Brexit pod znakiem zapytania?

By Jonathan Rolande via Flickr

Brytyjski minister ds. wyjścia z UE David Davis oświadczył w poniedziałek (7 listopada), że rząd nie pozwoli parlamentowi decydować o tym, jak mają być prowadzone negocjacje ws. Brexitu. Dzień wcześniej lider opozycyjnej brytyjskiej Partii Pracy Jeremy Corbyn zapowiedział, że laburzyści mogą blokować rozmowy ws. warunków wyjścia Wlk. Brytanii z UE, o ile gabinet Theresy May nie zgodzi się na żądania jego partii w tej sprawie.

Poniedziałkowe wystąpienie ministra Davida Davisa w parlamencie było oficjalną odpowiedzią brytyjskiego rządu na orzeczenie Wysokiego Sądu Anglii i Walii (EHWC, the High Court of Justice of England and Wales), który uznał 3 listopada, że uruchomienie formalnego procesu wyjścia kraju z UE wymaga zgody obu izb parlamentu.

>> Czytaj więcej o decyzji brytyjskiego sądu

Tymczasem premier Theresa May zamierzała podjąć decyzje w tej sprawie bez ponownego zwracania się do Izby Gmin i Izby Lordów. W jej ocenie czerwcowe referendum ws. Brexitu i istniejące prerogatywy ministerialne wystarczają, by to rząd uruchomił procedurę wyjścia z UE.

Minister ds. wyjścia Wielkiej Brytanii z UE: Parlament nie będzie dyktował rządowi

„Kontrola parlamentarna – tak, ale mówienie premier, jak ma rozgrywać swoje karty i zmuszanie jej do pokazania swojej strategii negocjacyjnej – nie” – powiedział w poniedziałek minister Davis. Podkreślił, że nie uda się wynegocjować dobrych warunków, jeśli rozmowy będzie prowadziło 650 członków Izby Gmin i prawie 900 Izby Lordów. „Nie prowadzono w ten sposób żadnych negocjacji w historii” –  argumentuje minister. Davis uspokajał przy tym, że parlament będzie miał wiele okazji do wypowiadania się nt. Brexitu, m.in. w czasie prac nad planowaną na przyszły rok Wielką Ustawą Uchylającą (unijne przepisy po opuszczeniu Wspólnoty).

Powtórzył, że dalsze działania ws. formalnego uruchomienia procedury wyjścia z UE rząd podejmie najwcześniej w pierwszych miesiącach przyszłego roku.

Sama premier May ostrzegła w niedzielę rano (6 listopada), że parlament nie ma innego wyjścia poza potwierdzeniem woli Brytyjczyków wyrażonej w referendum. „Wynik referendum był jednoznaczny i obowiązuje. Ci członkowie parlamentu, którzy nad nim ubolewają, powinni przyjąć do wiadomości, że ludzie zdecydowali” – głosi wydane przez nią oświadczenie.

Lider Partii Pracy: Będziemy blokować Brexit

Przywódca opozycyjnej brytyjskiej Partii Pracy Jeremy Corbyn zapowiedział, że laburzyści będą próbowali zablokować negocjacje o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE, jeśli rząd nie uwzględni żądań jego partii dotyczących warunków Brexitu. W wywiadzie dla dziennika Sunday Mirror podkreślił, że „nieprzekraczalna linia” dla jego partii to m. in. gwarancje dalszego dostępu dla brytyjskich eksporterów do wspólnego rynku UE, ochrona praw pracowników i zabezpieczenie praw konsumentów oraz zachowanie unijnych zasad ochrony środowiska.

Corbyn zastrzegł przy tym, że laburzyści nie kwestionują wyniku referendum, a jedynie domagają się dostępu do Europy dla brytyjskiego przemysłu.

Będą przedterminowe wybory?

Przywódca Partii Pracy przyznał także, że jego ugrupowanie jest gotowe do przedterminowych wyborów i bada możliwości ich rozpisania przed przewidzianym terminem, czyli przed 2020 r. „Mamy kandydatów, organizację i entuzjazm. Powitamy takie wyzwanie” – oświadczył.

Według sobotniego wydania dziennika The Telegraph możliwości przeprowadzenia wcześniejszych wyborów parlamentarnych nie wykluczają również członkowie rządu. Z ostatnich sondaży wynika, że w przedterminowych wyborach Partia Konserwatywna mogłaby liczyć nawet na większą niż obecnie przewagę w Izbie Gmin.

Jednym z powodów rozpatrywania wcześniejszych wyborów jest pierwsza rezygnacja konserwatywnego posła ze względu na „nierozwiązywalny spór merytoryczny z rządem”. W czwartek mandat złożył bowiem Stephen Phillips, który podkreślił, że choć popiera Brexit, to nie zgadza się ze stanowiskiem rządu, który chce odebrać parlamentowi głos w tej sprawie. Skrytykował ponadto rząd za niewystarczającą pomoc dla nieletnich osieroconych uchodźców.

Decyzja Phillipsa miała wzbudzić obawy części członków gabinetu, że kolejni proeuropejscy posłowie mogą pójść w jego ślady. Skutkowałoby to koniecznością rozpisania wyborów uzupełniających, w których mogliby się oni ubiegać o nowy mandat w opozycji wobec tzw. „twardego Brexitu” (ograniczającego swobodę przepływu osób, ale oznaczającego również rezygnację ze wspólnego rynku Unii). To natomiast może zagrażać rządowej większości.

Rozważania członków rządu w tej sprawie wynikają również z czwartkowej decyzji EHWC dotyczącej konieczności uzyskania zgody parlamentu na rozpoczęcie negocjacji ws. Brexitu. Na razie nie wiadomo jakie będą efekty rządowego odwołania od wyroku w tej sprawie. Sąd Najwyższy (Supreme Court) będzie bowiem rozpatrywał je na początku grudnia – prawdopodobnie siódmego – a przygotowanie szczegółowego, pisemnego werdyktu może zająć nawet kilka tygodni. Jeśli orzeczenie Wysokiego Sądu zostanie podtrzymane, to rząd będzie musiał przygotować ustawę, którą następnie będą musiały przyjąć obie izby brytyjskiego parlamentu.

W parlamentarnej debacie posłowie będą mogli modyfikować rządowy projekt, wymuszając ewentualne ustępstwa wobec dotychczas przyjętej linii tzw. twardego Brexitu. Tymczasem w obu izbach brytyjskiego parlamentu większość mają politycy proeuropejscy. (bb)