11 listopada: Kotyliony, flagi i petardy. 103 rocznice polskiej niepodległości

11-listopada-marsz-niepodległosci-bakiewicz-piłsudski-daszynski-dmowski-i-wojna-swiatowa-rozbiory-PSL-ludowcy-socjaliści-PPS-ND-nardodowa-demokracja-ORN

Symbolem polskiego święta niepodległości stała się pirotechnika - race, petardy, świece dymne - odpalane w Warszawie przez uczestników demonstracji 11 listopada. [Piotr Drabik]

11 listopada dzieli zamiast łączyć. Święto Niepodległości od czasów międzywojennych jest istotnym wydarzeniem w kalendarzu dni sporów między Polakami.

 

 

O Dniu Niepodległości zrobiło się głośno w połowie ubiegłej dekady. Światowe media relacjonowały Marsz Niepodległości, który z małej, manifestacji tzw. środowisk narodowych w 2009 r. stał się wielką imprezą różnych europejskich organizacji skrajnie prawicowych, wymieszanych ze zwykłymi ludźmi, chcących zamanifestować swoje patriotyczne poglądy, których do demonstracji przyciągnęło morze biało-czerwonych flag, rekonstruktorzy historyczni i wspólne śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego.

Przez narodowców ze stowarzyszenia Roberta Bąkiewicza o 11 listopada w Polsce zaczęto mówić poza naszym krajem. Tworzono zagraniczne reportaże, szczegółowe relacje i felietony.

Jednak Narodowe Święto Niepodległości to nie tylko impreza nacjonalistów – obchody tego dnia od zawsze były problematyczne. Przed wybuchem II wojny światowej różne opcje polityczne obchodziły rocznicę odzyskania przez Polskę suwerenności w różne dni, ponieważ proces przywracania naszego kraju na mapy nie wydarzył się w jeden dzień.

Starcia z policją w czasie Marszu Niepodległości 

Tegoroczny Marsz Niepodległości, który z powodu pandemii koronawirusa miał być przejazdem zmotoryzowanej kolumny, odbył się jednak w tej formule jedynie częściowo. Tysiące agresywnych narodowców przeszło bowiem ulicami Warszawy pieszo. Doszło do walk z policją, która użyła broni gładkolufowej.

Pierwsze spory o rocznicę polskiej niepodległości

„W II RP każde stronnictwo polityczne obchodziło Święto Niepodległości na swój sposób. Do 1937 r. nie było ustalonej jednej, ustawowej daty, jaką uznawano za rocznicę wyzwolenia kraju. Dopiero po przewrocie majowym obóz sanacji zaczął forsować 11 listopada jako taki dzień. Początkowo jedynie w szkołach i urzędach, następnie, w późnych latach 30 już oficjalnie, jako urzędowe święto państwowe. Próbowano nierozerwalnie powiązać postać Józefa Piłsudskiego z odzyskaniem niepodległości”, podkreśla w rozmowie z EURACTIV.pl historyk i publicysta, współtwórca strony „Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych„, Przemysław Kmieciak.

„Przed przewrotem majowym każdy obóz polityczny miał swoją datę, z którą się utożsamiał. Piłsudczycy mieli do wyboru 11 albo 14 listopada, w zależności, czy bardziej zależało im na dniu początku kumulowania władzy w rękach Piłsudskiego, czy na dniu, kiedy już tę władzę przejął. Endecja, jako stronnictwo nieposiadające dużego „fizycznego” wpływu na listopadowe zdarzenia powiązanie z odzyskaniem niepodległości starała się powiązać ją z międzynarodową polityką i powojennymi ustaleniami. Miało to na celu m.in. umieszczenie Romana Dmowskiego w panteonie ojców niepodległości, upamiętniając np. jego obecność na konferencji paryskiej w 1919 r. Przedstawiciele Narodowej Demokracji skupiali się więc wokół dwóch dat – tak jak Piłsudczycy, upamiętniali 11 listopada, ale raczej jako rocznicę klęski Niemiec i końca wojny – ale także świętowali 28 czerwca, dzień podpisania traktatu wersalskiego. Najbardziej zdecydowana była jednak lewica. Socjaliści i lewicowi ludowcy wspominali 7 listopada, jako rocznicę utworzenia w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej – niezależnej od zaborców Rady Ministrów, której przewodził Ignacy Daszyński. Teraz mamy i takich, którzy za święto niepodległości chcą obierać 7 października, kiedy powiązana z siłami niemieckimi i austro-węgierskimi Rada Regencyjna bardzo ogólnie zapowiedziała polską niepodległość. Niestety za tą obietnicą nie poszły żadne realne działania, więc ta koncepcja nie była i nie jest zbyt popularna”, kontynuuje nasz rozmówca.

Polska: Narodowcy w obronie cywilizacji…

Narodowcy tworzą Straż Narodową – jak powiedział wczoraj prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości Robert Bąkiewicz – to “pewien rodzaj samoobrony – samoobrony katolickiej, cywilizacyjnej”.

11 listopada w propagandzie sanacji

„Lewica sprzeciwiała się sanacyjnej propagandzie lat 30. Przykładowo, polski ekonomista, doktor nauk prawnych i żołnierz Legionów Polskich Adam Pragier, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, otwarcie nazywał 11 listopada „świętem dyktatury”. Maciej Rataj, polityk ludowy, lider Polskiego Stronnictwa Ludowego, w okresie międzywojnia dwukrotnie pełniący tymczasowo urząd prezydenta RP twierdził, że Józef Piłsudski wymyślił sobie święto przypadające na 11 listopada, żeby przekonywać ludzi, że niepodległa Polska zależała właśnie od niego”. opowiada Przemysław Kmieciak.

„Ciężko jednak mówić, że któraś strona miała słuszność, bądź popełniała błąd, celebrując swoje święta. Powrót Polski na mapy był tak złożonym procesem, że każdy upamiętniany dzień miał w niego swój wkład. Konflikt między 7 a 11 listopada wygasł głównie za sprawą II wojny światowej. Już i w przededniu wojny niektórzy wykazywali wolę kompromisu, np. socjaliści zaczęli pojawiać się także na oficjalnych, państwowych obchodach 11 listopada. W  trakcie wojny data związana z decyzją obozu piłsudczykowskiego stała się symbolem utraconej wolności – i tak już zostało. O starych sporach nie pamiętano już, gdy przywracano tę datę pod koniec lat 80. Jednak, gdyby historia potoczyła się inaczej i demokratyczne środowiska lewicowe np. zdobyłyby władzę w Polsce przed wojną lub w jej trakcie, możliwe jest, że dziś święto niepodległości obchodzilibyśmy właśnie w rocznicę powołania Rządu Lubelskiego Ignacego Daszyńskiego”, dodaje Kmieciak.

Reperkusje tegorocznego Marszu Niepodległości

Światowe media zgodnie wyraziły zaniepokojenie rasistowskimi, antysemickimi i ksenofobicznymi hasłami skandowanymi i wypisanymi na transparentach niesionych przez uczestników sobotniego Marszu Niepodległości. Tymczasem rząd potępił co prawda incydenty, do których wtedy doszło, ale sam marsz ocenił pozytywnie.

Nacjonalistyczne kontrowersje

W 2009 r. ulicami Warszawy przeszedł pierwszy Marsz Niepodległości. Potem było już z górki. Narodowcy zaczęli wyznaczać nowe tradycje obchodów 11 listopada. Chociaż początkowo Marsz wiązał się z burdami z policją i ogólną rozróbą, jak na przykład w 2013 r., kiedy uczestnicy pochodu napadli na skłot Przychodnia przy ul. Skorupki w Warszawie, to jednak wraz z ogólnoświatową tendencją „ugrzeczniania” skrajnej prawicy demonstracja w końcu stała się bardziej przystępna dla postronnych osób.

Choć na czele marszu dominują radykałowie, uzbrojeni w materiały pirotechniczne i tradycjonalistyczne hasła, to jednak na Marszu Niepodległości pojawiają się też tłumy osób z nimi niepowiązanych, którymi organizatorzy wydarzenia często starają się zasłonić w mediach skrajny w poglądach front manifestacji.

Czemu w trakcie marszu zwykli ludzie mieszają się w tłumie z radykałami?

„Nacjonaliści mają swego rodzaju monopol na obchody Święta Niepodległości. To, w połączeniu z faktem, że nie każdy uczestnik marszu ma świadomość, kto konkretnie jest jego organizatorem, powoduje, że widzimy w mediach idące w manifestacji ksenofobiczne i graniczące z nazizmem „jądro” oraz osoby, chcące szczerze wyrazić swoje patriotyczne uczucia. Trudno potępiać wszystkich, którzy pojawiają się 11 listopada na Rondzie Dmowskiego, tym bardziej, że demonstracja narodowców jest najlepiej zorganizowanym wydarzeniem tego dnia. To poniekąd zasługa wsparcia od państwa, które dostają organizatorzy manifestacji – zarówno finansowego, medialnego jak i ideologicznego”, podkreśla w rozmowie z EURACTIV.pl politolog Radosław Markowski.

Ciężko jednak lekceważyć radykalne poglądy demonstrujących – zarówno organizatorów, jak i zapraszanych na wydarzenie gości. Organizujące wydarzenie Stowarzyszenie Marsz Niepodległości powiązane jest z Młodzieżą Wszechpolską i Obozem Narodowo – Radykalnym, organizacjami wielokrotnie oskarżanymi o nienawiść, których członkowie bywają skazywani za np. pobicia. W lutym Sąd Najwyższy uznał, że ONR można nazywać organizacją faszystowską. 11 listopada w Warszawie regularnie pojawiają się też skrajne organizacje z całej Europy, zwłaszcza z Węgier i z Włoch, skąd co roku przyjeżdża delegacja faszystowskiej partii Forza Nuova.

Nic więc dziwnego, że o polskim Święcie Niepodległości zrobiło się głośno za granicą. Media widziały marsz jako symbol wzrostu popularności skrajnej prawicy, do którego doszło w Europie i na świecie w okolicy 2015 r. Internet obiegały nagrania starć z policją i bójek, takich, jak przykładowo w jednym z warszawskich przejść podziemnych, w którym doszło do zadymy między antyfaszystami a zamaskowanymi prawicowcami, wykonującymi hitlerowskie pozdrowienie (nagranie dostępne TUTAJ. uwaga: materiał zawiera wulgaryzmy).

Ale popularność marszu wciąż rosła i w 2018 r. po raz pierwszy zaliczył się on do oficjalnych obchodów odzyskania przez Polskę niepodległości. Patronatem objął go prezydent Andrzej Duda.

Włochy: Po zamieszkach w Rzymie władze zdelegalizują neofaszystowskie ugrupowanie Forza Nuova?

Agresywni antyszczepionkowcy powiązani z faszystowską partią Forza Nuova wdarli się do siedziby centrali związków zawodowych i ją zdemolowali.

11 listopada manifestują nie tylko narodowcy

Obecność nacjonalistów na warszawskich ulicach od lat powoduje reakcję środowisk antyfaszystowskich i lewicowych. Początkowo, kiedy marsz był jeszcze niewielki, podejmowane były próby jego blokowania. W 2010 r. jednym z blokujących był na przykład obecny europoseł Lewicy, Robert Biedroń.

W 2011 r. do blokady Antify dołączyli niemieccy antyfaszyści, którzy starli się z uczestnikami Marszu. Od tamtej pory środowiska prawicowe często oskarżają polskich antyfaszystów o bliską współpracę z działaczami z Niemiec, chociaż akcja z 2011 r. wydawała się być jednorazową.

Przykładowo, po zadymie, do której doszło 30 października 2020 r. w czasie w Warszawie na Rondzie de Gaulle’a, kiedy zamaskowani kibole zaatakowali Strajk Kobiet, prawicowcy oskarżali antyfaszystów właśnie o sprowadzenie z Niemiec bojówkarzy, prowokacje, a nawet zaatakowanie swojego własnego pochodu. Te plotki zdementowała policja, która w raporcie opisała, że 35 na 37 zatrzymanych tamtej nocy osób powiązana była ze środowiskiem pseudokibicowskim, które w Polsce dominują poglądy prawicowe.

W latach 2013 – 2014 antyfaszyści demonstrowali 9 listopada, w rocznicę nocy kryształowej. Od 2016 r. Koalicja Antyfaszystowska, zrzeszenie różnych grup o charakterze lewicowym i wolnościowym, organizuje regularnie demonstracje pod hasłem „Za wolność waszą i naszą!”, które są wyrazem sprzeciwu przeciwko Marszowi Niepodległości.

W ostatnich latach demonstracja przybrała charakter street party, czyli demonstracji, na której obecne są platformy z muzyką. Manifestacje cieszą się coraz większą popularnością – i chociaż trudno porównywać ich liczebność do wydarzenia narodowców, to jednak w 2019 r. na demonstracji zebrało się rekordowe dla polskiego ruchu antyfaszystowskiego 15 tys. osób. W 2021 r. lewica również planuje przejść ulicami Warszawy i zbierze się na placu Unii Lubelskiej, jedynie dwa kilometry od miejsca startu Marszu Niepodległości.

W poprzednich latach 11 listopada demonstrowały także środowiska liberalne, na przykład Komitet Obrony Demokracji w 2016 r. Obywatele RP regularnie organizują kontrmanifestacje do Marszu Niepodległości. W 2018 r. przed demonstracją nacjonalistów przeszła oficjalna państwowa manifestacja „Dla Ciebie, Polsko”, w którym udział wzięli przedstawiciele rządu RP.

Prezydenckie orędzie w dniu Święta Niepodległości 

“Państwo polskie to nie tylko instytucje, ale przede wszystkim to My – obywatele Rzeczypospolitej!” – podkreślił prezydent Duda w orędziu wygłoszonym z okazji Święta Niepodległości. Wyraził m.in. przekonanie, że tylko wspólnie uda się stawić czoła wyzwaniom, w tym pokonać koronawirusa.

Co czeka nas 11 listopada tego roku?

Od lat kolejni prezydenci Warszawy próbują zablokować prawnie Marsz Niepodległości, argumentując, że jest to wydarzenie o charakterze faszystowskim, rasistowskim, homofobicznym i ksenofobicznym. Do zeszłego roku stołeczne sądy uchylały ich decyzje. W 2020 r. w związku z pandemią COVID-19 narodowcy nie uzyskali pozwolenia na demonstrację, ale mimo to nielegalnie przeszli ulicami stolicy.

W tym roku marszowi nacjonalistów nie został przyznany status cyklicznego wydarzenia. Sądy Okręgowy i Apelacyjny uznały, że narodowcy nie spełnili wszystkich wymogów prawnych. Na trasie z Ronda Dmowskiego pod Stadion Narodowy, którymi zazwyczaj szedł Marsz Niepodległości, zgłoszono feministyczną demonstrację, która, zgodnie z kolejnością zgłoszenia, miała pierwszeństwo przed wydarzeniem stowarzyszenia Roberta Bąkiewicza. Ten zapowiedział na Twitterze, że Marsz i tak się odbędzie.

Skargę na decyzję sądów złożył minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, jednak została ona odrzucona. 9 listopada rzeczniczka prasowa PiS Anita Czerwińska poinformowała, że Marsz Niepodległości został uznany za państwowe obchody 11 listopada. W związku z tym może się on odbyć legalnie i prawdopodobnie przejdzie swoją tradycyjną trasą. 10 listopada „14 kobiet z mostu” odwołało swoje wydarzenie.

„Tegoroczne święto niepodległości będzie jednym wielkim konfliktem. Sądy podtrzymały zakaz organizacji marszu nacjonalistów, więc spodziewać się można zamieszek. Oczy nas wszystkich powinny być zwrócone na policję, by kontrolować, w jaki sposób poradzi sobie ona z nielegalną demonstracją, którą środowiska skrajnie prawicowe będą chciały przeprowadzić pomimo zakazów prawnych. Zobaczymy, czy wobec radykałów służby porządkowe będą tak samo brutalne jak wobec kobiet, które protestowały w zeszłym roku”, stwierdził 8 listopada Radosław Markowski.

Następnego dnia, kiedy ogłoszono, że organizatorzy Marszu otrzymali jednak zgodę na przejście warszawskimi ulicami, skwitował krótko:

„To kolejny przykład pogardy dla prawa, dla decyzji sądów, dla publicznego porządku ze strony państwa PiS”.