Coraz mniej osób chce głosować w wyborach. Winny koronawirus czy to sygnał ostrzegawczy dla demokracji?

Z tegorocznego raportu amerykańskiej organizacji Freedom House wynika, że 2020 r. był najgorszym rokiem dla globalnej demokracji w ciągu minionych 15 lat

Z tegorocznego raportu amerykańskiej organizacji Freedom House wynika, że 2020 r. był najgorszym rokiem dla globalnej demokracji w ciągu minionych 15 lat [Photos via Canva, opracowanie graficzne EURACTIV.pl/Kinga Wysocka]

W tegorocznych wyborach w kilku krajach na świecie – w Chile, Bułgarii, Francji czy Portugalii – odnotowano stosunkowo niską frekwencję wyborczą poniżej 50 proc, a tydzień temu nad Sekwaną – najniższą w historii V Republiki. To tylko przejściowa sytuacja spowodowana pandemią COVID-19 czy potwierdzenie dłuższego trendu związanego z kryzysem demokracji oraz odrzuceniem dotychczasowych elit politycznych?

 

 

Z tegorocznego raportu amerykańskiej organizacji Freedom House wynika, że 2020 r. był najgorszym rokiem dla globalnej demokracji w ciągu minionych 15 lat. Przyczyn jest wiele: trwająca pandemia, pogłębiająca się niepewność gospodarcza oraz stopniowy wzrost znaczenia siły na arenie politycznej.

Nieodzownym elementem silnej demokracji są przeprowadzone w uczciwy sposób wybory, na drodze których obywatele mają szansę wyrazić swoje oczekiwania a zarazem sprawować kontrolę nad władzą.

Tymczasem w ciągu ostatnich miesięcy frekwencja wyborcza w wielu krajach była jednak rekordowo niska. Czy można to uznać za jedno z ech trwającej pandemii czy świadoma rezygnacja z prawa do decydowania o wyborze przedstawicieli świadczy o chorobie demokracji?

Regres demokracji w Europie?

W ubiegły weekend we Francji odbyła się pierwsza tura wyborów regionalnych i departamentalnych. Francuzi wyłaniają na ich drodze ponad 1,7 tys. przedstawicieli do władz regionalnych, oraz ponad 4 tys. do władz departamentalnych. Rady te podejmują kluczowe decyzje, m.in. w kwestii edukacji, rozwoju gospodarczego czy planowania regionalnego.

W wyborach tych odnotowano jednak niską frekwencję wyborczą. W głosowaniu udział wzięło zaledwie 33,9 proc. uprawnionych do tego obywateli. Jest to historycznie najniższa frekwencja w historii V Republiki od 1958 r. Marine Le Pen określiła ten wynik mianem „obywatelskiej katastrofy”.

W kwietniu br. Bułgarzy wybierali 240-osobowe Zgromadzenie Parlamentarne. Już wcześniej zapowiadano, że mogą one nieść ze sobą niską frekwencję. W dzień poprzedzający głosowanie, odnotowano największą ilość przypadków zakażeń koronawirusem SARS-CoV-2 od początku pandemii.

Dodatkowo, około miliona Bułgarów przebywających za granicą nie mogło oddać głosu ze względu na lockdowny, oraz brak możliwości głosowania drogą pocztową oraz elektroniczną. Nie mogło też zagłosować ok. 120 tys. obywateli poddanych kwarantannie, oraz 10 tys. przebywających w szpitalach. W efekcie, frekwencja wyniosła ok. 49,1 proc.

Z kolei w Portugalii, na początku tego roku w warunkach ścisłego lockdownu odbyły się wybory prezydenckie. Reelekcję uzyskał prezydent Marcelo Rebelo de Sousa. Centroprawicowy polityk uzyskał 60,7 proc. głosów, a jego główna oponentka, Ana Gomes, niespełna 13 proc.

Portugalskie wybory zakończyły się na jednej turze, jednakże w ich przypadku frekwencja także była rekordowo niska – wyniosła zaledwie 45 proc.

Dziś wybory regionalne we Francji: Test na skuteczność "odszatanienia" skrajnej prawicy Marine Le Pen

Dla większości Francuzów zwycięstwo ugrupowania Marine Le Pen nie byłoby zagrożeniem dla demokracji.

Przyczyną pandemia oraz pogarszające się nastroje społeczne

Według dr Ewy Szostak z Katedry Polityki Ekonomicznej i Europejskich Studiów Regionalnych Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, taki stan rzeczy to zarówno efekt koronawirusa, jak i panujących w tych państwach nastrojów społecznych. „Myślę, że przyczyny nakładają się na siebie. Izolacja oraz strach przed pandemią – ludzie jeszcze się nie zaszczepili, nie było ogólnie dostępnych szczepionek, przy tym obawiano się kolejek oraz innych problemów. Drugi powód to „zmęczenie” polityką, brak zainteresowania”, podkreśla nasza rozmówczyni.

Ekspertka zwraca uwagę, że nie wszystkie wybory cechują się malejącą partycypacją obywateli. Wskazuje m.in. na ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego: „Pokazały wzrost zainteresowania, właściwie w większości krajów europejskich, pomimo tego, że frekwencja nie była zbyt wysoka, to i tak była większa w porównaniu do poprzednich wyborów”.

Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego, które odbyły się w 2019 r. odznaczyły się rekordową frekwencją na poziomie 50,6 proc. W poprzednich wyborach do europarlamentu w 2009 i 2014 r., odnotowano frekwencję nieznacznie przekraczającą 42 proc. Jednak w 2019 r. nikt nie myślał jeszcze o COVID-19.

Jeśli chodzi o stan demokracji w państwach europejskich, to z raportu „Transatlantic Trends 2021” autorstwa Niemieckiego Funduszu Marshalla Stanów Zjednoczonych (GMF) wynika, że 43 proc. obywateli respondentów uważa, że stan demokracji w ich kraju można określić jako stosunkowo dobry.

Włosi, Polacy oraz Turcy wyrażają zaniepokojenie stanem demokracji w ich państwach. Najbardziej zadowoleni ze stanu demokracji w swoim kraju są zaś Szwedzi oraz Kanadyjczycy.

Dzień Europy 2021. Czego potrzeba dziś Unii Europejskiej?

71 lat temu podpisana została historyczna deklaracja Schumana.

Problemy z frekwencją także w krajach Ameryki Łacińskiej

Niska frekwencja podczas wyborów to jednak nie tylko zmora państw europejskich. W dniach 15 i 16 maja 2021 r. w Chile odbyły się wybory, na drodze których obywatele wybierali 155 delegatów do Konwencji Konstytucyjnej, a także 13 gubernatorów regionalnych, 346 burmistrzów oraz członków rad lokalnych.

Pomimo tego, że były to wybory historyczne – konstytuanta ma bowiem napisać nową konstytucję, która zastąpi dokument pamietający jeszcze dyktatora Augusto Pinocheta.  W przypadku majowych wyborów w Chile frekwencja także nie dopisała. Zagłosowało zaledwie 6 spośród 14,9 mln uprawnionych do tego obywateli.

W rozmowie z EURACTIV.pl, dr Joanna Gocłowska-Bolek, wicedyrektorka Ośrodka Analiz Politologicznych i Studiów nad Bezpieczeństwem na Uniwersytecie Warszawskim podkreśliła, że „w wielu krajach Ameryki Łacińskiej udział w wyborach jest obowiązkowy, co zwykle zapewnia naprawdę imponującą frekwencję. W Chile zniesiono jednak obowiązek głosowania, co poskutkowało drastycznym obniżeniem zainteresowania udziałem społeczeństwa we wszelkich wyborach, czy to prezydenckich, czy samorządowych”.

„Zaledwie 41 proc. Chilijczyków okazało zainteresowanie kwestią, o którą walczono wychodząc przez wiele miesięcy na ulice i narażając się na brutalne traktowanie przez policję i wojsko, łącznie z utratą zdrowia i życia. Frekwencja rozczarowuje, zwłaszcza biorąc pod uwagę, ile kosztowało Chile osiągnięcie porozumienia z rządem w sprawie rozpisania nowej konstytucji. Wynika to w pewnym stopniu ze strachu przed pandemią, jednak w znacznie większym stopniu z braku przekonania o możliwości osiągnięcia celu, o odpowiedzialności za dalsze losy kraju. I ze zniechęcenia wszelkimi działaniami obecnej klasy politycznej, która okazała się w niewielkim stopniu otwarta na zmiany i chętna do podjęcia rozmów. Czyli ogólne rozczarowanie klasą polityczną wzięło górę nad nadzieją i poczuciem politycznego sprawstwa”, analizuje ekspertka.

Dziś Chile w referendum pożegna konstytucję Augusto Pinocheta?

Głosowanie zdeterminuje przyszłość kraju, w którym neoliberalna polityka przyczyniła się do szerokiego rozwarcia nożyc nierówności ekonomicznych.

Pandemia dobra dla demokracji?

Trwająca od ponad roku pandemia koronawirusa bez wątpienia wywiera ogromny, jeśli nie definiujący wpływ na większość otaczających nas procesów. Czy jednak może mieć ona także pewne pozytywne strony na stan demokracji? Okazuje się, że dużo zależy od realiów w danym regionie.

Joanna Gocłowska-Bolek uważa, że pandemia przyczyni się do pogorszenia sytuacji w krajach Ameryki Łacińskiej. „Rozszerzanie się liczebności klasy średniej, które z nadzieją obserwowaliśmy w poprzedniej dekadzie, dziś stanowi już tylko wspomnienie. Można oczekiwać, że po wygaśnięciu pandemii, w wielu krajach regionu protesty społeczne wybuchną ze zdwojona siłą. W nadchodzących w najbliższych miesiącach wyborach społeczeństwa mogą dać wyraz swojemu niezadowoleniu, wybierając kandydatów reprezentujących skrajne, populistyczne poglądy, takich którzy deklarują brak związku z dotychczasową, skompromitowaną elitą polityczną. Taki mechanizm mogliśmy zaobserwować m.in. w ostatnich wyborach prezydenckich w Peru”.

Natomiast Ewa Szostak zwraca uwagę, że pandemia koronawirusa w Europie pokazała silne strony Unii Europejskiej a dla demokracji na Starym Kontynencie mogą wyniknąć z niej pewne pozytywne skutki. „Zauważyliśmy, że razem możemy więcej, lepiej. Unia Europejska pokazała swoją siłę chociażby w zakresie szczepionek, mimo tego, że na początku poniosła porażkę, ale potem ten błąd został poprawiony. Pokazała solidarność i to na pewno jest bardzo pozytywne. Nie bez znaczenia jest także wspólne stanowisko w sprawie wydarzeń na Białorusi”.

O ile pandemia z pewnością nie stanowi jedynego czynnika, który przyczynił się do regresu demokratycznych praktyk, to jej wpływ na sytuację w poszczególnych krajach jest nie do przecenienia.

I choć za wcześnie, by mówić o ogólnym kryzysie demokracji, pewne przesłanki wskazują na to, że sytuacja związana z COVID-19 może zarówno podkopać pozytywne procesy w pewnych państwach, jak i zapoczątkować nowe problemy w innych. A one – paradoksalnie – mogą przynieść pozytywne dla demokracji efekty w przyszłości.

Europejska Inicjatywa Ustawodawcza. Jak w praktyce działa unijna demokracja?

1 milion obywateli – tyle osób wystarczy, by móc realnie wpłynąć na działania Unii Europejskiej.