Belgia: Król przeprasza Kongo za okres kolonialny. Nie wspomina Leopolda II

Belgijski misjonarz i mieszkaniec Kongo z obciętą dłonią, czyli ofiara zbrodni popełnionych podczas rządów Leopolda II, zdjęcie z około 1890-1910 r., źródło: USC Digital Library, autor nieznany, (CC0 Public Domain)

Belgijski misjonarz i mieszkaniec Kongo z obciętą dłonią, czyli ofiara zbrodni popełnionych podczas rządów Leopolda II, zdjęcie z około 1890-1910 r., źródło: USC Digital Library, autor nieznany, (CC0 Public Domain)

Belgijski król Filip I Koburg wyraził głęboki żal z powodu przemocy jakiej Belgowie dopuścili się w Kongo w czasach kolonialnych. Napisał to w liście do kongijskiego prezydenta z okazji 60. rocznicy niepodległości Demokratycznej Republiki Konga.

 

Ale królewskie przeprosiny zostały przez część osób uznane za niepełne, ponieważ Filip I Koburg w liście do prezydenta Demokratycznej Republiki Konga Félixa Tshisekediego odniósł się do czasów kolonialnych w sposób ogólny. Nie wspomniał natomiast swojego pradziadka, króla Leopolda II, a to on przez kilkadziesiąt lat był właścicielem Konga Belgijskiego.

Królewskie przeprosiny

„Chcę wyrazić najgłębsze ubolewanie z powodu ran z przeszłości. Ich ból odradza się dziś z powodu dyskryminacji, która wciąż obecna jest w społeczeństwach. Dziś jednak Belgia i Demokratyczna Republika Konga mają uprzywilejowane partnerstwo, mimo tych bolesnych epizodów. Będę dalej zwalczał wszelkie przejawy rasizmu, a także będę zachęcał do refleksji nad historią Belgii” – napisał obecny belgijski król.

Kłopot w tym, że to co Filip I nazwał „bolesnymi epizodami”, to dla wielu Kongijczyków najbardziej tragiczny element ich historii. Szacuje się bowiem, że na zarządzanych przez Belgów plantacjach kauczuku zginęło w latach 1885-1908 od 5 do nawet 15 mln osób.

Istniejące wówczas Wolne Państwo Kongo jedynie z nazwy było „wolne”. Tereny zostały zakupione przez belgijskiego króla Leopolda II i w odróżnieniu od Protektoratu Rwanda-Burundi nie stanowiły właśności belgijskiego państwa, ale prywatny majątek monarchy.

Ten, chcąc zarobić krocie na handlu kauczukiem i kością słoniową, nakazał zaprzęganie Kongijczyków do niewolniczej pracy, podczas której wielu z nich umierało z głodu, wycieńczenia i chorób. Ludziom, którzy nie uzbierali wystarczającej dziennej ilości kauczuku obcinano czasem za karę dłonie.

Przeszłość w przebudowie. Jefferson, Kolumb, Rhodes, Waszyngton i inni spadają z cokołów

Protestujący twierdzą, że należy zdekolonizować przestrzeń publiczną z postaci symbolizujących kolonializm, rasizm oraz wielowiekowy ucisk i opresję białych.

Najmniej znane ludobójstwo

Okrucieństwo Belgów wobec Kongijczyków, którzy byli torturowani oraz wykorzystywani seksualnie, zostało już nazwane „najmniej znanym ludobójstwem w historii ludzkości”. To właśnie o tamtych rejonach i tamtych czasach Joseph Conrad napisał swoją słynną powieść „Jądro ciemności”.

W tamtym okresie obowiązywał bowiem zakaz jakiejkolwiek edukacji tubylców. Mieli służyć jedynie do ciężkiej pracy na plantacjach kauczuku, kawy, kakao oraz trzciny cukrowej, a także w kopalniach złota i diamentów. Leopold II dbał również o to, aby wiedza o sytuacji w Kongo nie stała się powszechna. Do kraju nie mogli wjeżdżać cudzoziemcy, a nawet Belgom reglamentowano do niego dostęp.

Gdy na początku XX wieku informacje o sytuacji w Kongo wydostały się na świat, król został zmuszony w 1904 r. do powołania specjalnej komisji, która miała zbadać wydarzenia z poprzednich dekad. Ostatecznie Kongo zostało Leopoldowi II odebrane w 1908 r. i stało się własnością państwa, a sam monarcha zmarł zaledwie rok później. Wolne Państwo Kongo przekształcono w Kongo Belgijskie.

Choć Leopold II nigdy nie postawił stopy w Kongo, ani w żadnym innym miejscu w Afryce, ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za popełniane wówczas zbrodnie, które zapewniły jemu i jego rodzinie ogromne bogactwo.

Historii nie da się przebudować

Jednym z głównych frontów walki z rasizmem stało się obalanie pomników. Historii trzeba uczyć i należy ją znać, ale nie należy burzyć pomników i zakazywać książek czy filmów – to już w historii przerabialiśmy i nie kończyło się to dobrze.

Kontrowersje wokół przeprosin

Obecny król Belgii Filip I jest co prawda pierwszym monarchą z dynastii sasko-koburskiej, który oficjalnie przeprosił za tamte czasy i oficjalnie odnosi się krytycznie do okresu kolonialnego. Ale w obecnej sytuacji wiele osób spodziewało się mocniejszego posypania głowy popiołem.

List króla Belgów został wysłany z okazji przypadającej wczoraj (30 czerwca) 60. rocznicy uzyskania niepodległości przez Demokratyczną Republikę Konga. Kraj ten przez niemal cały ten okres wstrząsany był zamachami stanu czy wojnami domowymi.

Winę za ten stan rzeczy po części ponoszą także Belgowie, którzy w czasach kolonialnych często podsycali plemienne czy regionalne konflikty między tubylczą ludnością, aby ta nie zjednoczyła się i nie powstała przeciw Europejczykom.

W Demokratycznej Republice Konga dopiero w styczniu ubiegłego roku doszło pierwszy raz  -od proklamowania w 1960 r. niepodległości – do pokojowego przekazania władzy między dwiema różnymi stronami polityczno-etnicznymi, kiedy prezydentem zostawał Félix Tshisekedi, przedstawiciel dotychczasowej opozycji.

Mimo to wciąż regionalnie dochodzi do starć z ugrupowaniami rebelianckimi (np. milicją Mai Mai), a w kraju od 1999 r. stacjonuje największa i najkosztowniejsza misja stabilizacyjna w historii ONZ – MONUSCO.

Dlatego część obserwatorów uznała przeprosiny Filipa I Koburga za niepełne, a brak odniesienia do osoby Leopolda II za poważne osłabienie listu wysłanego do prezydenta Demokratycznej Republiki Konga.

W samej Belgii trwa bowiem gorąca debata o kolonialnej przeszłości, jaką wywołały zajścia w USA, gdy w Minneapolis biały policjant udusił podczas interwencji czarnoskórego mężczyznę. Fala antyrasistowskich protestów, które przetoczyły się najpierw przez USA, a potem przez te europejskie państwa, które mają przeszłość kolonialną, dotarła także do Belgii i przypomniała o wstydliwym i wciąż mało znanym okresie historii tego kraju.

Podczas manifestacji dochodziło do dewastowania pomników Leopolda II, a nawet do usunięcia kilku z nich. Na innych demonstranci, wśród których byli nie tylko potomkowie imigrantów z Afryki, ale także biali Belgowie, wieszali też symbolicznie flagi niepodległej Demokratycznej Republiki Kongo.

Belgia: Król przyjął w pałacu lidera skrajnej prawicy

Po raz pierwszy od ponad 85 lat oficjalną wizytę w pałacu króla Belgów złożył przywódca partii skrajnie prawicowej. Filip I przyjął przewodniczącego radykalnej partii Interes Flamandzki (VB) Toma Van Griekena. VB zajęło drugie miejsce w niedzielnych (26 maja) wyborach parlamentarnych …

Spór o komiks

Przypomina się też, że postkolonialny rasizm był w samej Belgii powszechny w okresie przed II wojną światową, a nawet po niej i potrafił przenikać nawet do popkultury. Świadczy o tym np. jeden z odcinków niezwykle popularnego na świecie komiksu o nastoletnim reporterze Tintinie – „Tintin w Kongo” z 1931 r., w którym bohater z nieodłącznym towarzyszem – psem Filusiem – wyrusza do Konga Belgijskiego.

Obraz Afryki jest w tym komiksie zgodny z ówczesnym belgijskim wyobrażeniem – Kongijczycy są w nim przestawieni jako ludzie infantylni, głupi, leniwi i prymitywni. Autor komiksu – używający pseudonimu Hergé rysownik i scenarzysta Georges Remi – w 1947 r. zdecydował się więc wprowadzić do niego poprawki.

Mimo to spory o „Tintina w Kongo” nie ustały. Ten odcinek przygód nastoletniego reportera wydano po angielsku po raz pierwszy dopiero w 1991 r. i to ze specjalną przedmową, a w niektórych krajach sprzedawano go dopiero czytelnikom, którzy ukończyli 16. rok życia.

W 2008 r. pochodzący z Demokratycznej Republiki Kongo mieszkaniec Belgii Bienvenu Mbutu Mondondo domagał się nawet przed sądem zakazu sprzedaży tego komiksu w Belgii albo opatrywania go specjalnym komentarzem i informacją zawartą na okładce.

Ostatecznie jednak po czterech latach procesu sąd uznał w 2012 r., że komiksu „Tintin w Kongo” nie można uznać za rasistowski czy uznający wyższość rasy białej nad czarną. Sędziowie uznali, że zmarły w 1983 r. Hergé nie działał w sposób intencjonalny i jego celem nie było dyskryminowanie kogokolwiek.

Ale pikanterii sprawie dodaje fakt, że Hergé, którego komiksy o Tintinie sprzedały się na świecie w łącznej liczbie ponad 200 mln egzemplarzy i zostały przetłumaczone na 91 języków, a kilka z nich posłużyło za kanwę filmu wyreżyserowanego przez Stevena Spielberga, przeżył  także fascynację faszyzmem.

W okresie II wojny światowej oraz niemieckiej okupacji Belgii należał bowiem do kolaboracyjnej belgijskiej faszystowskiej organizacji Christus Rex, a także współpracował z kontrolowaną przez okupantów gazetą „Le Soir”, która w odróżnieniu od wydawanego od 1887 r. dziennika o tej samej nazwie była wówczas nazywana przez Belgów „Le Soir volé”, czyli „kradzioną”.