Birma: Protesty trwają. Wojsko zatrzymuje przeciwników puczu

Protest na ulicy Rangunu, źródło: Twitter/Pan Ei Phyu ပန်းအိဖြူ (@Panhecticmom)

Protest na ulicy Rangunu, źródło: Twitter/Pan Ei Phyu ပန်းအိဖြူ (@Panhecticmom)

Mimo wprowadzonego przez wojskową juntę zakazu zgromadzeń, w birmańskich miastach protestują na ulicach dziesiątki tysięcy osób. Domagają się przywrócenia obalonych władz cywilnych oraz wypuszczenia z aresztów zatrzymanych polityków. Szef junty jednak te apele odrzuca.

 

 

Przeprowadzony przez birmańską armię nad ranem 1 lutego pucz był błyskawiczny, do czego przyczyniły się też pandemiczne obostrzenia, które i tak zamknęły wiele osób w domach. Z początku birmańskie społeczeństwo zareagowało więc na wojskowy przewrót spokojnie. Po kilku dniach jednak rozpoczęły się protesty przeciwników puczu.

Największe protesty od „szafranowej rewolucji”

Uliczne manifestacje w Birmie trwają od ostatniego piątku (5 lutego). Dochodzi do nich nie tylko w największych miastach – Rangunie, Mandalaj czy Naypyidaw – ale także w mniejszych ośrodkach.

Protesty są więc największe od 2007 r., czyli od rozpoczętej przez buddyjskich mnichów tzw. szafranowej rewolucji, która stała się początku procesu demokratyzacji Birmy. W sumie, mimo pandemicznych restrykcji, protestuje codziennie co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób.

Manifestacje przebiegają pokojowo i w sobotę oraz niedzielę nie dochodziło do ich zdecydowanej pacyfikacji, ale od niedzieli służby porządkowe zaostrzają swoje interwencje. W Rangunie i Mandalaj użyto wobec manifestantów armatek wodnych. W drugim z tych miast zatrzymano też przynajmniej 27 osób.

Wprowadzane są też dodatkowe ograniczenia w poruszaniu się, w Rangunie i Mandalaj zadekretowano godzinę policyjną, która obowiązuje między 20:00 a 4:00 rano, a władze niektórych regionów zakazały zgromadzeń większych niż czteroosobowe.

Birma: Protesty przeciw wojskowemu przewrotowi. Generałowie wyłączają internet i zatrzymują cudzoziemców

Co najmniej kilka tysięcy Birmańczyków wyszło na ulice największego miasta kraju – Rangunu. Protestują w ten sposób przed przejęciem przez wojsko władzy na początku tygodnia. Tymczasem generałowie ograniczają działanie internetu i zatrzymują obywatela Australii.

 

Do wojskowego puczu w Birmie (kraj sam …

Szef junty z orędziem telewizyjnym

Manifestantów jednak to nie zraża i wciąż domagają się przywrócenia cywilnych władz, a także wypuszczenia z aresztów domowych przetrzymywanych polityków związanych z Narodową Ligą na Rzecz Demokracji (NLD), która stanowi główną siłę demokratyczną w Birmie.

Chodzi o prezydenta U Win Myinta oraz liderkę NLD Aung San Suu Kyi, która pełniła funkcję radcy państwa, czyli zajmowała stanowisko szefa gabinetu rządowego. Ale na razie junta wojskowa odpowiada na te żądania stanowcze: „Nie!”.

Szef junty gen. Min Aung Hlaing w swoim wczorajszym (8 lutego) pierwszym publicznym wystąpieniu od czasu dokonania przewrotu, bronił działań wojska. Powtórzył znane już zarzuty co do organizacji w listopadzie ubiegłego roku wyborów parlamentarnych.

Zdecydowanie triumfowała w nich NLD, a stanowiąca polityczne ramię armii – partia o nazwie Unia Solidarności i Rozwoju (USDP) – przegrało z kretesem. Generałowie uznali więc głosowanie za sfałszowane i domagali się jego unieważnienia. Wobec niespełnienia ich żądań, przejęli – jak zapewniają tylko na jeden rok – kontrolę nad krajem.

„Mieszkańcy Birmy powinni kierować się faktami, a nie uczuciami. Zorganizowane zostaną nowe wybory, a władza nad krajem zostanie przekazana ich zwycięzcom. To inna sytuacja niż te z 1962 r. i 1988 r.” – przekonywał.

Zamach stanu w Mjanmie. Noblistka Aung San Suu Kyi aresztowana. UE potępiła działania wojskowych

Społeczność międzynarodowa, w tym przedstawiciele UE, wyraźnie potępiła te działania.

Generał Birmańczyków nie przekonał

Obecny przewrót wojskowy jest bowiem już trzecim w historii birmańskiej niepodległości. W dwóch poprzednich przypadkach armia też przejmowała władzę obiecując jej szybkie oddanie cywilom, ale kończyło się na wprowadzaniu wieloletniej represyjnej dyktatury.

Dlatego w słowa generała Hlainga mało kto w Birmie wierzy i telewizyjne wystąpienie przywódcy junty wcale nie uspokoiło sytuacji. Protesty więc nie ustały, a strajki się nasiliły. Od tygodnia strajkują m.in. lekarze z ponad 100 państwowych szpitali, co doprowadziło już do zaburzenia programu szczepień przeciw koronawirusowi.

Dodatkowo, wybrani w listopadzie posłowie NLD nie uznali wojskowych władz i powołali własny Komitet Przedstawicielski. Zaapelowali też do społeczności międzynarodowej, aby bojkotowała rząd stworzony przez generałów i mianowanego p.o. prezydenta dotychczasowego wiceprezydenta oraz reprezentanta wojska w cywilnych władzach Myinta Swe. Zamiast tego proponują, aby to ich Komitet uznać za prawowitą reprezentację birmańskiego społeczeństwa.

Na razie na ich prośbę oficjalnie przystała Nowa Zelandia, która zawiesiła kontakty polityczne i wojskowe na najwyższym szczeblu z Birmą, a także wprowadziła zakaz wjazdu na swoje terytorium dla przywódców junty oraz zamiar upewniania się, że płynąca do Birmy zagraniczna pomoc nie jest wykorzystywana przez wojsko.