Liczby są imponujące. Z wyliczeń przedstawionych przez „Independent” wynika, że aż 1,4 mln młodych ludzi, którzy w 2016 r. nie mogli głosować w brexitowym referendum, bo byli nieletni, dziś mogłoby pójść do urn. To więcej, niż licząca 1,26 mln głosów przewaga zwolenników wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii nad przeciwnikami.

Według dziennika, który mocno angażuje się w trwającą na Wyspach kampanię na rzecz powtórzenia referendum, musi to rodzić pytanie, jaki byłby wpływ tak dużej liczby dzisiejszych 18- i 19-latków na wynik ponownego głosowania i czy nie mogliby przesądzić o pozostaniu kraju w UE. Szczególnie że młodzi Brytyjczycy głosują wyjątkowo chętnie – na pierwsze referendum poszło według różnych danych ok. 70-75 proc. osób poniżej 25. roku życia.

Dzisiejsze sondaże pokazują też, że aż 70 proc. Brytyjczyków w tym wieku uważa, że źle wyjdą na brexicie, a 67 proc. jest za powtórzeniem głosowania.

Przeciwnicy brexitu: Dajmy młodym „Final Say”

– Na wynik referendum sprzed dwóch lat na pewno wpłynęła decyzja konserwatystów, żeby nie dopuścić do głosowania 16- i 17-latków. To był błąd, szczególnie że to właśnie ich pokolenie najbardziej ucierpi na brexicie – przekonuje w rozmowie z „The Independent” lider liberalnych demokratów Vince Cable.

– Nie możemy ignorować faktu, że od tego czasu półtora miliona młodych Brytyjczyków osiągnęło pełnoletność, tym bardziej że wiemy, iż zdecydowana większość z nich głosowałaby za pozostaniem w Unii – tłumaczy, dodając, że młodzi są w tej kwestii „niemal zupełnym przeciwieństwem starszych”. – To demograficzne przesunięcie pokazuje, że trzeba dać im prawo głosu w sprawie chaotycznego dealu planowanego przez konserwatystów.

Taki jest cel najnowszej kampanii „Final Say”, czyli „Ostatnie Słowo”, w ramach której Brytyjczycy podpisują internetową petycję w sprawie zorganizowania drugiego głosowania. Do tej pory podpisało ją 325 tys. osób. Kampanię wspiera też wielu prominentnych polityków, jak b. premier Tony Blair czy b. wicepremier Nick Clegg.

Akt międzypokoleniowej zdrady

Według Layli Moran, liberalnej demokratki i zwolenniczki pozostania Brytyjczyków w Unii, informacja o tak dużej liczbie młodych, którzy dziś mogliby po raz pierwszy zagłosować, może się okazać dla kampanii kluczowa.

– To języczek u wagi, który powinien zdecydować o organizacji drugiego głosowania nad ostatecznym porozumieniem brexitowym – przekonuje Moran. – Zresztą od początku wiedzieliśmy, że marginalizowanie młodych jest ryzykowne i może się obrócić przeciwko nam.

Jej obawy potwierdza Caroline Lucas z partii Zielonych: – Brexit wygląda dziś na akt międzypokoleniowej zdrady. Kiedy spojrzymy na kampanię przed głosowaniem sprzed dwóch lat i na debatę, jaka toczy się dziś, gołym okiem widać, że brakuje w nich głosu młodych ludzi. Oczywiście nie powinniśmy zakładać, że wszyscy młodzi są proeuropejscy, jednak badania pokazują, że zdecydowana większość jednak nie chce brexitu. Jej zdaniem młodzi po prostu rozumieją, jak wiele może ich kosztować wyjście z UE.

Ekspert od wyborów: Nie cieszcie się przedwcześnie

Za ponownym głosowaniem są brytyjscy studenci. „Nikt nie uregulowałby nawet zwykłego rachunku, nie wiedząc, za co dokładnie płaci. Nie rozumiem, jak można oczekiwać, że Brytyjczycy łykną jakiekolwiek porozumienie brexitowe, nie mając prawa głosu” – zżyma się na łamach „The Independent” Amatey Doku, wiceszef Narodowego Związku Studentów. „Nowe badania pokazują, że młodzi ludzie chcą ponownego głosowania, i mogę potwierdzić – studenci są za”.

Z kolei brytyjski ekspert od wyborów John Curtice twierdzi, że przeciwnicy brexitu mogą się przeliczyć, stawiając na młodych w ewentualnym ponownym referendum. Oblicza, że – przy zachowaniu podobnej liczby głosujących i założeniu, że w międzyczasie nie zmieniliby oni poglądów – dopiero referendum przeprowadzone w 2022 r. mogłoby się zakończyć innym wynikiem dzięki „zmianie pokoleniowej”.

Bruksela: Nie wychodźcie z Unii na żywioł

Podczas gdy Brytyjczycy zastanawiają się, czy warto ponownie pójść do urn, Bruksela coraz bardziej się boi, że nie uda jej się dogadać z Londynem w sprawie umowy o brexicie, co oznaczałoby wyjście Londynu z Unii na łeb na szyję, bez międzynarodowego dealu.

Obawy nie są bezpodstawne, bo brexit przewidziano na marzec przyszłego roku, zatem porozumienie Brytyjczyków z Unią musiałoby być gotowe najpóźniej jesienią 2018 r. W przeciwnym razie Parlament Europejski i kraje członkowskie nie zdążą go zatwierdzić.

Jeśli Brytyjczycy zdecydują się wyjść z Unii na żywioł, bez stosownego porozumienia, pod znakiem zapytania stanie m.in. realizacja ich zobowiązań finansowych wobec Brukseli (chodzi o 40-60 mld euro). Chaotyczny brexit uderzyłby też w mieszkających i pracujących na Wyspach cudzoziemców z innych krajów UE, w tym Polaków, bo gwarancje zachowania ich obecnych praw, np. do zasiłków, edukacji dzieci czy nieograniczonego czasowo pobytu, nie zostałyby potwierdzone międzynarodowym porozumieniem.

 

 Artykuł opublikowany w ramach współpracy medialnej EURACTIV.pl z Gazetą Wyborczą.