiem wspólna praca badaczy z Bentley University, Uniwersytetu Kolorado oraz Uniwersytetu Stanowego w San Diego, którzy – opierając się na danych serwisu SafeGraph dotyczących liczby telefonów komórkowych logujących się w danym miejscu oraz na danych epidemiologicznych z amerykańskiego Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób (CDC) – doszli do wniosku, że nie ma związku między protestami a szybszym przyrostem zachorowań.

Naukowcy przyjrzeli się sytuacji epidemicznej między 15 maja a 15 czerwca w 315 amerykańskich miastach, które mają powyżej 100 tys. mieszkańców. W 281 z nich doszło do protestu (w 2/3 przypadków takiego, który zgromadził przynajmniej 1 tys. osób). Jako tzw. grupę porównawczą potraktowano natomiast 34 miasta, gdzie takich protestów nie było.

Wniosek okazał się jasny – protesty nie miały ani pozytywnego, ani negatywnego wpływu na liczbę zachorowań. A mówiąc prościej – to nie od tego czy był protest, czy nie zależał ewentualny szybszy przyrost liczby zakażeń w danym mieście czy hrabstwie.

Decydowały bowiem prawdopodobnie zupełnie inne czynniki, takie jak zarządzone w danym mieście, hrabstwie lub stanie przeciwepidemiczne obostrzenia. A te różniły się pomiędzy amerykańskimi regionami.

Badacze przypuszczają, że choć duże skupiska ludzi są okazją do przenoszenia się wirusów i innych drobnoustrojów między ludźmi, zwłaszcza kiedy ci ze sobą rozmawiają lub krzyczą, a z ich ust wydobywa się wtedy więcej drobinek śliny, to jednak noszenie maseczek, utrzymywanie między manifestantami odstępów oraz fakt, że wszystko odbywa się na wolnym powietrzu, gdzie jest duża cyrkulacja powietrza mogły być czynnikami obniżającymi ryzyko zakażenia.

Epidemiolodzy i wirusolodzy od dawna bowiem zwracają uwagę, że najbardziej ryzykowną i uprawdopodabniającą zakażenie sytuacją jest zgromadzenie się dużej liczby ludzi w zamkniętej przestrzeni przy jednoczesnym braku noszenia maseczek czy innych zasłon na ustach i nosie. A właśnie w takich warunkach odbywała się część politycznych wieców w USA, zwłaszcza tych, które organizował sztab Donalda Trumpa. Jednak tej zależności autorzy badania, trzeba przyznać, nie sprawdzali.

Postawili natomiast inną tezę – ewentualne zakażenia do jakich doszło podczas protestów, zostały zrównoważone przez… brak zakażeń z powodu wymuszonego przez te same manifestacje dystansowania społecznego. Jak to możliwe?

Otóż podczas, często bardzo burzliwych protestów ruchu BLM, wielu Amerykanów decydowało się na odwołanie różnych wizyt (towarzyskich czy w lokalach usługowych), a także na pracę zdalną, ponieważ obawiali się paraliżu miasta z powodu manifestacji lub potencjalnych zamieszek.

Również właściciele sklepów lub punktów usługowych, częściej decydowali się na ich całkowite zamknięcie w obawie przed niszczeniem witryn czy ich plądrowaniem. W czasie, gdy w badanych miastach trwały codzienne manifestacje, czas przebywania pozostałych mieszkańców w domach wyraźnie się więc wydłużył – średnio o 11 minut dziennie.

Stany z protestami bez fali zachorowań, stany bez protestów z falą zachorowań

Przyrost nowych zachorowań nie był też w USA jednorodny. W jednych stanach nowych chorych przybywało szybciej niż w innych. Tymczasem – podobnie jak w przypadku porównania sytuacji w poszczególnych miastach – widać wyraźnie, że to nie te stany, gdzie protestów ruchu BLM było najwięcej, odpowiadały za wybuch drugiej fali epidemii w USA.

Manifestacji i zamieszek najwięcej było w Minnesocie, a więc stanie, którego największym miastem jest właśnie Minneapolis, gdzie doszło do śmierci George’a Floyda. Ale to nie ten stan odpowiadał za późniejszy skok w liczbie zachorowań.

Podobnie było ze stanem Waszyngton. Mimo dużych protestów w Seattle, tam także 2-3 tygodnie później nie zaobserwowano ponadprzeciętnego skoku liczby nowych zakażeń. Ta sama sytuacja miała miejsce także w stanie Michigan – duże protesty miały miejsce w tamtejszym Detroit czy w Wisconsin.

Ciekawa jest sytuacja w stanie Nowy Jork, gdzie również długo protestowano, ale ponowny – choć wciąż nieduży – wzrost liczby zakażeń miał miejsce dopiero od początku października, gdy USA de facto weszły w trzecią już falę pandemii, a po protestach ruchu BLM dawno nie było tam śladu.

Trochę inaczej jest w Kalifornii. Los Angeles także było centrum protestów i rzeczywiście nastąpił w tym stanie wzrost liczby zakażeń około miesiąca po największych manifestacjach, ale ów wzrost notowano również w hrabstwach, w których protestów ruchu BLM nie było albo były minimalne.

Tymczasem duży skok liczby zakażeń notowany był w tamtym okresie w Nevadzie, Teksasie, Nowym Meksyku czy w Arizonie, a więc w stanach, które nie były w maju i czerwcu centrum protestów ruchu BLM, a raczej dochodziło tam do nich (jak w Nevadzie) sporadycznie.

Oczywiście zdarzały się stany, gdzie było i dużo protestów, i potem dużo zakażeń (jak np. w Tennessee czy na Florydzie, ale widać wyraźnie, że nie było w USA prostej zależności – stan z dużą liczbą protestów = duża liczba zakażeń 2-3 tygodnie później.

PS. Przygotowując powyższy tekst oparliśmy się na tym samym serwisie, z jakiego dane wzięto do przygotowania infografiki, jaką potem umieścił na Twitterze Marcin Przydacz. Postanowiliśmy się jednak tym danym przyjrzeć dużo dokładniej.